Reklama

Reklama

Wolny jak Peszek

​Jest dla człowieka naturalna. Tylko w niej możemy się rozwijać. Co takiego? Wolność. Osiągnął ją ten, kto się nie zastanawia, co wypada, a co nie, życzliwie przygląda się postawom innych, a potem wraca do siebie. I nie merda ogonkiem. Z Janem Peszkiem zastanawiamy się, gdzie leżą granice niezależności, ile swobody można dać dzieciom, by mogły się rozwijać, ale były bezpieczne. I czy da się zbudować miłość na spotkaniu dwóch wolnych elektronów?

Twój STYL: Umówiliśmy się na rozmowę o wolności. Chciałabym sprawdzić, jak istotna jest ona dla pana. Poproszę o rozwiązanie testu Miltona Rokeacha, psychologa. Czy mógłby pan uszeregować hasła w zależności od tego, jak bardzo są dla pana ważne? 

Jan Peszek: Układa. Wreszcie jego prywatna skala wartości jest gotowa: 1 - Wolność, 2 - Poczucie własnej godności, 3 - Równowaga wewnętrzna, 4 - Dojrzała miłość, 5 - Mądrość, 6 - Szczęście, 7 - Bezpieczeństwo rodziny, 8 - Prawdziwa przyjaźń, 9 - Równość, 10 - Świat piękna, 11 - Pokój na świecie, 12 - Bezpieczeństwo krajowe, 13 - Poczucie dokonania, 14 - Życie pełne wrażeń, 15 - Uznanie społeczne, 16 - Przyjemność, 17 - Dostatnie życie, 18 - Zbawienie. 

Reklama

Wolność jest u pana na pierwszym miejscu. Ale przecież pana życie jest zdeterminowane od chwili narodzin. 

- Chodzi pani o numer obozowy mojego ojca, który w czasie wojny trafił do oflagu w Królewcu, dzisiejszym Kaliningradzie? Dowiedziałem się o tym po latach, odkryła ten fakt moja żona Teresa, szukając zdjęć do wywiadu. Znalazła jedno, na którym na pierwszym planie widniał ojciec, numer obozowy wyszyto wielkimi cyframi na przedzie jego kurtki: 130244. "Zobacz, to jest data twoich urodzin!", powiedziała. Zdumiałem się, wcześniej tego nie zauważyłem. Może więc faktycznie coś było mi pisane, tak jak i ojcu. Moje życie pełne jest tego rodzaju sygnałów od losu, różnego rodzaju znaków, ocaleń.

Palec boży? 

- Dla jasności: jestem człowiekiem niewierzącym. Jak pani widzi, zbawienie nie jest w ogóle dla mnie istotne. Ale kiedyś było inaczej. Pochodzę z rodziny katolickiej, z dobrego, sytego domu. Miałem nawet szykować się na księdza, pomysłowi temu moi rodzice nie byli w najmniejszym stopniu przeciwni. Żywiłem duży szacunek dla Matki Bożej i tak mi zostało. To uwielbienie jest irracjonalne dla agnostyka, nie umiem go wytłumaczyć. Wizerunek Maryi wisi u mnie przy łóżku. Twierdzę, że jest na mnie już do końca życia obrażona. Chyba dlatego, że kiedyś po nocy sylwestrowej, wbrew protestom żony, uparłem się odwiedzić jej wizerunek w kościele Mariackim w niezbyt eleganckim stanie. Nie przeszkadza mi to modlić się do niej - jest to moja jedyna modlitwa. Nie zastanawiam się, czy ona naprawdę żyła kiedyś w Nazarecie. Nie analizuję. Przyznaję, że trudno mi objąć rozumem tę tajemnicę: kobiety, która urodziła Jezusa, wcześniej nawiedzonej przez Ducha Świętego. Ten akurat moment dość obcesowo komentowała niania naszych dzieci, prosta kobieta ze wsi, która mówiła: "No, panie... Jak to z gołębiem? Po prostu zdarzyło jej się z Józefem i tyle". Mówiła to szczerze, bez żadnej złośliwości. Uwielbialiśmy babcię Janeczkę. Z jej słów wyzierała prawda o Maryi kobiecie. Bo była przecież kobietą. Wielbię w niej tę zwykłą fizyczność i boskość. Dostałem kiedyś na Ukrainie obrazek z Matką Boską, noszę go zawsze w portfelu. (Wyciąga z torby portfel, wyjmuje niewielki obrazek w kolorach cukierkowego różu i błękitu)

Mówi pan, że jest agnostykiem. Czyli coś pana łączy z monarchą, którego gra pan w najnowszym spektaklu "Wielki Fryderyk" w reżyserii Jana Klaty. On chyba nie stawiał wolności na pierwszym miejscu, tak jak pan. 

