Reklama

Reklama

Walczące z sądami

Szkoda czasu i nerwów, odpuść - słyszały. Z motyką na słońce? Nie szkodzi, Agnieszka, Katarzyna i Małgorzata zostały skrzywdzone, więc poszły do sądu mimo obaw: może przegram, może stracę mnóstwo czasu. Decyzja: walczę, to połowa sukcesu. Tak uważają i wpisują do kalendarza kolejne terminy rozpraw. Już od lat. Uczą się przepisów, szukają nowych dowodów. Biała flaga? Na dno szafy!

Agnieszka. Pierwsza sprawa - karna w Sądzie Rejonowym w Kołobrzegu o błąd lekarski - przegrana. Druga - z powództwa cywilnego w sądzie okręgowym w Koszalinie. W toku. Łączny czas postępowania: sześć lat.

Doniesienie

Listopad 2004, Agnieszka w prokuraturze rejonowej, dzień po wypisaniu ze szpitala na własne żądanie. Miała być z dzieckiem w domu, ale Dawid, jej syn urodzony dwa dni temu, leży na OIOM-ie - śpiączka mózgu, niewydolność wielonarządowa. Agnieszka składa doniesienie o popełnieniu przestępstwa - błąd lekarski. - Do szpitala pojechałam zdrowa, ze zdrowym dzieckiem w brzuchu - tłumaczy dziś. - To co się stało, nie miało prawa się wydarzyć. Nie żyjemy w średniowieczu. Rodziłam za długo. W tym szpitalu ordynator mawia: "Cesarka, wszystkie chciałybyście cesarkę, a rodzić naturalnie nie łaska?". Miałam tam "swojego" lekarza, do którego wcześniej chodziłam prywatnie.

Reklama

Trafiłam do szpitala pięć dni po terminie. Następnego dnia wieczorem zaczęła się akcja porodowa. I stanęła. O jedenastej położne poszły spać. Na oddziale nie było lekarza, choć potem w aktach sprawy znalazło się potwierdzenie badań lekarskich w nocy. To tylko jeden z przykładów fałszowania dokumentacji podczas tego dyżuru - opowiada Agnieszka. - O piątej rano pielęgniarka podłączyła KTG. Słyszałyśmy obie: tętno słabnie. Wezwała lekarza. Przyszedł "mój" doktor. Nawet nie zapytał, jak minęła noc, jakby mnie nie znał. I poszedł. Zaczęłam wymiotować kroplówkami, miałam już drgawki.

W końcu zjawił się ordynator. Zbadał mnie i rzucił: "Broda przoduje". Czyli dziecko jest zakleszczone. Do "mojego" lekarza rzucił: "Nie męcz jej dłużej, widzisz, jak wygląda". Odłączono mnie od KTG - w sprawie to moment kluczowy, odtąd nie ma żadnego zapisu dokumentującego stan mojego dziecka. Agnieszka musiała usiąść, żeby położna mogła wbić w kręgosłup igłę ze znieczuleniem. - "Ale przecież czuję, że siedzę na dziecku, zaraz je uduszę!", krzyknęłam. Nikt nie zareagował - opowiada. Odtąd pamięta tylko flesze: wyjmują z niej dziecko, słyszy: chłopak, jeden punkt w skali Apgar. Nie było pierwszego krzyku.

Taka mała blizna

- Synek był prawie martwy - wspomina Agnieszka. Szybka reanimacja przywraca dziecku podstawowe czynności. Agnieszka przypomina dwie wizyty kilka godzin potem: - Lekarka, pediatra: "Czy pani wierzy w Boga? Chce pani ochrzcić dziecko? Jest karetka, ale nie dam gwarancji, że syn przeżyje drogę". A potem mój lekarz: "Piękny szew pani zrobiłem po tej cesarce. Wkrótce wyjdzie pani na plażę w bikini". Szok. Moje dziecko umiera, a on mówi takie rzeczy?! To wtedy pomyślałam: Nie daruję ci! Sprawa ma trafić do sądu karnego pierwszej instancji w Kołobrzegu - postępowanie przygotowawcze prowadzi prokuratura.

Agnieszka czeka na wezwanie na rozprawę. Tygodnie, miesiące, rok. Syn nie siada, nie chwyta - porażenie mózgowe, do którego wkrótce dojdzie padaczka. Po roku telefon. Ale nie z sądu, z prokuratury: "Zebraliśmy dokumentację i teraz trzeba czekać. Ale pytanie: czy na pewno decyduje się pani w to brnąć? Szanse są małe. Nie ma pełnego zapisu KTG, a ten, który mamy, jest jakiś rozmazany". - Jak to, czy na pewno chcę?! I dlaczego tyle to trwa? Byłam oburzona. Przecież przesłuchania: lekarzy, personelu, odbyły się wkrótce po tym, jak zgłosiłam się do prokuratury! Powiedziałam: podtrzymuję decyzję, proszę przygotować akt oskarżenia!

Agnieszka wątpi

Dostała adwokatkę z urzędu. - Była moją nadzieją. Oprócz męża i bliskich nie miałam wiele wsparcia - przyznaje Agnieszka. - Rehabilitowałam Dawidka w ośrodku wczesnej interwencji, spotykałam się z innymi mamami. Stukały się w głowę: "Na co ty się porywasz? Przecież z lekarzami nikt nie wygra!". Miałam chwile zwątpienia. Na przykład: trzecie urodziny syna, a ja dowiaduję się, że wciąż nie przesłuchano lekarza, który miał wtedy dyżur. Ale co mam zrobić? Zaciskałam zęby i zachęcałam inne matki: nie poddawaj się, urodziłaś chore dziecko, bo ktoś zaniedbał swoje obowiązki - walcz o rację i o pieniądze. Wzruszały ramionami. Okazało się, że moja sprawa jest pierwszą taką w Kołobrzegu.

Trzy lata ciągną się przesłuchania. Agnieszka zeznaje jako ostatnia. - Opowiedziałam wszystko z detalami. Inni zasłaniali się upływem czasu. Zapętlając się w zeznaniach, słyszeli od sądu: Spokojnie, ma pani prawo tego nie pamiętać. A ja nie miałam prawa, żeby to postępowanie trwało krócej? Żeby czas nie działał na moją niekorzyść? - pyta oburzona. W dniu wydania wyroku jest na turnusie rehabilitacyjnym z synem. Jak na szpilkach czeka na wiadomość. W końcu telefon od pani adwokat: sędzia nie stwierdził winy oskarżonego. Agnieszka wściekła i rozżalona. - Znaleziono uchybienia w pracy oddziału, błędy w dokumentacji. Ale to nie powód, żeby stwierdzić jednoosobową winę lekarza. Powinnam była skarżyć szpital. Tylko skąd ja miałam to wiedzieć? - pyta dziś.

Drugie podejście

Co dalej? - Myślałam: może dać spokój, poświęcić się tylko dziecku. Jednemu i drugiemu - oprócz Dawida mamy jeszcze osiem lat starszą córkę. Wcześniej była do mnie przyklejona, potem żyła jakby obok. Gdybym zrezygnowała z chodzenia po sądach, zrobiłoby się więcej miejsca na jej sprawy. Tylko czy mam prawo się poddać? Stawał mi przed oczami plakat w izbie przyjęć "Szpital przyjazny dziecku". Nie. Postanowiłam odwołać się od wyroku w sądzie okręgowym w Koszalinie i tam zaskarżyć w powództwie cywilnym szpital, już nie lekarza. Dostałam następnego adwokata. Usłyszałam od niego słowa otuchy: "Teraz powinno pójść szybciej. Mamy wyrok pierwszej instancji, tam wskazano błędy szpitala, bałagan, chaos, niekompetencję" - opowiada Agnieszka.

Pamięta swoje zdumienie, kiedy w drugiej instancji usłyszała: "Musimy mieć dowody, że dzisiejszy stan zdrowia Dawida jest zależny od tego, co stało się przy porodzie". - Absurd! Tak jakby porażenia mózgowego można się było nabawić przez zjedzenie robaczywych śliwek! Ale szybko zrozumiałam, że to kolejna rzecz, której nie przeskoczę. Teraz, gdy dostaję nowe zadania od sądu, jestem pokorna. Wyciągam kserokopie dokumentacji z przychodni, szpitali, dowiaduję się, jak postępują prace biegłych. A akta wracają, bo... kolejka. Wszędzie jeżdżę sama, żeby skrócić czas obiegu dokumentów. Kto mnie wspiera? Rodzina. Choć i oni coraz częściej pytają: ile tak jeszcze będziesz jeździć po sądach? Za każdym razem to 70 kilometrów w jedną stronę.

Dla ciebie, synku

Trzydzieści kilometrów to odległość do przedszkola integracyjnego Dawida. Agnieszka wydaje mnóstwo na benzynę, ale chce, żeby syn miał terapeutów i był z dziećmi. A i ona sama chce czasem pobyć wśród ludzi. - Przeszłam depresję. Bywam okropnie zmęczona, straciłam z oczu siebie, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w restauracji, kupiłam sukienkę. Ale nigdy nie pomyślałam: już stop. Będę walczyć do końca, nawet gdyby to oznaczało trybunał w Strasburgu. Ubiegam się także o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Potrzebujemy pieniędzy na rehabilitację, ale czasem słyszę, że jestem naciągaczką.

Lokalna gazeta zrobiła sensację: "Matka żąda 250 tysięcy!". Kiedy po kilku tygodniach sąsiadki zobaczyły pod naszym domem nowy samochód przystosowany do wożenia Dawida, pytały: No co, wygrałaś jednak tę kasę? Ekstraauto sobie sprawiłaś. Nawet nie chciało mi się tłumaczyć, że dofinansowanie na samochód dostaliśmy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych... Nie jest mi łatwo. Nie odwrócę już faktów. Ale może chociaż trochę ulżę Dawidowi. Sobie? Nawet jak wygram, nie będę miała satysfakcji. Ale czasem samo podjęcie walki daje poczucie, że robisz wszystko, co w twojej mocy.

Małgorzata. Najważniejsza sprawa karna: o przemoc. Wyrok, apelacja męża, dalsze postępowanie. Staż sprawy: pięć lat. Monitoring Rzecznika Praw Obywatelskich. Równolegle: kilkanaście postępowań, w których Małgorzata - ofiara, sama musi się bronić.

Oskarżam

Sierpień 2005. O co poszło? Nieważne. Jak zwykle o drobiazg. Darek, mąż Małgorzaty, dostaje szału. Bije na oślep. - Uciekłam z dzieckiem. Miałam zakrwawione ubranie, buty, włosy, zmiażdżone okulary. Zemdlałam, wkładając synka do fotelika w samochodzie - wspomina Małgorzata. Michał miał trochę ponad rok. Lekarz w szpitalu odnotowuje obrażenia Małgorzaty: pobita twarz, uszkodzone zęby, nos, na ciele zadrapania, rany, ślady duszenia. Przyjeżdża mama Małgosi. Nie poznaje własnej córki. W komisariacie Małgorzata pęka, zgadza się, by założono jej błękitną kartę - dokument dla ofiar przemocy. Składa zeznania. Prokurator przygotowuje akt oskarżenia. Dziś Małgosia mówi: - Gdyby ktoś cofnął czas, nie wiem, czy zdecydowałabym się zeznawać przeciw mężowi raz jeszcze.

Będzie wstyd

- Kulturalny, przystojny, błyskotliwy, odpowiedzialny - wylicza Małgorzata. Katalog cech dobrego męża. - Taki był Darek. Robił świetne wrażenie, pracował w policji na wysokim stanowisku - opowiada. Nauczycielka i tłumaczka niemieckiego, szczupła, krótkowłosa. Ślub wzięli siedem lat temu. Pięć miesięcy po urodzeniu synka ich "pierwszy raz". Małgosia kąpie małego i prosi męża, żeby wylał wodę z wanienki. Jest zły, pokłócił się z matką. Wściekły wylewa wodę na podłogę w kuchni. - "Co robisz?!", krzyknęłam. Wtedy wziął mokrą pieluchę, zwinął i rzucił w moją twarz. Mocno. Bardzo zabolało. "Czemu mnie bijesz?!", byłam zszokowana. Czyli postawiłam się. Darek chwycił mnie za ramiona i rzucił o ścianę. Nie powstrzymało go to, że na rękach miałam dziecko. Nie poszłam na policję. Tam pracują koledzy mojego męża. Wstyd. Zwlekałam z sądem, ile się da.

Sędzia po sędzi

Dziś: setki kartek papieru, segregatory, dziesiątki teczek z dokumentami. Tak wygląda domowe archiwum. Małgosia liczy: na razie odbyło się około pięćdziesięciu rozpraw w kilkunastu sprawach. Najważniejsza - karna 0 przemoc fizyczną i psychiczną, doczekała się już czterech sędziów. Małgorzata odgina kolejne palce: - Pierwszy nie podjął czynności procesowych w terminie, zmienił go drugi. Niewiarygodne, ale prawdziwe: ten przez siedem rozpraw nie przesłuchał mnie ani razu. Trzeci zaczął powtórnie całą procedurę. Tu nie wytrzymałam, zgłosiłam się do Rzecznika Praw Obywatelskich - opowiada. - Na początku swojej drogi sądowej czułam się zupełnie bezradna. I załamana. Kogo prosić o pomoc? A pieniądze? Tylko na adwokata w sprawie o alimenty wydałam jednorazowo 610 złotych. Syn ma astmę, potrzebujemy pieniędzy na leki, nie mam na prawników. A mąż zaczął się mścić.

Zemsta sprawiedliwości

Sprawę o rozwód założył mąż Małgorzaty. - Ja naiwnie wierzyłam, że da się uratować rodzinę. Przecież Darek kiedyś mnie kochał, był przy porodzie... - opowiada Gosia. Mąż chciał orzeczenia jej winy, bo... ona uciekła z domu. Że po pobiciu - nieważne... - Apelowałam w sądzie okręgowym, tak uczyłam się, że zawsze jest następna instancja, trzeba próbować - opowiada Małgorzata. A jej były mąż nie skupia się na obronie. Atakuje. - Chce zrobić ze mnie wariatkę niezdolną do opieki nad dzieckiem. Ma prawo. Zakłada kolejne sprawy, jakby wziął kodeks karny i rodzinny i "odhaczał" paragrafy - Małgorzata wymienia tylko niektóre oskarżenia: "naraża małoletniego na utratę zdrowia i życia" - to w związku z tym, że zostawia syna pod opieką... babci.

O to, że zmyśliła chorobę Michała, żeby wyłudzać świadczenia - musiała spowiadać się przed biegłymi, że dziecko (leczone na astmę w szpitalu) faktycznie jest chore. A sąd? - Pamiętam sprawę o alimenty. Wiedziałam przecież, że mąż ma z czego płacić - oprócz legalnej pracy handluje w internecie, można to sprawdzić. Nikt nie sprawdził. Sędzia, przechodząc koło mnie, zauważyła: "No, no, ładne perfumy...". Jakby mówiła: "stać panią na luksusy, więc po co cały ten cyrk". Na koniec orzekła 500 złotych miesięcznie. Z komentarzem: "Powinna się pani cieszyć. To i tak za dużo".

Wyrok to nie koniec

Dwa lata temu wyrok w sprawie o znęcanie się i pobicie: rok i cztery miesiące w zawieszeniu na trzy lata. - Koniec batalii? Skąd. Mąż złożył apelację. Zażądał wydania wyroku dopiero, gdy zostaną zamknięte postępowania w "moich" sprawach. I wtedy okazało się, w ilu miejscach toczą się jakieś uruchomione przez niego postępowania. Jest nawet oskarżenie, że... to ja biłam męża! On ma swoje sposoby, żeby zadziałać na wyobraźnię sądu. Kiedyś wdał się w bójkę, potem zgłosił na obdukcję. Zrobił sobie zdjęcia i dołączył do akt sprawy - tak ucierpiał na skutek pobicia przeze mnie. Ktoś to przyjął ze wsteczną datą, ktoś uznał za wiarygodny dowód.

Czy ja uważam, że sądy są stronnicze? - Małgorzata robi pauzę. - Jestem za tym, żeby wszystkie rozprawy były nagrywane, żeby dostępu do akt strzec jak skarbca - mówi. Wciąż walczy o uznanie męża winnym, o spokój. - To moja siła - pokazuje na ciemnowłosego chłopca. - Mamo, ułożyłem rymowankę! - chwali się siedmioletni Michał. Recytuje wierszyk. Jego mama mówi: - Jestem szczęśliwa, że znowu zaczął mówić. Kiedy miał dwa lata, na skutek stresu przestał się odzywać.

Skarga do Pana Boga

Po rozpoczęciu sprawy karnej w ręce Małgorzaty trafił "Przekrój" z artykułem "Pieskie bicie" - o przemocy w domach policjantów. - Stamtąd dowiedziałam się o istnieniu Fundacji Rozwód-Przemoc-Głód. Trafiłam na panią prezes Krystynę Żytecką - dziś to mój anioł stróż. Umówiłyśmy się w Warszawie. Byłam w takim stanie, że po drodze szukałam drzewa, na którym mogłabym... Na szczęście znalazłam pomoc -mówi. Zdenerwowana zaczyna się jąkać. - Ale już jestem silniejsza. Czuję, że mam kogoś za plecami.

Wyrokom przygląda się Rzecznik Praw Obywatelskich. Gdybym była sama, chyba już bym się poddała. Ale co to oznacza? Przyznać, że nie byłam bita czy że sama biłam? Dziś się zastanawiam: może lepiej nie szukać sprawiedliwości w sądzie? Tylko gdzie? - pyta. Zdecydowała się mówić głośno o swojej historii, wystąpiła w telewizji. Gdy nerwy nie pozwalają jej zasnąć, wsiada do auta i po prostu jedzie przed siebie. Jej sprawa niedawno wróciła do powtórnego rozpatrzenia. Wszystko zacznie się od początku.

Katarzyna. Dwie sprawy równolegle - karna i cywilna. O to samo - dług, jaki komornik ma wobec niej. Po drodze: sąd rejonowy, okręgowy, w końcu - Sąd Najwyższy. W sumie: sześć lat walki.

Tak to działa

Spłata alimentów: rata ustalona przez sąd - jedno. To, co dostaje dziecko - drugie. Od kwoty określonej w wyroku komornik pobiera pewną kwotę dla siebie. To tzw. koszty egzekucyjne. Jak się je nalicza? Kto to wie? Katarzyna nie wiedziała, ale czuła, że na jej konto wpływa za mało. - Wzięłam tekst znowelizowanej ustawy o działalności komorników i kalkulator.

Przegryzłam się przez przepisy, obliczyłam. I znalazłam błędy - opowiada Katarzyna. Dodaje: - Wcześniej poprosiłam komornika o wydruk tzw. księgi pieniężnej - tam też odkryłam potworne oszustwo! Przez osiem miesięcy dłużnik płacił pieniądze, ale od komornika ani moja córka, ani fundusz alimentacyjny nie otrzymał ani złotówki. Krew we mnie zawrzała - wspomina Katarzyna.

Jej córka Marta dostaje alimenty od roku 1995. Pomniejszone. Komornik powinien odliczać 15 procent od wyegzekwowanych pieniędzy odliczał 21. Jest na to niezbyt skomplikowany matematyczny wzór.

- Kwota, która się uzbierała, w moim przypadku nie była wielka, bo zasądzono nam niewysokie alimenty. Ale - zakładając, że wszyscy komornicy w Gorzowie stosują podobną praktykę - można przypuszczać, że w skali miasta chodzi o ogromne pieniądze. A w skali kraju? - pyta Katarzyna. Sześć lat temu, kiedy odkryła błąd, pracowała w lokalnej telewizji. Znała ludzi, umiała szukać informacji. Ustaliła: Tylko w jednym z czterech rewirów komorniczych w Gorzowie jest ponad osiemset postępowań alimentacyjnych. I wszyscy komornicy liczyli tak samo. Czyli źle. - Okradali nasze dzieci w majestacie prawa! Złapałam się za głowę. Poczułam coś w rodzaju misji.

Sąd nie słucha

Sąd Rejonowy w Gorzowie szybko miał jej dość. - Przez prawie trzy lata słałam zapytania, skargi, monity. Bywałam u pani prezes. Tłumaczyłam: ustawa mówi jedno, robi się drugie. A przecież za pracę komorników odpowiada właśnie sąd! I to on może nakazać naprawienie błędów - denerwuje się Katarzyna. Sąd nie reagował, postanowiła działać. Nakręciła reportaż. W Gorzowie zawrzało. Katarzyna dotarła do dokumentów, ludzi, nagrała ich wypowiedzi, chciała puścić materiał w telewizyjnej Dwójce. - Ale ktoś z naszego miasta powiedział: stop. Kto? - Katarzyna wzrusza ramionami. - Ci, dla których to było niewygodne.

Materiał wyemitowała telewizja lokalna, ja zrobiłam kopie i dostarczyłam do kilku urzędów, w tym do prokuratora. Teraz nie można już było tego przemilczeć - opowiada Katarzyna. O sprawie poinformowała Rzecznika Praw Obywatelskich, Transparency International, NIK, do ABW wybrała się osobiście. - Wszędzie słyszałam: "Ma pani rację, niech pani walczy w sądzie". Tylko że nie chodziło mi wyłącznie "o swoje". Co z resztą poszkodowanych dzieciaków, mniej mobilnych mam? Prokurator wdrożył postępowanie z urzędu, ja wiedziałam, że muszę walczyć niezależnie od tego.

Najwyżej, gdzie się da

Postępowanie karne ciągnie się. Ona zeznaje średnio raz w miesiącu jako świadek - oskarżycielem jest prokurator. Sprawa staje się coraz głośniejsza, przejmuje ją prokuratura okręgowa. - Co słyszałam od prawników, co komornicy pisali w swoim branżowym piśmie? Mniej więcej: "Ustawodawca się pomylił". To jakiś absurd. Jak komornik z własnej inicjatywy może poprawiać "błąd" w ustawie? Byłam oburzona. W kuluarach sądu słyszałam: "trzymamy kciuki, niech się pani nie poddaje". Ale głośno nikt nie chciał przyznać mi racji - opowiada Katarzyna. Zdesperowana odwołuje się do sądu okręgowego, wywalcza skierowanie zapytania do Sądu Najwyższego. - Niższe instancje - totalna indolencja. Nic nie posuwało się naprzód.

Wiedziałam, że środowisko prawników jest podzielone - dla jednych "gorzowski proceder" był wygodny, dla innych - do natychmiastowego ukrócenia. Liczyłam, że Sąd Najwyższy będzie bezstronny - mówi Katarzyna. W październiku 2005 roku ulga: SN wydaje korzystną dla niej uchwałę. Nadzór sądowy w Gorzowie powinien przypilnować, żeby naprawić chorą sytuację w mieście. Sąd do sądu i co? I nic.

- Najgorsze, że wystarczy jedno rozporządzenie prezesa sądu rejonowego, aby zaprowadzić porządek. A tu wciąż przepychanki typu: "stare" alimenty (czyli te sprzed nowelizacji ustawy o komornikach) liczymy po staremu, późniejsze - z niższą prowizją. Sąd teoretycznie kontroluje komorników. Ale to nie jest trudne, by wykazali się "czystymi" papierami", to się załatwia między sobą, działa układ - mówi Katarzyna. - "Nadzór" sprawowany był telefonicznie - skandal! Tak się działo, kiedy jednym z komorników został były prezes sądu rejonowego - denerwuje się. Wie, że lokalni prawnicy się znają, popierają, że mają wspólnych przyjaciół. Wiedziała, że inne matki boją się iść na wojnę z prawnikami.

- Co miałam robić? Postanowiłam: walczę do końca. Z oskarżenia prywatnego podałam do sądu... sąd - mówi. I tłumaczy dlaczego: - Miałam w ręku postanowienia, z których jasno wynikało, że powinnam dostać zwrot ukradzionych pieniędzy. Tylko że nie było chętnych do oddania. Poza tym przez wiele miesięcy dostawałam dokumenty ze starymi błędami i musiałam je znowu zaskarżać. Błędne koło - tłumaczy. W tym czasie "jej" komornik zmarł. A to on odpowiadał za kradzież w imieniu prawa. Nadzór nad nim sprawował sąd rejonowy. Niech weźmie odpowiedzialność - dowodziła logicznie.

Takiej sprawy w Gorzowie jeszcze nie było. - Powód to ja, pozwany - prezes sądu. Miałam w ręku rozporządzenie Sądu Najwyższego, byłam oczytana w przepisach, mówiłam pewnym głosem. Wygrałam. Może przetarłam drogę innym. Sprawa karna skończyła się dopiero trzy miesiące temu. Też po mojej myśli. Choć pewnie będzie apelacja - opowiada Katarzyna. Marta, jej córka, zdążyła dorosnąć, zanim postępowanie znalazło swój finał. Za zwrócone przez sąd pieniądze zrobiła prawo jazdy.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL, nr 4/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje