Reklama

Reklama

Tak powstawały przeboje wszech czasów

"Windą do nieba", "Jolka, Jolka pamiętasz", "Szklana pogoda" i "Dmuchawce, latawce, wiatr" to przeboje, które nuci już trzecie pokolenie. Choć z wszystkimi kojarzymy innego wykonawcę, autorem ich tekstów jest jeden człowiek - Marek Dutkiewicz. Opowiada, jak powstały jego największe przeboje.

Przeczytaj fragment książki "Jolka, Jolka, pamiętasz?" autorstwa Marka Dutkiewicza:

"Windą do nieba", 2 Plus 1, muzyka: Janusz Kruk

Ostatnio w hinduskiej restauracji, w którą przekształciła się restauracja włoska, która z kolei powstała na gruzach kawiarni Świtezianka, widziałem taką scenę: Trwa wesele. Greckie wesele. Po tradycyjnym tańcu z chustką następują toasty, potem grad talerzy wali o podłogę. A w tle wycina kapela. I co grają? Tradycyjną grecką pieśń weselną "Windą do nieba".

A z "Windą" to było tak. Kruk od początku docenił ten tekst, wiedzieliśmy, że jest materiał na przebój. Nie było tylko muzyki. Janusz mocował się solowo z tym wyzwaniem, aż wreszcie zaprosił mnie do kooperacji.

Reklama

Służew nad Dolinką nazywa się ten przedsionek Ursynowa, gdzie mieszkali wtedy Elżbieta i on. I tam właśnie zalegliśmy z Krukiem pewnego wieczoru. Zalegliśmy przy barku. Kruk rzeźbił coś na gitarze, paliwa w barze ubywało, ale szło jak po grudzie. Dawno już poległy soplica, whisky, jarzębiak, ale poród nie następował.

Nad ranem rozstrzelaliśmy zakurzoną pomarańczówkę i nie bez problemów utrwaliliśmy kolejną wersję "Windy" na magnetofonie szpulowym marki Grundig.

Świt dopadł nas w południe. Pomijam światłowstręt i tupot gołębi na balkonie. Naszą największą zmorą był Grundig. Krążyliśmy wokół niego i żaden nie odważył się, aby wcisnąć klawisz odtwarzacza. Wreszcie wypiliśmy po kuble kranówki i skoczyliśmy w przepaść. To nie miało prawa się udać. A jednak.

Pieśń "Windą do nieba", którą znamy, ani na nutę nie odbiega od naszej porannej, ostatniej wersji. W studiu okazało się, że aranż jest nieco dziurawy, ale chwała Hołdysowi. Zbyszek uratował ten numer - to jego gitara nadała mu charakter i skleiła całość.

Co bawi mnie i zdumiewa do dziś, to fakt, że na czołowy polski szlagier weselny awansował kawałek dość gorzki i raczej skromnie propagujący instytucję małżeństwa. A jednak co kilka miesięcy dzwoni do mnie ktoś ze świata i raportuje: grają "Windę" na weselu w Chicago. Albo w Sydney. Albo w Białymstoku.

Myślę, że Kruk byłby szczęśliwy.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

"Szklana pogoda", Lombard, muzyka: Grzegorz Stróżniak

Do domu przy Reymonta, na skraju Wawrzyszewa, sprowadziliśmy się w niezłej kompanii - kompozytorzy Wojtek Trzciński, Jarosław Kukulski i ja. Nawet niespecjalnie wpłynęło to na intensywność wieczorynek - koledzy byli statecznymi mężami rodzin, ja raczej hulałem na mieście.

Za to konstrukcja budynku, gdzie wszystkie klatki połączone były strychem tasiemcem, pomogła przetrwać niewesołe noce stanu wojennego. Mogliśmy kursować do siebie, przemykając górą - w kapciach Jarosław, ja raczej z flaszką - bez potrzeby legitymowania się podejrzliwym patrolom. Okna wychodziły na sąsiedni, równie piękny, niekrótki blok, krajobraz zachęcał, aby go uwiecznić jakąś ponurą frazą.

Gdy zapukał do mnie zespół Lombard, miałem już stosowny numer - choć bez muzyki jeszcze. Pierwotny refren brzmiał następująco:
Szklana pogoda
Szyby niebieskie od telewizorów
Szklana pogoda
Szklanka naciąga bez humoru
Szklana pogoda
Szkło już rozlane
Pachnie w mieszkaniu
Szachy szachrajom
szczęścia nie dają
Szczury stadami
szur szur schodami
Szaleństwo szare
żyje na wiarę
Szklana pogoda

Takie szeleszczące odbicie stanu ducha.

Kartkę porwał klawiszowiec zespołu Grzegorz Stróżniak. I wydarzyła się rzecz bez precedensu - wyciął mi połowę refrenu. Nie pytał, nie prosił - wziął i ciachnął. Jak wspomniałem, zwykle bywam przy nagraniach swych numerów, jednak Lombard "Pogodę" nagrywał w Szczecinie, kawałek drogi. Nie dojechałem. Fakt.

Tuż przed festiwalem opolskim zademonstrowali mi swoje dzieło. Przyzwoicie nagrane, ale z refrenem kadłubkiem. Zagotowałem się i gotów byłem opieprzyć Stróżniaka. Ba - chciałem zastopować numer, ale gdy zeszło ciśnienie, dotarło do mnie, że Grzegorz wyświadczył mi przysługę, że cięcie pomogło, a nie zaszkodziło pieśni.

Obecnie co najmniej dwie formacje śpiewają "Szklaną": Małgosia Ostrowska plus jej kapela i staro-nowy Lombard z nową wokalistką, ale starym klawiszowcem Grzegorzem Stróżniakiem z Plewisk. Nowa wokalistka zadzwoniła do mnie niedawno, aby wyjaśnić sprawę u źródła - otóż ona śpiewa, że szklanka nadciąga, a nie wszyscy się z tym zgadzają. Gdzie więc leży prawda?

Wytłumaczyłem, że chodzi o herbatę, a nie o kosmiczną inwazję statków-szklanek, ale nie wydawała się przekonana.

Ciągle bawi mnie wiekowy klip "Szklanej pogody", gdzie Małgosia O. gra rolę przenikliwej telewizyjnej spikerki. Szkoda, że nie w mundurze, bo tak przyodziani spikerzy występowali podówczas w TVP. Zabawne, ale nikt im tego nie rozkazał. W mundury wbili się z własnej inicjatywy.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

"Dmuchawce, latawce, wiatr", Urszula, Ewa Farna, muzyka: Romuald Lipko

Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju. Ta siermiężna mądrość żołnierska chodziła mi po głowie, gdy nagrywaliśmy "Dmuchawce". Walc nieczęsto trafiał mi na warsztat, prawdę mówiąc, było to moje pierwsze podejście pod trzy czwarte.

Nagrywaliśmy płytę w potwornie wyziębionym studiu przy Długiej w Warszawie. Ula z kończyną w gipsie, szczękająca zębami. Dosyć daleko nam było do skwaru lata i podmuchów gorącej miłości. Realizator Wojtek Przybylski walczył ze zgraniem, ta finalna wersja jest chyba szósta. Ale warto było.

Gdy latem nad plażą w Dębkach fruwały "Dmuchawce", nie podejrzewałem tej piosenki o taką długowieczność. A teraz zdarza się w Polsce, że rodzice przedstawiają mi dosyć już dorosłe potomstwo. - My właśnie wtedy przy "Dmuchawcach" - mówią.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

"Jolka, Jolka pamiętasz...", Budka Suflera, muzyka: Romuald Lipko

Pieśń o Jolce narodziła się pod dobrą gwiazdą. Liczba szczęśliwych przypadków, które wydarzyły się u jej kołyski, zdecydowanie przewyższa krajową średnią. Nigdy nie taiłem, iż historia, którą opowiedziałem, przydarzyła się naprawdę. Nie trwała zbyt długo, nie myślałem, że zaważy na moim życiu, jednak wydała mi się na tyle osobliwa, że chciałem ją opisać.

Romek Lipko przekazał mi pakiet nowych kompozycji, które miałem tekstami wypełnić. Jeden z tych utworów był krótką, zwartą piosenką, szybką i pogodną. Ale gdyby tak spowolnić tę melodię? Gdyby tak balladę z niej wykroić? I powstał tekst "Jolki". Romuald był co najmniej zaskoczony.

Mieszkaliśmy jak zwykle w Hotelu Polonez w Poznaniu i tam właśnie tekst przeszedł próbę ogniową. Pokazałem go dziewczynie z recepcji. Przeczytała i oczy jej się zaszkliły. Lipko uwierzył. Trzeba było oczywiście przearanżować całą pieśń. Atutem był nowy wokalista, który miał nagrać nasze utwory. Rzecz niebywała, ale doszło tylko do jednej sesji nagraniowej Felicjana Andrzejczaka z Budką Suflera. Jednej, ale jakiej! Powstały trzy nagrania: "Noc komety", "Czas ołowiu" oraz "Jolka, Jolka, pamiętasz...".

Staram się zwykle być obecny przy nagraniach moich piosenek - jeśli nie pomogę, to nie zaszkodzę, jak sądzę. Było tak i w tym przypadku. Podobnie jak przy pierwszych nagraniach Urszuli, także teraz nagrywaliśmy w poznańskim studiu przy Marcinkowskiego. Jednak moja pomoc była zbędna. Felicjan ze swym szczególnym zaśpiewem i oryginalnym głosem wstrzelił się idealnie w koncepcję Lipki i moją wizję. Był to kolejny, ale nie ostatni szczęśliwy traf.

Jeszcze gorąca taśma trafiła do Warszawy, do rąk Piotra Kaczkowskiego. Miał wtedy poranne audycje w Trójce i od poniedziałku zaczął "Jolką" karmić słuchaczy. Zagotowało się. Nikt nie kojarzył głosu Andrzejczaka z dokonaniami Budki. W radiu grzały się telefony, ale Piotrek wytrzymał napięcie do soboty. I dopiero wtedy rzekł: "Pytacie państwo, co to za utwór? To ‘Jolka, Jolka, pamiętasz’, nowy utwór Budki Suflera". Reszta jest historią.

Ale zastanówmy się jeszcze nad usytuowaniem tej ballady w czasie. Wtedy niemal siedmiominutowy utwór nie przerażał w radiu nikogo. Dziś sito selekcji nie przepuści nagrania dłuższego niż trzy minuty. Trochę trudno byłoby zamknąć w tych ramach historię, którą opowiedziałem.

I na koniec dwie gigantyczne wiśnie na torcie. W plebiscycie Radia Zet na największy przebój Budki "Jolka" zdystansowała wszelkie inne, wspaniałe budkowe nagrania. A na festiwalu Przystanek Woodstock przydarzyła mi się przygoda jak z pięknego snu. Zwykle wydaje się nam, że największy sukces życiowy jest ciągle przed nami. Po tym Woodstocku już chyba mam go za sobą. "Jolkę" odśpiewało tam bowiem 700 tysięcy ludzi! Jurek Owsiak w swoim portalu zakomunikował o tym światu, dołączył też akt strzelisty, niesłychaną laurkę pod adresem pieśni. Jurek, w rękę cię całuję i kłaniam się do ziemi nisko.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

Krótki przewodnik po utworze przeznaczony dla młodszej młodzieży:

- "Żebrząc o benzynę" - w stanie wojennym paliwo było reglamentowane. Istniały kartki na benzynę, które upoważniały do jej kupna, ale w ograniczonej ilości. Co więcej, obowiązywała też zasada przyporządkowania końcówki numeru rejestracyjnego do daty: liczby parzyste obsługiwano w parzyste dni, nieparzyste - odwrotnie. Podaż sprzęgnięta jest z popytem, pojawili się więc niezbyt uczciwi pompiarze, którzy sprzedawali na stacjach benzynę w ilościach dowolnych, oczywiście po zawyżonej cenie. W Warszawie taką stację wskazała mi Maryla Rodowicz. Lali wszystkim pod korek, ale tylko w ostatniej godzinie swej nocnej zmiany, czyli między piątą a szóstą rano. Wtedy podobno ryzyko kontroli było najmniejsze. Stacja mieściła się na Służewcu. Musiałem wstawać przed piątą, kiedy kończyła się godzina policyjna, i przebijać się przez całe miasto, aby zdążyć na koniec dyżuru dobroczyńców. Jednak jadąc przez Polskę na długim dystansie bez kanistra w bagażniku, ryzykowało się poważnie i w sytuacji, kiedy sechł bak, pozostawało tylko żebractwo.

- "Gdy pisałaś" - i nie był to SMS, rzecz zdumiewająca, ale SMS-y w ogóle jeszcze nie istniały! Funkcjonowała za to Poczta Polska, bywało, że listy opatrzone stosownym znaczkiem docierały do adresata. W piosence opisuję taki właśnie przypadek.

- "Plażą szły zakonnice" - przez całe lata byłem przekonany, że w pobliżu Dębek mieści się klasztor. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że jest tam dom wypoczynkowy dla duchowieństwa - stąd właśnie obraz korowodu zakonnic przed zachodem słońca. Fellini się kłania.

- "Słońca zaćmienie" - to nie jest żadna figura poetycka. Istotnie zaćmienie słońca miało miejsce tego lata. Dzień był pogodny, a więc zjawisko można było śledzić z łatwością. Oczywiście przez bardzo ciemne okulary lub - jak to czyniła miejscowa ludność - przez okopcone sadzą szkiełka.

- "Meta" - miejsce, gdzie po zamknięciu sklepów można było wejść w posiadanie alkoholu. Meta przeze mnie wspomniana mieściła się w Warszawie, na placu Zbawiciela, pod filarami. Dziś, tak jak niegdyś, urzędują tu kwiaciarki. Przed laty nie było to jedyne źródło ich utrzymania, w kubłach na wodę oprócz róż pływały flaszki. Najpopularniejsze wtedy były żytnia i jarzębiak.

- "Toyota przepiękna aż strach" - byłem prekursorem zjawiska product placement. Przedstawicielstwo Toyoty nie zająknęło się nigdy w sprawie gratyfikacji za reklamę. Może po latach naprawią swój błąd?

- "Autobus Arabów" - wydarzenie miało miejsce grubo przed akcją pieśni. Tak mi po prostu opowiedziano tę historię. Żałuję, ale nie znam detali. Po Warszawie jednak krąży ktoś znacznie lepiej ode mnie zorientowany - to Jolkowy mąż unieśmiertelniony przeze mnie w poemacie. Jego pytajcie - chętnie odpowie. Podobno minimalizuje format autobusu: to był tylko mikrobus, twierdzi.


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje