Reklama

Reklama

Teraz Polska

Mieli przyjechać tylko na chwilę. Zostali, bo okazało się, że właśnie tutaj mogą czuć się spełnieni.

Zachodnia Europa to eldorado? Kraina mlekiem i miodem płynąca? Tak myśli niemal każdy Polak, wyruszając na podbój wielkiego świata. Podczas gdy nasi rodacy masowo emigrują w poszukiwaniu szczęścia, obcokrajowcy uważają, że to właśnie u nas jest atrakcyjne miejsce do życia.

Czasem Warszawa ma do zaoferowania więcej niż Paryż czy Londyn. Ludzie z różnych zakątków Europy przyjeżdżają tu na studia lub z krótką wizytą, aby zrealizować projekt zawodowy, i już zostają. Bo dla nich, niespodziewanie, Polska to kraj podarowanych szans oraz wielkich możliwości.

Reklama

Przełamać milczenie

Rafael Lewandowski jest zmęczony, ale szczęśliwy. Właśnie przyleciał z Montrealu, spędził w samolocie dziesięć godzin. Do Kanady pojechał na 35. Międzynarodowy Festiwal Filmowy, gdzie odbyła się światowa premiera "Kreta", jego debiutu fabularnego. Jury było zachwycone, a Borys Szyc otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora.

Także w Polsce obraz został entuzjastycznie przyjęty. W Gdyni brał udział w konkursie głównym, a Marian Dziędziel dostał Złotego Lwa za rolę drugoplanową. "Kret" to rzecz o lustracji, którą Francuz Rafael Lewandowski postanowił napisać w czasach IV RP, kiedy to Instytut Pamięci Narodowej regularnie wyciągał na światło dzienne kolejne teczki. Film opowiada o byłym działaczu Solidarności (Dziędziel), który w latach 80. stał na czele strajku i jeszcze za życia stał się legendą, a nagle jest podejrzewany o przeszłość agenturalną. Jego syn (Szyc) musi zmierzyć się z przeszłością ojca.

"Kret" wywołał ogromne poruszenie, bo temat odkrywania i wiarygodności archiwów SB był do tej pory obecny w mediach, ale nie w kinie. Na dodatek obraz zrealizował urodzony w Reims syn Francuzki i polskiego emigranta. - Wiele osób odradzało mi kręcenie filmu o lustracji. Mówiono, że to bagno, że ten temat nikogo nie interesuje. Ale pojawiły się też głosy, że powinienem zrobić "Kreta", bo mam dystans do polskiej historii, mogę popatrzeć na nią z boku, stworzyć uniwersalną opowieść zrozumiałą dla obcokrajowców - mówi reżyser.

Przed swoim debiutem fabularnym nakręcił też kilka dokumentów, w których dał wyraz swemu zafascynowaniu najnowszymi wydarzeniami w Polsce. Już jako student paryskiej szkoły La Fémis przyjechał do Warszawy, aby zrealizować tu swój projekt dyplomowy. Rozgrywająca się podczas drugiej wojny "Cela" opowiadała o Polce, która w obozie pracy zakochuje się we francuskim jeńcu.

To autentyczna historia mieszkającej w Warszawie ciotki artysty, u której spędzał w dzieciństwie wakacje. Reżyser zdecydował się kręcić w Polsce, ponieważ uważał, że we francuskiej kinematografii wszystko zostało już powiedziane. Myślał wtedy: jest taki kraj, o którym zachodni widz wie niewiele, a którego dzieje znam, z którym jestem związany.

- Na początku polskie środowisko filmowe patrzyło na mnie podejrzliwie. Nikt nie był w stanie zrozumieć, czemu nie chcę pracować we Francji. Snuto teorie, że w Paryżu zapewne poniosłem porażkę, coś mi nie wyszło i dlatego postanowiłem spróbować w nowym miejscu - mówi Lewandowski. Ale on wiedział, że w Polsce brakuje filmów opisujących otaczającą nas rzeczywistość. I udało mu się wypełnić tę lukę.

Dziki Wschód

Nie tylko Rafaela Lewandowskiego okrzyknięto na festiwalu w Gdyni odkryciem polskiej kinematografii. Równie mocne wrażenie zrobił film innego reżysera z polskimi korzeniami - Grega Zglińskiego. Jego "Wymyk" (w kinach od 4 listopada) otrzymał trzy nagrody - m.in. za najlepszy scenariusz oraz najlepszą drugoplanową rolę kobiecą dla Gabrieli Muskały, prywatnie żony reżysera.

Artysta mieszka w Polsce już od 18 lat. Co prawda urodził się w Warszawie, ale 10 lat później jego rodzice wyjechali do Szwajcarii i tam się osiedlili. Kraju nie odwiedzali. Greg przyjechał tu dopiero na studia do łódzkiej PWSFTviT, chciał poznać swoje korzenie. Wtedy jeszcze nie planował, że zostanie. - Byłem ciekaw, jak wygląda miejsce, w którym się urodziłem, a które słabo pamiętałem. To miała być przygoda. Jednak te kilka lat spędzone na uczelni przewróciło moje życie do góry nogami. Ukształtowało jako człowieka i artystę.

- Wcześniej interesowałem się głównie filmami przygodowymi. Uwielbiałem "Gwiezdne wojny" George'a Lucasa, "Indianę Jonesa" Stevena Spielberga i "Supermana". Interesowały mnie alternatywne światy. Dopiero będąc w Filmówce, zacząłem więcej oglądać i rozumieć filmy bardziej ambitne, opowiadające o otaczającym nas, realnym świecie. Postanowiłem połączyć Spielberga z Bergmanem - opowiada z uśmiechem reżyser.

Polubił Polaków, ich serdeczność i tzw. ułańską fantazję. W Szwajcarii miał problem z nawiązywaniem przyjaźni. Tam nawet koledzy z zespołu rockowego, w którym grał, wydawali mu się zdystansowani. - Kiedy zamieszkałem w Łodzi, najbardziej zaskoczyło mnie to, że tyle osób otwiera się już przy pierwszym spotkaniu. To bliższe mojej mentalności - mówi reżyser. I dodaje: - Polska to był dla mnie taki Dziki Wschód, miejsce, gdzie wszystko może się zdarzyć.

Na studia przyjechał do Polski także Redbad Klijnstra, Holender. Planował, że po otrzymaniu dyplomu wróci do Amsterdamu. Dziś występuje w serialu "Na dobre i na złe", można go zobaczyć w filmach i teatrze. Związał się z najbardziej prestiżowymi scenami stolicy, najpierw z TR Grzegorza Jarzyny, potem Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego.

Dzisiaj nie tylko gra, prowadzi również kawiarnię. O wymownej nazwie Wiatraki. Prosty wystrój przypomina amsterdamskie knajpki, można tam skosztować lokalnych specjałów. Od czterech lat na ulicy Kubusia Puchatka, przy której znajduje się lokal, artysta urządza plenerowy festyn "O, Holender!", aby uczcić swoje święto narodowe - Dzień Królowej. W tym roku na imprezie bawiło się ponad trzy tysiące osób.

- Kiedy jestem w Polsce, bardziej jestem Holendrem, w Holandii bardziej Polakiem. Ale moja holenderska część osobowości lepiej czuje się w Polsce niż polska w Holandii - śmieje się Klijnstra. Aktor urodził się w Amsterdamie, dokąd wyjechała jego ciężarna matka. - Skończyła szkołę baletową i marzyła o tańcu nowoczesnym, w Polsce to było niemożliwe. Na studiach poznała mojego ojca, który przyjechał w ramach wymiany studentów. Umówili się na ślub cywilny tylko po to, by ona mogła wyjechać. On chciał pomóc dziewczynie z komunistycznego kraju. Mieli się rozstać, ale nagle okazało się, że ja mam przyjść na świat. Więc zostali razem w Amsterdamie - opowiada.

Co prawda dostał holenderskie imię, po ostatnim królu Fryzów, ale ojciec dbał, aby syn uczył się polskiego. To on go namówił, żeby zdawał do warszawskiej Akademii Teatralnej i poznał kraj swojej matki. Dwujęzyczność okazała się przydatna. - Kiedy byłem na studiach i nie miałem za co się utrzymać, tłumaczyłem z holenderskiego na polski podręcznik dla pielęgniarek. To pozwoliło mi przetrwać ciężki okres - przyznaje artysta.

Ale na pierwszym roku aktorstwa pojawiły się trudności. Klijnstrze czasem brakowało słów, słychać było obcy akcent. Jan Englert, ówczesny rektor uczelni, postawił mu ultimatum: jeśli nie nauczy się perfekcyjnie języka, wyleci ze szkoły. Nauczył się. Za bardzo mu zależało. - W Holandii teoretycy wykładają metodę Grotowskiego, a tu uczyła mnie sama Maja Komorowska, która była aktorką tego reżysera. Stykałem się z takimi osobowościami jak Jadwiga Jankowska-Cieślak i Wiesław Komasa. To było wyjątkowe doświadczenie.

Kolorowy ptak

Klijnstra, Zgliński i Lewandowski wychowali się na Zachodzie, ale w Polsce szukali swoich korzeni. Rinke Rooyensa, który przyjechał nad Wisłę 13 lat temu, z naszym krajem nie łączyło nic. Dzisiaj Holender jest właścicielem firmy Rochstar, która produkuje większość programów rozrywkowych emitowanych w naszej telewizji.

Trudno się z nim umówić na spotkanie, bo jest wiecznie zabiegany. Krąży między planami dwóch programów, które właśnie tworzy - "Top Model" i "The Voice of Poland". Rooyens jest szarą eminencją polskiego show-biznesu, to on dziś decyduje, kto zostanie nową gwiazdą, a kto spadnie z piedestału. Z Holandii wyjechał, aby uniezależnić się od ojca, Boba Rooyensa, który jest tam znanym reżyserem telewizyjnym.

- W ojczyźnie zawsze byłem z nim porównywany. Nazwisko stało się dla mnie ciężarem. Ciągle musiałem udowadniać, że mam talent, że nie zawdzięczam wszystkiego znajomościom - opowiada producent. Gdy kupnem licencji na program "To było grane" zainteresował się TVN, Rinke postanowił pomóc przy produkcji jako konsultant. Kierunek podróży mu odpowiadał, bo już w wieku 13 lat był zafascynowany Lechem Wałęsą. - Był dla mnie niczym europejski Gandhi. Stał się moim bohaterem - mówi Rooyens.

Kiedy ojciec usłyszał o planach Rinke, wściekł się. Uważał, że wyjazd na kilka miesięcy i porzucanie dobrze rozwijającej się kariery to szaleństwo. Mężczyźni długo nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Ale powrót syna marnotrawnego stawał się coraz mniej prawdopodobny, od kiedy na planie "To było grane" poznał Kayah, która prowadziła show, i się zakochał.

Wkrótce piosenkarka zaszła w ciążę, zamieszkali razem i wzięli ślub. Rinke zaczął sprowadzać z Holandii formaty programów rozrywkowych, zrewolucjonizował polską telewizję. Dopiero gdy jego związek się rozpadł, pomyślał o powrocie. Dostał wtedy propozycję współpracy przy "Idolu" w Amsterdamie. - Wiedziałem, że jeśli wyjadę, to już nie wrócę. A nie chciałem tracić kontaktu z synem - tłumaczy.

- Poza tym spotkałem tu ludzi takich jak Mariusz Walter, którzy we mnie uwierzyli i dali mi szansę. Polski rynek medialny oferował znacznie większe możliwości rozwoju, bo dopiero się kształtował. A ja pojawiłem się w idealnym momencie.

Twarde lądowanie

Pierwsze zderzenie z polską rzeczywistością bywa jednak trudne, a różnice kulturowe ciężkie do pokonania. Przekonała się o tym Elena Leszczyńska. Dzisiaj jest popularną aktorką, gra w serialach "Barwy szczęścia" i "Usta Usta", a za kilka miesięcy zobaczymy ją w wiosennym hicie Dwójki "Aida". Artystka ma też na koncie Złotego Lwa za debiut roku w filmie "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka.

Polubiła Warszawę, ale pierwsze miesiące spędzone w stolicy wspomina koszmarnie. Przyjechała tu w 2007 roku razem z mężem Polakiem. Tomasza poznała w sanktpetersburskiej Akademii Sztuki Teatralnej, gdzie oboje studiowali. Po obronie dyplomu znalazła pracę w moskiewskim teatrze, mieli zamieszkać na stałe w Rosji. Ale on nie miał obywatelstwa, skończyła się mu wiza studencka.

Przyjechali do Polski, pobrali się. Wtedy Tomasz dostał angaż w radiu. Postanowili zostać na pół roku. Dla Eleny to była męczarnia. Kraj męża uważała za egzotyczny punkt na mapie Europy. - Czułam się zagubiona i samotna. Rzadko wychodziłam z domu, bo nie znałam języka ani ludzi. Tomek wracał późno z pracy, więc przez cały dzień tylko telewizor do mnie "mówił". Godzinami siedziałam na Skypie i rozmawiałam z przyjaciółmi z Rosji - wspomina.

Warszawa wydawała jej się senna, pozbawiona energii i życia nocnego. Odliczała dni do powrotu do Moskwy. Dopiero praca na planie polsko-rosyjskiej koprodukcji "Mała Moskwa" wszystko zmieniła. Leszczyńska poznała tam ludzi, z którymi się zaprzyjaźniła, przełamała barierę językową. Ale, co najważniejsze, pokazała producentom, że ma talent, dzięki czemu posypały się kolejne propozycje zawodowe.

Piosenkarka Halina Mlynkova, była wokalistka zespołu Brathanki, właśnie wydaje swój pierwszy solowy album. Dzisiaj mówi, że kocha Polskę i za nic na świecie nie chciałaby mieszkać w innym miejscu. To tu realizuje się zawodowo, założyła rodzinę, jest szczęśliwa. Ale był czas, gdy chciała uciec.

- Pochodzę z Zaolzia. To teren należący do Republiki Czeskiej, ale od najmłodszych lat rodzice wpajali mi, że jestem stuprocentową Polką - mówi artystka. Dlatego gdy poszła do liceum w Cieszynie, zaledwie kilkanaście kilometrów od domu, ale już po drugiej stronie rzeki Olzy, przeżyła wstrząs.

- Niby jedno miasto, które dzieli granica, a jednak zupełnie inna mentalność ludzi. Nie zżyłam się z klasą. Wolałam spędzać czas z dawnymi przyjaciółmi. W szkole okazało się, że jednak w dużej mierze jestem przesiąknięta czeską kulturą. To zupełnie inne poczucie humoru! - wspomina Mlynkova. - Do tego doszły problemy językowe. Na Zaolziu z polskiego byłam dobra, uważałam, że mówię perfekcyjnie. A tu nagle z wypracowań posypały się tróje. Nie wiedziałam, o co chodzi. Mam je wszystkie do dziś. Teraz widzę, jakie absurdalne błędy popełniałam - dodaje.

To były dla niej ciężkie cztery lata. Ale nie poddała się i zamiast wracać do Czech, pojechała na studia do Krakowa. Nie żałuje tej decyzji.

Świat bez granic

Podwójna narodowość to powód do dumy. Dlatego Rinke Rooyens mówi o sobie "Holish", co jest miksem słów "Polish" i "Holland". Twierdzi, że dziś jest w równym stopniu Polakiem co Holendrem. Podobnie uważa Redbad Klijnstra. - Językowa i kulturowa wielość buduje i wzbogaca moją tożsamość - przyznaje. Halina Mlynkova wciąż nie ma polskiego paszportu, bo czeskie prawo nie dopuszcza podwójnego obywatelstwa, a ona ze swojego zrezygnować nie chce. To ma swoje uciążliwe skutki (np. nie może sama kupić telefonu komórkowego), ale za każdym razem, gdy zastanawia się, czy chce zostać pełnoprawną Polką, zwycięża sentyment.

Także Rafael Lewandowski pragnie, aby jego dziecko było dwukulturowe. - Żona mówi do syna po polsku, a ja po francusku. Ale kiedyś przyjdzie taki moment, że on się zbuntuje, nie będzie chciał wyróżniać się z tłumu. Ja też denerwowałem się, gdy ojciec chciał na ulicy rozmawiać po polsku. Dziś czuję się Franko-Polakiem - mówi Lewandowski. Za Europejczyka, a właściwie obywatela świata, uważa się Greg Zgliński. Choć mieszka w Warszawie, pracuje ze scenarzystami w Paryżu i Berlinie. Spotykają się raz na parę miesięcy. Na co dzień wystarczy rozmowa przez Skype'a.

Tylko Elena Leszczyńska wciąż nie do końca czuje się Europejką, tęskni za rosyjską kulturą i stylem życia. Przyznaje: - Fizycznie przebywam w Warszawie, ale emocjonalnie jestem w Moskwie. Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

Iga Nyc

PANI 10/2011

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy