Reklama

Reklama

Rzecz o człowieku, który ratuje jeże

Pan Witold nie potrafi być obojętny na krzywdę. Od przeszło sześciu lat ratuje jeże, tak zwyczajnie, z potrzeby serca. Bardzo niechętnie, ale ostatecznie zgodził się opowiedzieć nam o swojej niezwykłej działalności.

Trzeba mieć dużo odwagi w sercu, żeby pomagać innym. Z jednej strony człowiek zastanawia się czy sprosta, bo wie, że bierze na siebie ogromną odpowiedzialność za drugą istotę. Z drugiej zaś może okazać się niezrozumiany przez innych ludzi, nawet tych najbliższych, bo ci prędzej czy później i tak poddadzą ocenie jego działalność. Poza tym, by móc pomagać, trzeba często zrewidować swoje plany, trzeba poświęcić tak przecież cenny czas. Dla pana Witolda to nie jest przeszkoda.

Pierwszego jeża, Felusia, znalazł w 2013 roku. To od niego wszystko się zaczęło.

Reklama

- Przyjechałem z pracy i zauważyłem małego jeżyka, który siedział sobie przy pryzmie kompostownika i coś wyjadał - wspomina mężczyzna.

- Pomyślałem - złapię go i pokażę dzieciakom. Okazało się jednak, że całe jego łapki były poklejone żywicą. Sam nie dałby sobie rady. Pojechaliśmy z nim do weterynarza. Gdy porozklejali jeżykowi łapki, przywieźliśmy go z powrotem do domu, a po jakimś czasie wypuściłem Felusia na wolność. Nie upłynęło wiele czasu, gdy znalazłem kolejnego, całego zakleszczonego jeża. Gdy go wyczyściłem z kleszczy (naliczyłem ich około 300), a zajęło mi to dwa dni po dwie godziny, wypuściłem go w świat. Nazwałem go Alex. Potem pojawił się jeszcze kilka razy u mnie w ogrodzie - dodaje pan Witold z uśmiechem.

Pana Witolda poznałam podczas jednej z akcji sprzątania naszej podkrakowskiej wsi ze śmieci, na którą wybrałam się ze swoją rodziną. Wyszedł do nas zainteresowany tym, co robimy, bo kręciliśmy się koło jego podwórka. Wyszedł z jeżem na rękach. Pokazał nam wówczas miejsce, gdzie one u niego zimują. Już wtedy wiedziałam, że będę chciała bliżej poznać tego człowieka i jego podopiecznych.

- Pierwsze jeże trzymałem w domu. Dla następnych zbudowałem już noclegownię w piwnicy i domki w ogrodzie, w moim zagajniczku.

Pan Witold czuł już zapewne, że na tym jego przygoda z jeżami się nie skończy. I słusznie, bo jak się okazało, to był dopiero początek.

Niezwykłe odkrycie

- Płacz trzeciego jeża usłyszałem, gdy schodziłem do garażu po samochód - opowiada pan Witold. - Kwilenie było tak głośne i przypominało raczej zranionego ptaka, wiec szukałem ptaka. Jednak gdy znalazłem źródło płaczu okazało się, że to zupełnie mały jeżyk. I co ciekawe, nie był sam.

Po pierwszym jeżu, którego pan Witek otoczył opieką, zaczął zdobywać wiedzę o tych zwierzętach. Wiedział już zatem, że jeden mały jeżyk to w przyrodzie rzadkość i trzeba szukać pozostałych członków stadka. Jest ich zwykle od dwóch do dziewięciu.

- Nad schodami do piwnicy mam ułożone deski i palety - tłumaczy. - Gdy podniosłem kawałek leżącej tam folii, ujrzałem pięć par wpatrujących się we mnie oczu. W rogu jednej z palet jeżynka przesiadywała ze swoimi małymi. Ten kwilący malec zwyczajnie wypadł z gniazda i nie mógł z powrotem wrócić do matki i rodzeństwa. Wtedy już ugięły się pode mną nogi, bo był przecież wrzesień i wiedziałem, że to późna pora dla takich malców. Uświadomiłem sobie, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zająć się tymi wszystkimi jeżami.

Jednak pan Witold nie wystraszył się zadania. Miał już przecież noclegownię, wiedzę i, przede wszystkim, dobre chęci.

- Wyjąłem z moimi dziećmi wszystkie małe jeże, tylko matka nie chciała nam dać się złapać, więc postanowiłem z synami pojechać z małym do weterynarza, bo bałem się, czy czegoś sobie nie zrobił spadając. Na szczęście okazało się, że jest cały i zdrowy. Gdy wróciliśmy, matki już nie było. Byłem załamany - wspomina.

- Następnego dnia sprawdziłem raz jeszcze gniazdo, w którym wcześniej przesiadywała z młodymi i jaka była moja radość, gdy wsadzając głęboko rękę między palety się ukułem. Był to znak, że wróciła. Z trudem wyciągnęliśmy ją z kryjówki. Niewiarygodne i piękne było to, jak małe cieszyły się na jej widok, gdy włożyliśmy ją do nich. Jak już trochę ochłonęła, wzięła jedno dziecko w pysk a pozostałe cztery szły za nią. Chciała się wyprowadzić. Wypuściliśmy je jednak dopiero na wiosnę następnego roku. Najpierw matkę - Kaśkę. Miała jedną niewładną łapkę, ale zasuwała na tych trzech pozostałych bardzo szybko. Potem wypuściliśmy dzieciaki, które już odkarmione musiały sobie poradzić w naturze. I poradziły. Widywałem je jeszcze przez pewien czas. 

Na pytanie, czy dużo kosztuje leczenie jeży, pan Witold się uśmiecha i stwierdza, że ma sporo szczęścia w tej kwestii.

- Na początku faktycznie korzystałem z usług weterynarzy z lecznicy, która znajduje się najbliżej. W związku z tym, że moi podopieczni byli dość nietypowymi pacjentami, lekarze pobierali ode mnie naprawdę symboliczne kwoty za ich leczenie. Wykazywali się przy tym dużą empatią w stosunku do nich i udzielali profesjonalnej pomocy. Tak było do momentu, gdy zupełnie przypadkowo na zjeździe klasowym mojego liceum nie zgadałem się z kolegą, który jest weterynarzem. Zaproponował, bym z jeżami przyjeżdżał do niego. I tak się zaczęła nasza wieloletnia współpraca. Nigdy nie zapłaciłem u niego ani złotówki za jego fachową opiekę: leczenie, leki, zabiegi. Zatem, jak coś się dzieje jeżom, które do mnie zawitają, Bogusz je ratuje. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Ja zapewniam jeżom wikt i opierunek, a Bogusz leczenie - tłumaczy z uśmiechem na ustach mężczyzna.

- Uratował życie prawie wszystkim moim jeżom. Niestety, zdarzyły się też takie sytuacje, że jeż trafił do mnie zbyt późno i nawet najbardziej profesjonalna pomoc Bogusza okazywała się nieskuteczna. Na szczęście to sytuacje bardzo sporadyczne - dodaje.

Jedno jest pewne, samemu byłoby mu dużo trudniej zagwarantować tym wdzięcznym stworzonkom kompleksową opiekę. Mimo to pan Witek nigdy nawet nie pomyślał ani o założeniu fundacji, ani o szukaniu w jednej z nich pomocy. Zajmuje się jeżami na miarę swoich własnych sił i na miarę potrzeb, bo to absolutnie mu wystarcza. 

Samo-namaszczania - niecodzienny jeży rytuał

Jest wiele mitów na temat tego, że jeże są nosicielami groźnych chorób. Bardzo szkodliwe dla jeży jest przekonanie, że przenoszą wściekliznę.

- To ma swoją podstawę, chociaż absolutnie nie jest zgodne z prawdą - tłumaczy pan Witek. - Gdy jeż znajdzie intrygujący go zapach, to albo go zlizuje, albo stara się go zgryźć. Wówczas wokół jego pyszczka pojawia się piana, którą próbuje przenieść na boki i tułów swojego ciała. Obsmarowuje się tą pianą przybierając śmieszne figury, często się przy tym wywraca. Wspaniały widok. To jest takie samo-namaszczenie się jeża i świadczy o tym, że przejmuje on zapach, który mu się spodobał. Co ciekawe, kolor pienistej śliny jest zawsze taki sam, jaki ma nowopoznany smak i zapach. Ludzie, niestety, często mylą tę wyjątkową umiejętność jeży fascynowania się nowym zapachem i smakiem ze wścieklizną - przekonuje opiekun jeży.

Doświadczenia pana Witolda pokazują, że również dość nietuzinkowe są upodobania tych stworzonek, co do zapachów.

- Kiedyś mój syn, Szymon, rysował coś kredkami i spadł mu rysik od jaskrawo zielonej kredki. Ile zabawy miał z nim jeż, który go znalazł. Później miał zieloną pianę wszędzie dookoła pyszczka. Inny jeż był niezwykle szczęśliwy, jak dorwał się do moich świeżo wypastowanych butów. Był bardzo uparty, gdy go od nich odwodziłem. Wielka radość spotyka też jeże, gdy znajdą gumę do żucia. Taplają się w niej, jak oszalałe. Opiekowałem się kiedyś jeżem, który uwielbiał zapach mojego dezodorantu, lizał a nawet podgryzał mi koszulkę, gdy tylko go wyczuł - wspomina mężczyzna.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje