Reklama

Reklama

Przepis na życie

Pracowała z najlepszymi projektantami haute couture i pierwszoligowymi fotografami. Jej zdjęcia pojawiały się m.in. na okładkach "Vogue’a". U szczytu sławy porzuciła świat mody, żeby robić programy kulinarne, pisać książki o gotowaniu i... popularnością dorównała Nigelli Lawson. O tym, jak została modelką z przypadku, a ekspertką od kuchni z przekonania, mówi Sophie Dahl, nowa osobowość wśród kulinarnych gwiazd.

Twój Styl: W jednym ze swoich programów o gotowaniu wyznała pani, że nawet sny miewa pani związane z kuchnią. To był żart?

Sophie Dahl: Nie. Naprawdę się zdarza, że w snach degustuję nieznane dania, najczęściej wyśmienite. (śmiech) W dzieciństwie przydarzało mi się to bardzo często. Śniłam o fontannach, z których płynęła czekolada, górach bez i bitej śmietany. Od urodzenia mam chyba coś na kształt obsesji na punkcie jedzenia. Zawsze miałam nieposkromiony apetyt. Na większości moich zdjęć z dzieciństwa coś jem. Rozmiary tego szaleństwa oddaje fakt, że nawet moim zwierzętom nadawałam imiona kulinarne. Ukochany królik nazywał się Placek, a świnka morska - Syrop Klonowy. Ale w rodzinie, w której wszyscy świetnie gotowali, nikt nie był tym specjalnie zgorszony.

Reklama

Kto gotował najlepiej?

- Odpowiedź nie będzie łatwa. Moja mama Tessa na pewno lubiła eksperymentować. Miała przy tym tak niebywałą intuicję kulinarną, że większość z jej eksperymentów kończyła się sukcesem. Po niej odziedziczyłam podejście do gotowania jako przygody. Ojciec w niczym jej nie ustępował, choć był raczej kulinarnym erudytą i perfekcjonistą. Przyrządzał doskonałe pieczenie i sosy - wszystko zgodnie z rodzinnymi recepturami przekazywanymi od pokoleń. Ale najlepiej ze wszystkich gotowała chyba babcia Gee-Gee. Jeśli więc mowa o mojej pierwszej kuchennej idolce, to wybieram ją. Dzięki babci zakochałam się w kuchni już jako dziecko.

Pamięta pani swoje pierwsze ważne kulinarne wtajemniczenie?

- Miałam kilka lat, gdy razem z Gee-Gee wyrabiałam ciasta, i wydawało mi się, że biorę udział w jakimś alchemicznym rytuale. Babcia tak to aranżowała. Mówiła do mnie tajemniczym tonem, zapalała świece, opowiadała o każdym składniku jakąś ciekawą historię. I nigdy przenigdy się nie irytowała. Przejęłam od niej to, że w kuchni najlepsze rzeczy wychodzą, gdy gotuje się bez wysiłku, z uśmiechem, dla przyjemności - swojej i ludzi, których kochamy. Babcia zawsze powtarzała: "pamiętaj, Sophie, w kuchni należy się dobrze bawić". Do tego samego zachęcam czytelników moich książek.

- Zbyt wiele osób traktuje dziś kuchnię jako jeszcze jedno pole do sprawdzenia siebie, popisania się, osiągnięcia jakiegoś perfekcyjnego efektu. Stąd tylko krok do stresu, zniechęcenia i... miernych wyników. Tymczasem potrawy przyprawione fantazją i dobrym humorem smakują najlepiej. Oczywiście, warto znać jeszcze parę reguł... (śmiech)

Dziecięca fascynacja przyniosła pani w dorosłym życiu sporą sławę. Jest pani równie popularna, co Nigella Lawson. Od zawsze wiedziała pani, że pani zawód będzie związany z kuchnią?

- Nie, wręcz przeciwnie. Odkąd pamiętam, pociągało mnie zbyt wiele rzeczy naraz. Gdy byłam nastolatką i ktoś pytał: "kim chcesz zostać?", wpadałam w panikę. Kiedy skończyłam szkołę średnią, w ogóle nie miałam pojęcia, co chcę robić w życiu. Pochodzę z artystycznej rodziny. Moja babcia była tancerką, dziadek pisarzem. Mama - hipiska, artystka i podróżniczka - miała wiele zaskakujących pomysłów na siebie. Na przykład po rozstaniu z moim ojcem zjeździła ze mną pół świata w poszukiwaniu sensu życia. Jakiś czas mieszkałam z nią nawet w aśramie. Policzyłam kiedyś, że zmieniałyśmy domy siedemnaście razy.

- W związku z tym chodziłam do dziesięciu różnych szkół - w Wielkiej Brytanii, USA, Indiach. W jednych mówiłam do nauczycieli "Joe", w innych nosiłam obowiązkowy mundurek i musiałam skromnie spuszczać wzrok, gdy zwracałam się do kogoś dorosłego. Nic dziwnego, że gdy przyszedł czas wyboru studiów, nie miałam spójnej wizji własnej przyszłości. W końcu wymyśliłam, że pojadę do Florencji studiować historię sztuki. Oznajmiłam to rodzinie i... przeżyłam jedno z większych życiowych zaskoczeń. Wciąż to pamiętam. Moja mama, wieczna hipiska, powiedziała: "Nie ma mowy. Skończysz porządną szkołę dla sekretarek i dużo lepiej na tym wyjdziesz".

To jakim cudem jako 19-latka została pani znaną modelką?

- "Cud" to dobre słowo. Praca modelki była ostatnią rzeczą, na którą bym wtedy stawiała. Byłam naprawdę pulchną nastolatką. A to, co zjem na obiad, interesowało mnie bardziej niż to, co na siebie włożę. Zadecydował przypadek, do dziś uważam, że zupełnie nieprawdopodobny. Pamiętna rozmowa z mamą na temat mojej przyszłości odbywała się w jednej z londyńskich restauracji.

- Gdy dotarło do mnie, że mama naprawdę chce mnie wysłać do szkoły dla stenotypistek, wybiegłam stamtąd, usiadłam na schodach jakiejś kamienicy i zaczęłam płakać. Chwilę później kilka metrów przede mną zatrzymała się taksówka. Wysiadła z niej kobieta na niebotycznych szpilkach. Wyglądała tak zaskakująco, że natychmiast przykuła moją uwagę. Miała na głowie gigantyczny kapelusz, ubrana była w coś, co przypominało współczesną imitację gorsetu, głośno się śmiała i niosła mnóstwo eleganckich reklamówek z zakupami. Było ich tyle, że ciągle którąś gubiła. Odruchowo wstałam i pomogłam jej zanieść wszystko do domu. Zaprosiła mnie do środka na kawę, a potem zapytała, co się stało. Gdy wyjaśniłam, spojrzała na mnie badawczo i powiedziała tak po prostu: "Przecież zawsze możesz zostać modelką".

Ale modelką nie zostaje się "tak po prostu"...

- Bo jeszcze nie powiedziałam, że tą kobietą była Isabella Blow! Ekspertka pisząca o nowych trendach do brytyjskiego "Vogue’a". Bardzo wpływowa osoba w świecie mody. Wkrótce przekonała nie tylko mnie, ale i moją mamę, że naprawdę mam szansę odnieść sukces jako modelka. Stwierdziła, że "mam to coś" i że "widzi we mnie nową Anitę Ekberg". Wtedy nie wiedziałam nawet, o kim mówi. Jeśli mam być całkiem szczera, początkowo miałam sporo wątpliwości, czy nie jest fantastką.

- W tamtych czasach na wybiegach dominowały modelki w rozmiarze 34. A ja nosiłam ubrania numer 42! Ale gdy Isabella przedstawiła mnie Sarze Doukas, właścicielce agencji Storm Models - tej samej, która odkryła Kate Moss, a Sara się mną na serio zainteresowała, zaczęłam wierzyć, że coś z tego będzie. 

Jak Doukas na panią zareagowała?

- Powiedziała, że da mi szansę, bo ludzi zmęczył już "heroinowy szyk" i chcieliby wreszcie zobaczyć jakąś "kobietę z krwi i kości". (śmiech) Od razu miała pomysł, jak mnie wykreować.

Nie wszyscy byli do niego przekonani. Po pierwszych pokazach nazywano panią sarkastycznie "modelką gigantem" albo "tą wielką modelką". Nie miała pani z tym problemu?

- Wtedy nie. Sara przekonała mnie, że dzięki mojej figurze mogę zostać modelką charakterystyczną. Dziewczyn wyglądających jak Kate Moss były na wybiegach setki. Ja zostałam pierwszą modelką XL, a chwilami nawet XXL - i to był mój atut. Szybko okazało się, że moja figura podoba się też znanym fotografom. Tim Walker wywołał sensację w agencji Storm, gdy po przejrzeniu kilkudziesięciu portfolio różnych modelek zarezerwował mnie na sesję okładkową dla magazynu "W".

- Niedługo potem jeszcze większe poruszenie wywołała informacja, że Steven Meisel chce zrobić ze mną sesję do włoskiego "Vogue’a". Pracowałam też z Richardem Avedonem, Davidem La Chapelle’em. Sama nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jak mogłam nie czuć się piękna? (śmiech)

Zaangażował panią też Karl Lagerfeld.

- Nigdy tego nie zapomnę. Wymyślił, że dla niemieckiego "Vogue’a" zrobi sesję z Gianfranco Ferré w roli króla i ze mną w roli wyuzdanej królewskiej kochanki. Czułam się strasznie skrępowana. Byłam ubrana niemal wyłącznie w diamenty, a Lagerfeld cały czas krążył po planie, zasłaniając twarz czarnym wachlarzem.

Po kilku głośnych sesjach z pani udziałem zaczęto mówić, że "rzuciła pani wyzwanie anorektycznemu ideałowi kobiecego ciała".

- Zaczęłam wtedy dostawać listy od kobiet o wymiarach zbliżonych do moich. Pisały, że poczuły się dowartościowane. Byłam ich przedstawicielką wśród supermodelek. To było fantastyczne! Zaczęłam mieć poczucie misji...

I nagle zrobiła pani tym wszystkim kobietom numer, chudnąc do rozmiaru 38.

- Zanim to zrobiłam, miałam poważny dylemat. Do pewnego czasu naprawdę dobrze czułam się w moim dużym ciele. Ale przyszedł moment, w którym poczułam się ociężała. I nagle zapragnęłam czuć się lżej, jeść lżej i uprawiać więcej sportu. Były głosy, że nie mogę schudnąć, bo przestanę być "tą Sophią Dahl". Ja jednak uznałam, że nie chcę zostać zakładniczką własnego wizerunku. Chciałam czuć się dobrze ze sobą, a nie za wszelką cenę podtrzymywać przy życiu markę "modelka XXL". Zrobiłam to, co było dobre dla mnie. Każda kobieta powinna sama decydować, jak chce wyglądać.

Czytaj dalej na następnej stronie.

W jednej ze swoich książek śmiała się pani z tego, że gdy zdarzało się pani bywać wśród intelektualistów, woleli z panią rozmawiać o sposobach na odchudzanie zamiast o literaturze.

- Było kilka takich epizodów. Wszystkim mówiłam to samo: jestem przeciwniczką "cudownych diet" i mam sceptyczny stosunek do "osobistych trenerów". Ci, których spotkałam, traktowali mnie jak wadliwy towar, który trzeba naprawić za pomocą ekstremalnego wysiłku i kąśliwych uwag. Ja chcę, by moje życie było zmysłowe, seksowne, zdrowe i pełne przyjemności. A liczenie kalorii, kompulsywne stawanie na wadze, porównywanie swojego ciała do ciał innych kobiet nie jest ani zdrowe, ani seksowne. Dlatego potrawy, które gotuję, są naturalne, sycące i przede wszystkim mają sprawiać dużo przyjemności.

- O dziwo, od kiedy jem to, co sama gotuję, nie tyję, choć nie poświęcam tej sprawie zbyt wiele uwagi. I nigdy nie odmawiam sobie deseru. Jest w tym jakiś paradoks, że byłam pulchna jako modelka, a dziś, gdy zawodowo zajmuję się gotowaniem, ważę dużo, dużo mniej.

Odeszła pani z zawodu u szczytu sławy. Dlaczego?

- Po prostu wyrosłam z tego życia. Było fascynujące, gdy miałam dwadzieścia kilka lat. Zdarzało się, że w tym samym tygodniu byłam w Nowym Jorku, Paryżu, Mediolanie, a na weekend wracałam do Londynu. Pokazy, przyjęcia, sesje, imprezy. Wtedy takie życie mi imponowało. Aż tu nagle przyszedł moment, w którym pomyślałam, że chcę czegoś więcej. Zaczęłam pisać. Książki kucharskie, ale też beletrystykę - wydałam już dwie powieści. W końcu uznałam, że to właśnie będę robić. Dziesięć lat w zawodzie modelki zupełnie wystarczy. Teraz chcę być pisarką. I panią od gotowania.

Faszerowane bliny z jajecznicą, sałata masłowa z mięsem homara i szyjkami rakowymi, risotto z kwiatami cukinii. Jak powstają pani autorskie przepisy?

- Eksperymentuję z rodzinnymi przepisami, a czasem z klasycznymi recepturami. Lubię robić w nich rewolucje. Bywa też, że po prostu mam swoją wizję zupełnie nowego dania, kupuję składniki i gotuję coś, czego sama nigdy nie próbowałam. Jeśli jestem zadowolona z rezultatu, włączam przepis do moich stałych sprawdzonych zbiorów. Jeśli nie, karmię nieudanym eksperymentem wrony w moim ogrodzie. (śmiech) To na szczęście nie zdarza się często.

- Mogę wszystkich zapewnić, że przepisy, które publikuję w książkach, są wielokrotnie sprawdzone i należą do moich ulubionych. Sama najczęściej gotuję rzeczy łatwe, niewymagające dużego wysiłku i nieobarczone przesadnym ryzykiem klęski, które jednak potrafią się zaskakująco pięknie prezentować na talerzu.

Często powtarza pani, że dobra kuchnia pomaga w miłości. Pani pomogła?

- Jestem o tym przekonana. Uwielbiam gotować dla mojego męża (muzyk jazzowy Jamie Cullum - red.) i uważam to za element naszej gry miłosnej. Gdy nasz związek był rodzącą się fascynacją, karmiłam go na przykład przegrzebkami grillowanymi w muszlach z dodatkiem musu z zielonego groszku i ziół. Delikatne kompozycje z owoców morza to zawsze dobry sposób na uwodzenie. Kiedy weszliśmy już w fazę dobrze zapowiadającego się związku, rozwinęłam nową specjalność: zapiekanki z mięsa i warzyw.

- Nic tak nie spaja dobrze rozumiejących się partnerów jak gorąca miska ze skwierczącą wołowiną pod dobrze spieczonym warzywnym purée. Plus kieliszek czerwonego wina. Niedawno ja i Jamie zostaliśmy rodzicami, a to zupełnie nowy rozdział w historii związku. Myślę, że możemy już razem jeść wszystko. (śmiech)

Ma pani czasem dosyć gotowania?

- Oczywiście! Są dni, gdy nie mam ochoty nawet zajrzeć do kuchni. I wtedy nie zaglądam. Czasem trzeba odpocząć nawet od tego, co jest naszą pasją, żeby nie stało się rutyną. Raz wystarcza mi dzień przerwy, kiedy indziej potrzebuję kilku, by znowu poczuć ekscytację na myśl, że coś ugotuję. Jeśli ktoś czuje się znużony gotowaniem, polecam przeczytanie książki ciekawego kucharza. Mnie inspirują ci, którzy wnoszą do kuchni dobry nastrój: Nigella Lawson, Jamie Oliver, a ostatnio Nigel Slater. Krótki kontakt z nimi zawsze przywraca mi chęć do działania. 

Powiedziała pani kiedyś, że gotowanie jest barometrem naszych emocji. Co pani kuchnia mówi o pani życiu emocjonalnym?

- Czuję się szczęśliwa i spełniona. Jako kucharka, pisarka, żona i matka. Spędzam sporo czasu z córką i mężem. Gotuję dla nich i uwielbiam, gdy się zachwycają moimi daniami. Specjalizuję się m.in. w deserach, "którym nie sposób się oprzeć". Eton mess, w mojej wersji z rabarbarem, czyli tort bezowy o różanym aromacie z bitą śmietaną i rabarbarowym musem, ciasto czekoladowo-kasztanowe czy ananasowa granita z miętą są w moim domu częstym dopełnieniem rodzinnej sielanki.

Ma pani jakieś wielkie niespełnione marzenie kulinarne?

- Chciałabym kiedyś zapisać się na kurs w słynnym paryskim Instytucie Cordon Bleu i podglądać tam francuskich mistrzów w akcji. Ale niedawno skończyłam nową książkę kucharską ("Na każdą porę" właśnie ukazała się po polsku - red.), teraz piszę trzecią powieść, a mam już pomysł na następną. To marzenie zrealizuję więc raczej na emeryturze. Myślę o tym bez żalu, bo większość moich ważnych marzeń już się spełniła. To jedno może więc poczekać.

Rozmawiała Anna Jasińska

Reklama

Reklama

Reklama