- Fryderyk Wielki, król Prus, jeden z inicjatorów rozbiorów Polski, był człowiekiem zniewolonym na wiele sposobów. I słabym, choć przedstawiano go inaczej. Ale wybór tej sztuki w chwili, w której świętujemy stulecie odzyskania niepodległości, wydaje mi się kapitalny. Nie mamy jako naród jednej cechy. Nie potrafimy znieść krytyki. Wiele przez to przegrywamy. A Fryderyk lubił wszystkich krytykować włącznie ze swoimi rodakami. O nas mówił, że jesteśmy irokezami Europy. Zachwyciła mnie możliwość pracy nad tym tekstem. Mam hipotezę, że sztuka Adolfa Nowaczyńskiego może być dla nas latarnią morską. Sygnałem ostrzegającym przed możliwą katastrofą. Słowa Fryderyka Wielkiego, którego gram, są ostre, często niesprawiedliwe. Może dlatego powinniśmy się w nich przejrzeć. Bo tam jest ziarno prawdy. 

Fryderyk Wielki był zniewolony także wskutek własnej samotności. Pochowano go w krypcie koło cmentarza jego psów. Nie miał bliższych sobie istot. Nikt w nim nie zaszczepił wolności. A w panu? Skąd się w panu wzięło takie jej pragnienie? 

- W dużej mierze z domu rodzinnego. Nie było w nim restrykcyjnego wychowania, nikt mnie butem nie wciskał w żadną formę. Gdyby mnie złamano w dzieciństwie, nie tęskniłbym za wolnością i akceptowałbym zapewne ubezwłasnowolnienie. Tę hierarchię wartości odziedziczyłem po dziadkach ze strony matki. Dziadek Stefan przez całe lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych, plotka głosiła, że zakochała się w nim Rita Hayworth. Ale poznał babkę Stefanię. Ona była z von Kobylińskich, a on prosty chłop. Dużo czasu spędzaliśmy razem, jeździłem z nim konno, na targ. Miał ogromne sady, brałem udział w zbiorze owoców. To był szalony, wspaniały, przystojny mężczyzna z prostym kręgosłupem moralnym. Podziwiałem go za to. I za to, że był wolny. Latem kąpaliśmy się nago, nie wstydził się swojego ciała. Ojciec nigdy nie ukazał mi się bez bielizny, takie miał zasady. Dzięki dziadkowi zrozumiałem, że pruderia jest nienaturalna. Życie było przy nim swobodne, piękne, pozytywne. Ojca natomiast zapamiętałem jako zupełnie innego, poważnego i wymagającego. Mam poczucie niezamkniętych z nim rachunków. Nie wszystko sobie wyjaśniliśmy, a potem było już za późno. Podsumowując: wolność była mi zaszczepiona wcześnie. Gdy się jej posmakuje w pierwszych latach życia, nie da się bez niej funkcjonować. 

To jak pan poradził sobie w zderzeniu ze szkołą, z systemem, który polega jednak na "wtłaczaniu butem w foremki"? 

- Każda szkoła to system ubezwłasnowolnienia. Odciska mniej lub bardziej widoczne piętno, w zależności od czasów i charakteru nauczycieli. Mój katecheta na przykład na dzień dobry puszczał nam tak zwany prąd, zwłaszcza chłopcom. To były wyjątkowo bolesne uciskania bicepsów. Inny nauczyciel bił nas warkoczem splecionym z nylonowych sznurków, w środku były pręty metalowe. Dziś nie wyszedłby z więzienia, ale wtedy to mieściło się w normie. Koledzy w bramach w Andrychowie, gdzie mieszkaliśmy, opuszczali spodnie, pokazywali ślady po razach. Kto ma większe pręgi? Demonstrowali je z dumą, jak ordery.

Pan także? 

- Nie. Tylko raz zostałem uderzony. Przez uroczą kobietę, naszą sąsiadkę, matematyczkę. Kazała mi zdjąć marynarkę - jako jedyny w klasie codziennie, niezależnie od pogody, przychodziłem w marynarce. Nie była to modowa fanaberia ani chęć wywyższania się: po prostu tak ubierano mnie w domu, ale też wstydziłem się w tamtym czasie swoich ramion, nie lubiłem ich pokazywać. Na komendę: "Peszek, zdejmij to", odpowiedziałem, że nie. I nie chodziło tylko o chłopięce kompleksy. Nie chciałem zdjąć, bo czemu miałbym to zrobić? Nie było w tym poleceniu sensu. No i dostałem między łopatki otwartą dłonią. Nie bolało, chciało mi się śmiać. Widzi pani, u mnie poczucie własnej godności jest na drugim miejscu. A ono się z wolnością nierozerwalnie wiąże. Nikt nie ma prawa naruszać czyjejś godności. I gdy coś takie - go ma miejsce, potrafię walczyć. 

To się panu zdarzyło?

- Moja córka z całą dobrocią i ufnością małej dziewczynki napisała w szkole podstawowej wypracowanie o swojej pierwszej miłości. I została wyśmiana na forum klasy przez nauczycielkę. Córka wróciła do domu we łzach. Natychmiast było jasne, że ta polonistka nie ma kompletnie żadnych kwalifikacji do pracy z dziećmi. Wkroczyłem bez zastanowienia. Musiałem zrobić duży raban, sprawa oparła się o kuratorium, bo następnego dnia ta pani wyleciała nie tylko ze szkoły, ale w ogóle z Krakowa. Byłem nieustępliwy nie tylko dlatego, że chodziło o moje dziecko. Także dlatego, że zapewne przed Marysią wielu innych uczniów zostało przez tę kobietę skrzywdzonych i byliby kolejni. Wolność to trudna sprawa. Bo ona nie polega na tym, że robię, co mi się podoba, i oczekuję, że inni mi się podporządkują. 

Na tym polega anarchia.

- Tak. A wolność to możliwość decydowania o samym sobie, co myślę, w co wierzę, czy noszę marynarkę, czy też nie, jak żyję - o ile nie naruszam w ten sposób godności innych. Ta granica jest nieprzekraczalna. 

Pan jednak często gra postacie, które czerpią przyjemność z naruszania granic innych ludzi. W Uroczystości w reżyserii Grzegorza Jarzyny był pan ojcem wykorzystującym seksualnie własne dzieci. Widziałam ten spektakl. Nienawidziłam pana.

- Cudownie! Grzegorz Jarzyna na początku pracy nad Uroczystością powiedział, że byłoby wspaniale, gdyby w scenie, podczas której z moją żoną Ewą Dałkowską idziemy przez widownię, publiczność pluła na mnie. I wielokrotnie tak się zdarzyło. Pluto na mnie i obrzucano wyzwiskami. To komplement. Czyli byłem wiarygodny. Bardzo, skoro pewna pani psycholog w Berlinie, patrząc na mnie badawczo, usiłowała wydobyć, jak doszedłem do prawdy o postaci ojca z Uroczystości. Widziałem w jej oczach głębokie przekonanie, że musiałem dopuszczać się przemocy seksualnej wobec dzieci, bo bez tego nie dałbym rady jako aktor. Mam dwoje dzieci i ostatnią rzeczą, jaką mogę sobie wyobrazić, jest naruszenie dziecięcej godności, nietykalności cielesnej w taki sposób. Nie akceptuję tej postaci, ale starałem się ją zrozumieć. To moje zadanie, na tym polega mój zawód. Trudne. Bo jak wejść w myśli człowieka, który na pytanie syna: "Dlaczego to robiłeś?", odpowiada: "Bo do niczego innego się nie nadawaliście". Tylko do gwałtu. Ojciec z Uroczystości to potwór. Wszedłem w mrok, żeby go zagrać. Nie bałem się. To, że tak kocham wolność, chroni mnie przed zainfekowaniem się ciemnością. Mogę być anarchistą, homoseksualistą, pedofilem, chętnie eksploruję nowe tożsamości. Ale wracam do siebie. Idę w teatrze w żywioł, którym teatr się karmi. Dzięki temu żadna rola nigdy mnie nie uwiodła i... nie zadusiła. 

W pana życiu też był okres mroczny, depresyjny. To pomaga wejść w mroczną postać? 

- Człowiek kształtuje się w trudnościach, utwardza swój charakter. Tym mrokiem w moim życiu był czteroletni okres pracy w łódzkim Teatrze Nowym. Dostałem tam angaż, przyjechaliśmy całą rodziną. Zamieszkaliśmy w strasznym blokowisku na ulicy Traktorowej. Przez cztery lata nie dostałem żadnej roli. Cierpiałem z powodu niesprawiedliwości i upokorzenia. Zaproszono mnie do tego teatru, przecież ja się nie prosiłem. A potem posadzono na ławce rezerwowych. Nie rozumiałem tego. Otarłem się o alkoholizm. Mogło mi się w tej Łodzi ułożyć inaczej. Ale ja wielu zjawisk w świecie teatru i filmu nie akceptuję. Nigdy nie merdałem ogonkiem, nie wchodziłem w układy. Dzięki "okresowi łódzkiemu" stałem się tym, kim jestem dziś. Po czterech latach, gdy zdecydowałem się odejść, rozwiązał się wór ze wspaniałymi rolami i popularnością. 

Ceną pana wolności były częste przeprowadzki całej rodziny. Jak ona to znosiła?

- Nie ma idealnego rodzica i idealnej recepty na wychowanie. Faktycznie, było tak, że rok po roku przeprowadzaliśmy się: z Łodzi do Poznania, z Poznania do Krakowa, na to jeszcze naszedł stan wojenny. Marysia była w swoim żywiole, uwielbiała zmiany środowiska. Błażej wprost przeciwnie. Ale co my jako rodzice mieliśmy zrobić? Aktor dostaje angaż i jedzie. Uznałem, że to dobre ćwiczenie, przecież życie nie będzie moich dzieci głaskało. Zresztą niezależnie od tego, czy lubili zmiany, czy nie, kochali przeprowadzki. Każdej towarzyszyła muzyka. Mieliśmy adapter - żona dostała go na Politechnice od ministra za osiągnięcia naukowe - i płyty. Kolejne przenosiny odbywały się przy dźwiękach jednej z nich puszczanej w kółko. No i były te cudowne niespodzianki, gdy odsuwa się meble i odnajduje zagubione zabawki, skarpety, czapki, o których wszyscy sądzili, że zaginęły na zawsze. Przeprowadzka była zawsze wspaniała, pełna przygód. Potem przychodziła codzienność w nowym miejscu, której wszyscy musieliśmy sprostać. Ale to naprawdę nie był koniec świata.

Trudno jest dać dziecku wolność? Nie bał się pan, że pana dzieci, spuszczone ze smyczy, zrobią sobie krzywdę? 

- Ale też nigdy ich nie zostawiłem bez opieki. Gdy Marysia miała czternaście lat, zauważyłem, że pakuje do plecaka jedzenie ukradkiem i gdzieś wynosi. Zaciekawiło mnie to. Chciałem sprawdzić, co się dzieje. Poszedłem więc za córką, gdy wychodziła któregoś dnia z domu z wałówką. Okazało się, że dokarmiała na krakowskim Kazimierzu starą, samotną alkoholiczkę. Marysia zawsze była altruistką, miała wielkie serce. Tylko że wtedy Kazimierz był okropnym, zaniedbanym miejscem, w którym łatwo można było dostać nożem pod żebra. Ale nie mogłem pozwolić, by mój lęk przekreślił dziecięce miłosierdzie Marysi. Nie mogłem jej zakazać podobnych gestów. Towarzyszyłem jej natomiast w jej wyprawach, ale tak, żeby mnie nie widziała. Nie chciałem nic zepsuć, zapeszyć. Córka dowiedziała się o tym, gdy była już dorosłą kobietą. Czasem rodzic powinien być niedostrzegalny, dyskretny. Dzieci rozkwitają w wolności.

Czyli nie ma pan jako ojciec wrażenia, że czegoś nie dopatrzył?

- Popełnialiśmy z żoną mnóstwo błędów wychowawczych. Nawet ostatnio zapytaliśmy córkę i syna - jesteśmy z dziećmi w bliskiej, przyjacielskiej relacji - czy mają poczucie wyrządzonej przez nas krzywdy, czy chcieliby, żeby coś w naszej wspólnej przeszłości było inne. Powiedzieli, że nie. Ucieszyliśmy się. Zresztą zawsze mieliśmy poczucie, że dzieci nam ufają. Córka radziła się żony, syn przychodził do mnie z męskimi dylematami. Mogli na nas liczyć. Kiedyś pomieszkiwała u nas pierwsza dziewczyna Błażeja, bo jej ojciec źle ją potraktował. Syn przyszedł do mnie, bo nie rozumiał postępowania tego człowieka. Usłyszał, że nie ma przyzwolenia na tego typu zachowania, taki brak szacunku wobec kobiety, wszystko jedno, w jakim wieku i jakim stopniu pokrewieństwa. Odwiedzali nas często narzeczeni córki. Doradzaliśmy innym rodzicom, choć nie jesteśmy przecież alfą i omegą. 

To skąd pan wiedział, co im doradzać? Czytał pan książki o wychowywaniu dzieci? 

- Nigdy nie przeczytałem żadnego podręcznika pedagogicznego, odrzuca mnie od takich publikacji. Mam właściwie poczucie, że one naruszają moją wolność i godzą w zdrowy instynkt ojcowski. Bo nagle mam sztywno, jak robot, odtwarzać jakieś sekwencje zachowań czy powtarzać słowa popularnego psychologa. On może i dużo wie, ma doświadczenie, ale to nie on wychowuje moje dziecko, to ja mam je wychować. I udało się, nasze dzieci są wspaniałymi ludźmi. Jesteśmy z nich dumni. My z żoną jesteśmy małżeństwem od 50 lat, Błażej ożenił się 25 lat temu, Marysia od ponad dwudziestu lat jest w stałym związku. Rzadkość, prawda? Czasem kłócimy się w tych parach, talerze lecą. Ale co najważniejsze, wszyscy wciąż jesteśmy zakochani! 

Pan powiedział, że uznał, że przeprowadzki będą dla dzieci dobrym ćwiczeniem. Ale pan też eksperymentuje z samym sobą, jak na przykład wtedy, gdy zagrał pan Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogusława Schaeffera w Królikarni, na pikniku. 

- Pierwszy raz ktoś tak wprost to nazwał. Tak, eksperymentuję na sobie, na najbliższych, na otoczeniu. I sprawdzam, co z tego wychodzi. Jestem ekstremistą, lubię prowokacje. Może też zwracać na siebie uwagę? Całe życie to tak naprawdę eksperyment. Ale nie stawiam żadnej hipotezy badawczej. Jestem otwarty na to, co wokół się dzieje, na ludzi. To też jest rodzaj wolności, żeby nie grzęznąć w rutynie, która zawsze jest rodzajem ubezwłasnowolnienia. Aktorstwo tego uczy. Dzisiaj umówiliśmy się podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych. Mam w Weselu jako Stańczyk jedną scenę. Bardzo ważną, krótką. Od razu pomyślałem: "Nie staraj się wyjść widzom naprzeciw. Warszawa jest rozpolitykowana, nie wolno ci tego dotknąć. To by było pójście na łatwiznę. Powiedz, co Stańczyk ma do powiedzenia, bez aluzji". Granie pod publiczność jest dla aktora końcem: ześlizguje się z roli, z tematu, przestaje istnieć, bo nie porusza widza. Jestem wolny wtedy, gdy nic mnie nie determinuje, nie ogranicza. Gdy nie staram się spełniać czyichś oczekiwań, zachcianek, ale i nie próbuję na siłę być w opozycji. Czuję harmonię wewnętrzną. O, widzi pani, to jest u mnie na skali wartości trzecia pozycja.

Co było pana najtrudniejszym życiowym eksperymentem na samym sobie? Małżeństwo? Przecież związek to dwuosobowy eksperyment zakrojony na wiele lat. Większość osób uważa też, że jednocześnie ograniczenie wolności. 

- Nieprawda. Przez konieczność liczenia się z drugim człowiekiem odkrywamy w sobie nowe przestrzenie wolności. To jest kosmos. Z Teresą znamy się prawie całe życie, gdy miałem trzy lata, w przedszkolnym przedstawieniu w Andrychowie otwierałem pudełko, z którego ona właśnie wyskakiwała. Oboje mamy 74 lata, czyli razem prawie 150. Tak długie przebywanie z drugim człowiekiem uczy tolerancji. Rozwija umiejętność szanowania granic drugiej osoby, czasem też przesuwania własnych. Nie wyobrażam sobie, gdzie bylibyśmy z Teresą, gdybyśmy się rozstali, do czego zbliżyliśmy się w Łodzi, w tym strasznym dla nas, biednym czasie. Przecież byłem frustratem bez pracy, pijącym w dodatku. Ale to, że się nie rozeszliśmy, zawdzięczam mądrości, delikatności mojej żony. Teraz nie mogę się nadziwić, jak coś tak idiotycznego jak niemożność znalezienia pomysłu na samego siebie mogło zrujnować tę naszą miłość. Przerażenie mnie ogarnia, gdy o tym myślę, bo dzisiaj smakowanie naszego związku jest dla mnie niezwykłym pięknem i dobrodziejstwem. Jak wspaniale smakuje wolność, gdy daje ci ją drugi człowiek, który cię zna. Teraz na przykład powinienem być z żoną w sanatorium. Łamiąc zakazy lekarzy, przyjechałem do Warszawy, by grać. Sprawa była umówiona od dawna, ale utrzymywałem ten fakt przed Teresą w tajemnicy. Gdy jej powiedziałem, ona odrzekła z uśmiechem, bez cienia ironii: "Przecież ja wiedziałam, że ty pojedziesz do Warszawy na ten spektakl. A jutro wrócisz". Na taką wolność w związku trzeba pracować całe życie. 

Ale pana żona zdejmuje z pana głowy trochę obowiązków, głównie związanych z najnowszymi technologiami, żeby mógł pan być bardziej wolny.

- Tak, bez tego nie mógłbym funkcjonować. Teresa czasem do nocy siedzi przy komputerze, odpisuje na maile, sprawdza terminy. Bo ja dokonałem wyboru, że chcę być wolny od elektronicznej smyczy. Jako typ ewidentnie nadający się do uzależnień na pewno natychmiast zostałbym nałogowcem sieci. Oczywiście ta wolność ma swoją cenę. Na przykład nie korzystam z GPS-u, co utrudnia życie w naszych częstych podróżach. Nie do końca to rozumiem, ale tak mam. Z kolei ja szanuję różne dziwne czasem pomysły Teresy: ma taką zachciankę, żeby schowek na mapy w samochodzie był chłodzony. Ona lubi zabierać na drogę kanapki. To pewnie jakieś przyzwyczajenie z jej dzieciństwa. Choć jej rodzice niewiele podróżowali z dziećmi w przeciwieństwie do moich. My ciągle gdzieś jeździliśmy: mama liczyła dzieci, bagaże i sumowała. Musiało być wszystkiego przykładowo dziesięć sztuk. Nas, dzieci, sześcioro i cztery walizki. Ale ona upraszczała sprawę, nie czyniąc tego rozróżnienia. 

Planują państwo starość? Podobno ona też jest formą ograniczenia wolności. 

- Wszyscy tak mówią, my na razie tego nie czujemy. Wspaniale się trzymamy. Teresa ma piękne ciało, doskonałą figurę, jasny umysł. To się nie bierze znikąd, ona o to dba. Jest zapamiętałą joginką, w przeciwieństwie do mnie. Żadne z nas nie ma poczucia, że jesteśmy starzy.

W spektaklu "Błogie dni" gra pan schorowanego mężczyznę, pensjonariusza domu starców. Wyobraża pan sobie taki rodzaj ubezwłasnowolnienia?

- Trudno byłoby mi zaakceptować sytuację, w której byłbym ciężarem dla najbliższych. Gdyby tak się stało, chciałbym się rozstać na własnych warunkach. Odejść. Rozmawialiśmy o tym z żoną i dziećmi wielokrotnie. Moje życie jest spełnione, tak uważam. Chociaż wie pani, grałem raz charytatywnie dla młodego mężczyzny całkowicie sparaliżowanego. Chodziło o zebranie środków na specjalną myszkę zakładaną na gałkę oczną, to był jedyny fragment ciała tego człowieka, zależny od jego woli. Potem on z pomocą tej myszki napisał do mnie na komputerze list. Po podziękowaniach był taki fragment: "Panie Janie, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej". Struchlałem, czytając to. Ale gdy się zastanowiłem, uznałem, że to niezłe motto. Faktycznie, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, teraz często to sobie powtarzam. 

Czy teraz, po naszej rozmowie, chciałby pan coś zmienić na swojej skali wartości? 

JP przygląda się krytycznie. Przesuwa w górę "Bezpieczeństwo rodziny". Jego prywatna hierarchia wartości wygląda teraz tak: 1 - Wolność, 2 - Poczucie własnej godności, 3 - Równowaga wewnętrzna, 4 - Dojrzała miłość, 5 - Bezpieczeństwo rodziny, 6 - Mądrość, 7 - Prawdziwa przyjaźń, 8 - Równość, 9 - Szczęście, 10 - Świat piękna, 11 - Pokój na świecie, 12 - Bezpieczeństwo krajowe, 13 - Poczucie dokonania, 14 - Życie pełne wrażeń, 15 - Uznanie społeczne, 16 - Przyjemność, 17 - Dostatnie życie, 18 - Zbawienie. JP kiwa głową z uznaniem. 

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

TWÓJ STYL 7/2018

Zobacz także:


Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama