Reklama

Reklama

Mocne anioły

Barbara Falandysz i Krzysztof Dowgird

On pije, a ona ma wybór. Albo będzie go chronić, ukrywać jego nałóg, albo pozwoli spaść na dno i zmusi do leczenia. Bo w obietnice: „Przestanę pić dla ciebie” już nie wierzy. Jak wygląda wspólna walka z chorobą, opowiadają: Barbara Falandysz, żona alkoholika, i Krzysztof Dowgird, który nie pije od 23 lat.

Wybieraj i żyj

Rozmawiamy w jasnej kuchni starego domu na warszawskim Mokotowie. Przestrzeni jest aż za dużo, Barbara mieszka tu sama. Lech, prawnik, profesor uniwersytetu, doradca Lecha Wałęsy, nie żyje. Na ścianie wielkie zdjęcie z najlepszych lat - roześmiana rodzina: ona, on i czwórka ich dzieci. Gdy pytam, czy Barbara wierzy, że zakochany mężczyzna może wyjść z alkoholizmu dla kobiety, ona zdecydowanie kręci głową: nie wierzę! Musi tego chcieć dla siebie. Opowiada o swoim mężu.

Barbara Falandysz: - Kiedy go poznałam, miałam 19 lat, Leszek 36. Przyszedł na moje urodziny w gronie studentów z uniwersytetu. Lubiliśmy go, był bezpośredni i potrafił się bawić. Spodobała mi się jego fantazja, nietuzinkowość. A picie było elementem tego kolorytu. Pochodzę z domu, gdzie raz w roku wypijało się kieliszek białego wina do karpia na Wigilię. Ja sama nie byłam święta. Na imprezach prowadziliśmy rozmowy w stylu: "czy można dobrze się bawić bez alkoholu?", ale kończyliśmy je stwierdzeniem: "pogadamy kiedy indziej, wódka się grzeje".

Reklama

Tylko że ja rano czułam się podle, więc znałam swoją granicę. I miałam poczucie obowiązku. A Leszek potrafił wstać z obolałą głową i szukać nowej okazji do wypicia. Zamieszkaliśmy razem w 1979 roku. Nie wiedziałam, co to jest alkoholizm i Leszka o niego nie podejrzewałam. Dziwiło mnie tylko, że on ma wyjątkową przypadłość, prawdopodobnie związaną z deficytem jakichś enzymów - kładł się pijany i wstawał w takim samym stanie, jakby jego organizm nie umiał wytrzeźwieć przez noc.

Pomóc mu? Nie widziałam jeszcze takiej potrzeby. Tłumaczyłam sobie: Leszek ma swoje kompleksy, alkohol mu pomaga, a on sam jest tak silny, że da sobie radę. Ale szybko zauważyłam, że alkohol jest silniejszy. Leszek czasem pił od rana. A wieczorem, gdy inni kończyli imprezę, on się dopiero rozkręcał. Miał dużo okazji, był towarzyski, a wtedy picie było elementem stylu życia, także w gronie uniwersyteckim. Zaczęłam się złościć: nie tak się umawialiśmy.

Bardzo go kochałam, ale rodził się bunt: to mi się nie podoba, nie akceptuję tego. Jeszcze nie wiedziałam, jak mam o niego zawalczyć, jednak czułam, że Leszek potrzebuje pomocy. Nie dlatego jednak wspierałam go w walce z nałogiem, nie była to moja misja. Po prostu o wiele lepiej było mi z nim niż bez niego. Chciałam go mieć trzeźwego. Pięć pierwszych lat po ślubie to był najtrudniejszy czas w naszym życiu.

Nie zapłacę, nie otworzę

Barbara robi kawę, pokazuje zdjęcie wnuczki. Nie wygląda na babcię, ma świetną figurę. Często się śmieje. Dzisiaj otacza ją liczna rodzina. Wtedy nie mogła liczyć na nikogo. Nałóg męża był tajemnicą, a jeszcze matka Leszka chroniła syna. Kiedy Barbara wściekała się, że mąż pije, teściowa dawała mu azyl, jedzenie, ciepłe łóżko. Bo przecież gdzie mu będzie tak dobrze jak u mamy? A gdy dowiadywała się o "braku serca" Baśki, demonstracyjnie przechodziła z nią na "pani". "Jak pani może tak krytykować Leszka?"

Po jego stronie była też siostra. I kumple. Czyli kto był po jej stronie?

Barbara Falandysz: - Wychodzi na to, że byłam z tym problemem sama. A Leszek pił coraz więcej, wpadał w ciągi. Uznawał dobrodziejstwo klina, gdy miał z czymś problem, wolał najpierw wypić, a potem kombinować, jak sprawę rozwiązać. Czasem o "rozwiązanie" prosił mnie, a ja kłamałam, żeby go chronić. Pamiętam, kiedyś zadzwonił człowiek z uniwersytetu. Leszek leżał w łóżku, mamrotał prawie nieprzytomny. Powiedziałam: "Nie może podejść, ma zapalenie płuc". Mężczyzna poprosił o chwilę rozmowy, chodziło tylko o ustalenie terminu obrony pracy magisterskiej. Ale mąż nie mógł wydusić nawet jednego słowa, odpowiedziałam za niego: "Niemożliwe, lekarz zabronił mu rozmów". I wtedy usłyszałam w słuchawce: "Aha, rozumiem..." - tonem, który nie pozostawiał złudzeń: oni wiedzą. Ale na razie domniemania o alkoholizmie Falandysza pozostawały w sferze plotek.

Podtrzymywałam fikcję, a mąż coraz częściej wracał do domu totalnie pijany. Zaczęły się awantury. Coś rozbił, przewrócił, zdemolował. Bywał agresywny. Rosła we mnie złość. Leszek nie dotrzymywał umów, które miały obowiązywać w naszym związku. Nie poczuwał się do niczego, ale dla siebie wymagał stuprocentowej akceptacji. Tymczasem ja coraz bardziej rozpaczliwie tęskniłam za nim trzeźwym. Bo przecież wtedy był cudownym facetem. Z takim chciałam mieć dzieci, z pijakiem - nie, więc dzieci nie mieliśmy.

Ta tęsknota, poza złością, była najsilniejszą mobilizacją, żeby w końcu powiedzieć "nie". Ale co znaczy to "nie"? Nie wpuścić pijanego męża do domu? Jakie to trudne, wie tylko żona alkoholika, który wali w drzwi, jest brudny, zasikany, ma spodnie włożone tył na przód i wygląda, jakby stoczył walkę bokserską. W końcu to "nie" powiedziałam. Nie otwierałam. Płakałam pod drzwiami i dusiłam się strachem: zaraz coś mu się stanie, gdzieś pójdzie, okradną go albo ktoś go przejedzie. Nie miałam jednak wyjścia. Znałam tylko jedną skuteczną metodę, którą od dzieciństwa wpajał mi ojciec: winny powinien ponieść konsekwencje swoich czynów.

Kiedyś Leszka przywiozła pod dom taksówka. Kierowca mówi: "Musi pani zapłacić". Ja na to: "Nie ma mowy, zarabiam ciężko na życie, niech płaci ten, kto jechał. Widział pan, w jakim mąż jest stanie, trzeba go było nie brać do auta". Taksówkarz się wściekł: "To ja go wiozę na milicję!". Zgodziłam się i jeszcze poradziłam, żeby odwiózł go na komendę na Malczewskiego, bo tam podobno płacą rachunki za pijaków. Kierowca wyzwał mnie od kurew. To też musiałam przełknąć. Mój mąż zaczynał mnie nienawidzić, a miało być jeszcze gorzej.

Ultimatum

Barbara skończyła prawo, ale zajęła się biznesem. Otworzyła butik na Pradze. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy w sklepach niczego nie było, interesy szły dobrze, a ona miała przestrzeń, w której mogła odreagować sprawy domowe. Aż przyszedł rok 1984. Pewnego dnia w butiku wybuchł pożar. Straciła wszystko. W noc po pożarze Lech Falandysz wrócił do domu pijany, pobity, ze złamaną nogą. Barbara odesłała go do matki, miała dość. To mógł być ich koniec?

Barbara Falandysz: - Tak. Nazbierało się. Następnego ranka znów odebrałam telefon z uczelni - profesor Murzynowski, przełożony męża. Byłam w fatalnym nastroju, czekało mnie załatwianie spraw związanych z pożarem. Kiedy więc profesor zapytał, co dzieje się "z panem Lechem", puściły mi nerwy: "Pan Lech?! Leży całkiem pijany! To wy nie wiecie, że jest alkoholikiem, gdzieście byli, jak wpadał w to po uszy?!". Powiedziałam masę przykrych słów, nie panowałam nad sobą. Kiedy mąż dowiedział się o tej rozmowie, dostał szału. Kochał uniwersytet, nie wyobrażał sobie, że może go stracić.

Wiem, że jego koledzy szeptali o mnie: podła, jak mogła mu zrobić coś takiego! Była też i jasna strona - już nie można było przymykać oczu. Skoro żona powiedziała oficjalnie, niczego nie da się zamieść po dywan. Potem nieraz powtarzałam kolegom Leszka: jeśli mu nalejecie, zrobicie krzywdę. Chciałam popsuć komfort picia z nim, chciałam, żeby się zastanowili przed każdym kieliszkiem... Poza tym współpracownicy męża mogli się bać nie tylko o niego, ale także o swoje z nim sprawy, bo skoro pije, czy warto angażować go w nowy projekt, wykłady, czy wywiąże się z obowiązków?

Po tamtym telefonie profesor Murzynowski zwołał Radę Instytutu. Odbyło się głosowanie: dać Falandyszowi ostatnią szansę, czy nie? Jednym głosem przesądzono: dać. Leszek zrozumiał, że znalazł się nad przepaścią. I to był przełom. A ja poszłam za ciosem. Usiadłam naprzeciwko męża, spojrzałam mu w oczy i powiedziałam: "Kocham cię, ale skoro ty się nie starasz, wypowiadam ci układ o lojalności. Nie chcę żyć z tobą takim, jaki jesteś po alkoholu. Uprzedzam, że zaczynam się rozglądać, jeśli nie przestaniesz pić, znajdę innego mężczyznę".

Czy zrobiłabym to naprawdę? Myślę, że tak. Leszek potraktował to poważnie. Postanowił przestać pić, wszył sobie esperal.

Był rok 1984. Do męża zgłosili się ludzie z Solidarności, potrzebowali go. "Panna Solidarność" - jak ją nazywał - była moją wspólniczką. Leszek pracował dla podziemia, zajął się czymś dobrym i nowym. Wysyłał mocne sygnały: chcę się zmienić, koniec z alkoholem, pomóż, bądź blisko. Byłam. Wierzyłam, że go odzyskuję. Pamiętam jeden moment, to się zdarzyło na pogrzebie księdza Popiełuszki. Stałam obok Leszka i nagle poczułam, że coś się dzieje w moim brzuchu. Tak, byłam w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem! Wcześniej, kiedy mąż pił, nie mogłam i nie chciałam być matką.

Do dziś przestrzegam kobiety alkoholików: jeśli wydaje ci się, że on się zmieni, kiedy na świat przyjdzie dziecko, możesz być pewna - zmieni się, ale na gorsze.

Moje ciąże - ta pierwsza i trzy kolejne - były efektem zmiany, która dokonała się w Leszku i w naszej relacji. Nigdy - narzędziem manipulacji. Do tego bym się nie posunęła. Leszek zmienił się dla siebie, ale także dla mnie. I dla dzieci. Kiedy podrosły, stały się audytorium, które bacznie obserwuje. Trzeba się pilnować. Mój mąż się pilnował, esperal działał. Po każdej "wszywce" mogłam liczyć na rok spokoju. Nie liczyłam na spokój do końca życia.

Pole minowe

Tłuste lata? Spokojniejsze. Akcje profesora idą w górę. Lech Falandysz angażuje się w politykę, bierze udział w obradach Okrągłego Stołu po stronie opozycji, w końcu dostaje stanowisko w kancelarii prezydenta Wałęsy, a do masowej wyobraźni trafia dzięki określeniu "falandyzacja prawa". Staje się osobą publiczną. Nie pije, ale chce być blisko alkoholu - nalewa gościom, wącha odkręcone butelki. Barbara wie, że żyją na minie. Jak ją rozbroić? Pewnego dnia dzwoni do sekretarki w Belwederze, prosi o połączenie z prezydentem. Sprawa prywatna.

Barbara Falandysz: Przedstawiłam się Lechowi Wałęsie i powiedziałam: "Panie prezydencie, jest coś, o czym powinien pan wiedzieć". Po czym wyjaśniłam, że Leszek jest alkoholikiem. Prezydent milczał chwilę. A w końcu powiedział: "Zobaczymy, co da się zrobić". Do dziś nie wiem, co nastąpiło potem, dość że Leszek musiał się zgodzić na kolejną dawkę esperalu. I odtąd prezydent miał go na oku. Decyzję o tym, że publicznie przyzna się do choroby, Leszek podjął sam. Gdy powiedział w mediach o swoim nałogu, byłam zła, że mnie nie uprzedził, ale odetchnęłam. Odtąd, kiedy Leszek wybierał się gdzieś, gdzie groziło mu picie, ostrzegałam: "Masz teraz znaną twarz niepijącego alkoholika, nie możesz zawieść ludzi, którzy uwierzyli, że można sobie poradzić z nałogiem. Nie masz wyjścia, musisz być dobrym przykładem".

Był. Bardzo się starał. Chylę czoła przed jego wysiłkiem. Bo to nie jest tak, że inteligent powie sobie: "naprawdę nie powinieneś pić". Wódka ma większą moc niż rozsądek. Mogłam tylko na chwilę powstrzymać "odruch ssania", coś powiedzieć, zagrozić. Całą robotę Leszek musiał wykonać sam. Zdarzały się wpadki, ale na tej drodze spotykają prawie każdego trzeźwiejącego alkoholika. Już nie robiłam z tego dramatów, dorosłam do pokory, cierpliwości. Planowaliśmy dokończyć remont i urządzanie domu, w którym mieliśmy żyć długo i szczęśliwie. Ale w 2002 roku mąż poważnie zachorował. Myślę, że rak trzustki miał związek z jego piciem.

Leszek umarł jedenaście lat temu. A ja wciąż odbieram telefony od kobiet alkoholików z prośbą o pomoc, radę. Zgadzam się na każdy wywiad, w którym mogę powiedzieć: warto znaleźć w sobie siłę, żeby zawalczyć o trzeźwe życie. Tej siły uczyłam się od mojego męża - alkoholika, który wybrał trzeźwość. Przydała mi się, kiedy dwa i pół roku temu wykryto u mnie nowotwór piersi. Została mi po nim niewielka blizna pod pachą, pierś ocalała. Jestem pewna, że Leszek kibicował mi i pomagał, stamtąd, z góry. Bardzo go kochałam, kocham nadal. Oddałabym wszystko, żeby jeszcze raz zobaczyć jego uśmiech.

Pomóż mi, umieram

Krzysztof na brzegu mojego notesu zapisuje liczbę: 8571. Tyle dni jest trzeźwy. Sympatyczny, pogodny, szybko skraca dystans. Dziennikarz Antyradia, od lat prowadzi Wieczorne rozmowy, nocną audycję dla alkoholików. Mąż Baśki. Gdy się poznali, on był dobrze zarabiającym handlowcem, ona pracowała na państwowym etacie. Mieli pieniądze, lubili się bawić, bywali na koncertach w Stodole i Akwarium, bo Krzysztof uwielbiał jazz. Ale "bez gazu nie ma dżazu", tak się wtedy mówiło. On pił, ona była zakochana. Z czasem wódka przesłoniła Krzysztofowi miłość. Jednak Baśka była mu potrzebna. 

Krzysztof Dowgird: - Ale nie po to, żebym zerwał z alkoholizmem. Zresztą ja alkoholikiem? Nigdy. Mogłem być najgorszym szajbusem, dziwakiem, ale nie alkoholikiem. Mój dziadek był ordynatem, w naszym domu alkohol wjeżdżał na stół w kryształowej karafce i przeważnie nietknięty wracał do kredensu. A ja miałem na wizytówce tytuł: dyrektor, nosiłem białe koszule. Nie byłem menelem. Ostatnie cztery lata piłem właściwie zamknięty w czterech ścianach, wódkę na czarną godzinę miałem schowaną w skrytkach w mieszkaniu, nie pokazywałem się zapity.

Uważałem, że nikt nie wie, co się dzieje. Baśki potrzebowałem jako narzędzia. Ona się wstydziła, za mnie, więc mnie kryła. A ja byłem mistrzem świata w manipulacji. Prosiłem: "Zadzwoń do pracy, powiedz, że jestem chory, że ktoś umarł i muszę jechać na pogrzeb" - rocznie uśmiercałem co najmniej pięciu bliskich. Umawiałem się z kimś na spotkanie, ale leżałem pijany, więc wysyłałem Baśkę, żeby poszła, porozmawiała, załatwiła. To ja dawałem ciała, wyprawiałem fanaberie, ale to ona robiła z siebie idiotkę. Dzisiaj wiem, że wiele kobiet idzie dalej - nie tylko wstydzą się za męża, syna czy kochanka. Są skłonne wmówić sobie, że to one coś zawaliły, są winne i dlatego on pije.

Ewa Woydyłło, żona Wiktora Osiatyńskiego, opowiadała mi kiedyś, że w amerykańskich ośrodkach odwykowych zanim kobieta odwiedzająca alkoholika wejdzie do niego na wizytę, musi przejść krótki kurs właściwego reagowania, podejścia, a w pokoju, gdzie to się odbywa, wisi hasło: "Pamiętaj, że nie przez ciebie pił i nie dla ciebie przestanie". Baśka dawała się wykorzystywać, choć raz na jakiś czas straszyła, że odejdzie, że już nie będzie kłamać. Puszczałem to mimo uszu. Mieliśmy małe dziecko - nie odejdzie. Nie walnie pięścią w stół, przecież mnie kocha.

Pewnego dnia, a byłem już wtedy w strasznym stanie, bardzo ciężko chory (zdarzyło mi się już raz wypić spirytus salicylowy), zabrakło mi wódki. Miałem zespół odstawienia, kaca, cały dygotałem, byłem mokry, nie miałem siły wyjść do sklepu po butelkę. Wiedziałem, że tego Baśka za mnie nie zrobi, tej zasady akurat się trzymała. Poprosiłem: "Idź chociaż do poradni, załatw jakieś tabletki, bo oszaleję". Poszła. Nie było jej godzinę, dwie, trzy. Kiedy wróciła, zapytałem: "Masz coś?". A ona spojrzała na mnie poważnie: "Musimy porozmawiać. - Jakie porozmawiać, odwal się, daj prochy". I wtedy Baśka oznajmiła: "Koniec z tym. Od tej chwili będziesz sam ponosił konsekwencje swojego zachowania". "Wariatka - pomyślałem - świnia". Jakoś się zwlokłem, kupiłem dwie butelki wódki, wypiłem. Rano zażądałem: "Zadzwoń do pracy, coś wymyśl". Odpowiedziała: "Sam zadzwoń". Poszedłem po kolejne dwie butelki, wypiłem. Nie wierzyłem: jak własna żona może mi robić coś takiego?

Jeszcze nie teraz

Po latach Krzysztof dowiedział się, co Baśka usłyszała w poradni, do której poszła po lekarstwo. Inteligentną, dobrze ubraną kobietę terapeuta wyzwał od idiotek. Bo chroni, pomaga, załatwia, zamiast postawić męża pod ścianą. "Daj mu upaść najniżej, jak się da, bo inaczej będziesz musiała go pochować", powiedział. Dla Baśki to był moment zwrotny.

Krzysztof Dowgird: - Miałem gdzieś jej postanowienia. Piłem. Ona pojechała na imieniny teścia sama, ja tam nie bywałem, bo u teścia się nie piło. Ojciec zapytał ją: "A Krzysio pewnie w delegacji?". I wtedy - wiem to z jej opowiadania - w Baśkę coś wstąpiło. "W delegacji? A właśnie nie. Leży pijany w domu, chcesz zobaczyć?" - wpakowała teścia do samochodu, przywiozła do nas. Po kilku dniach sprowadziła z Wrocławia Andrzeja, mojego brata, przed którym czułem jeszcze respekt.

Powiedziała: "Andrzej, pomóż, bo ja już nie daję rady". On pochylił się nade mną zdumiony: "Brat, coś ty z sobą zrobił?". Kiedy sąsiad przyszedł pożyczyć wiertarkę, Baśka pierwszy raz nie załatwiła sprawy w drzwiach - poprosiła go do środka: "Stasiu, zobacz, Krzysiek jest zupełnie pijany". Wszyscy mieli się dowiedzieć. Zobaczyć, jak wyglądam w takim stanie. Byłem wściekły: co za kurwa! I piłem. Po kilku następnych dniach Baśka przyniosła mi pozew rozwodowy z pieczątką sądu. Od lat ostrzegała, teraz zrobiła to naprawdę.

W tydzień spełniła wszystkie czarne obietnice. Zrobiła to, czego inne kobiety nie potrafią zrobić przez całe lata. Co ja zrobiłem? Upiłem się. A wtedy ona spakowała rzeczy, zabrała Kubę, naszego syna, i oznajmiła, że wyprowadza się do teściów. "Nareszcie, wynoś się" - pomyślałem. Piłem kilka dni. Było mi wszystko jedno. Wyglądałem jak strzęp człowieka. Wkrótce Baśka przyjechała do domu po jakieś rzeczy. Zobaczyła pijanego śmiecia. A ja spojrzałem na nią i poprosiłem "Pomóż mi...". Prosiłem tak już wiele razy.

Dzisiaj wiem od Baśki, że tamtego dnia poczuła: to jest TEN moment. Zaciągnęła mnie do auta, zawiozła na detoks do Instytutu Psychiatrii i Neurologii. A ja? Gdy trochę wytrzeźwiałem, byłem w szoku: co tutaj robię? Ale trzymał mnie też strach, bo wtedy, taki zapity i bezradny, czułem już za plecami kostuchę. Terapia? Dobrze, spróbuję. AA? OK, chociaż przecież nie jestem alkoholikiem. Na pierwszym mityngu zastanawiałem się: dlaczego siedzę wśród pijaków? Przecież większość z nich mogłaby nosić za mną teczkę i myć mój służbowy samochód. Denerwowały mnie ich uśmiechnięte gęby. "Z czego się tak cieszysz? - zapytałem jednego z nich. - Z tego, że żyję" - usłyszałem. Co za kretyn!

Terapia trwała osiem tygodni. "Krzysiu, zobaczysz, będzie dobrze", słyszałem. Ale kiedy, kiedy? Chciałem daty. Bo nie było dobrze. Zabrali mi wódeczkę, pakowali do głowy tanie teksty o szczęśliwym życiu bez picia. Bardzo długo trwało, zanim zdecydowałem się wreszcie wykrztusić: "Mam na imię Krzysztof, jestem alkoholikiem". I moja gęba się uśmiechnęła. Baśka wróciła z synem do domu. Po terapii jeszcze dwa razy spróbowałem się napić - za drugim razem piłem bez przerwy osiem dni i nocy. Żona kolejny raz spakowała walizkę. "Teraz już nie wrócę" - zapowiedziała.

Postanowiłem wtedy, że zapiję się na śmierć. Ale ona wróciła. Pewnej nocy, kiedy było już blisko. Wcześniej zadzwoniła po pomoc do Antka, kolegi z terapii. To on zabrał mi butelkę. Krzyczałem, żeby mi ją oddał. Powiedział: "Oddam, tylko najpierw coś ci powiem. Wielebny umarł...". Tak nazywaliśmy Bogusia, księdza, który był z nami na odwyku. Kiedy żegnaliśmy się z grupą, terapeuta przepowiedział: "Z 20 osób, które teraz tu są, dwie nie wrócą do picia, z resztą spotkamy się znowu". Wiedziałem, że ta dwójka to będzie Boguś i ja. On, bo ma "gorącą linię" z Panem Bogiem, który na pewno ułatwi mu wytrzeźwienie. Ja - bo jestem mądrym facetem.

Gdy usłyszałem, że Wielebny nie żyje, miałem dwie myśli. Pierwsza: Boguś mnie oszukał, miał się przecież uratować. Druga: teraz moja kolej. Byłem przerażony. Dotarło do mnie: mam 39 lat, wspaniałe dzieci (jedno z pierwszego małżeństwa), Baśkę, która mnie kocha - jeszcze na mnie za wcześnie, jeszcze nie teraz. Tej nocy zachciało mi się żyć.

Boję się, Baśka!

Cztery godziny jechał z Ursynowa na Żoliborz - wsiadał do tramwaju, robiło mu się niedobrze, wysiadał, wymiotował, spał na ławce albo na trawniku, wracał do tramwaju, znów wysiadał. Gdy dotarł na spotkanie grupy AA, przez dwie godziny nie miał siły sięgnąć po szklankę z herbatą, choć marzył, żeby się napić. Do dziś jeździ na mityngi. Choć minęły 23 lata.

Krzysztof Dowgird: - Przy mnie umarło 59 znajomych alkoholików. Z czasem zaimpregnowałem się na te odejścia. Ktoś mi kiedyś poradził: trzymaj stronę zwycięzców. Baśka cały czas trwała przy mnie. Kiedy przez dwa miesiące byłem na terapii, ona co tydzień spotykała się z psychologiem, potem już nie. Nie chciała długoterminowej terapii, choć wiedziała, że jest współuzależniona. Ale to pilna uczennica, szybko się uczyła, że nie od razu będzie dobrze. Przecież wiedziała, że toczę walkę na śmierć i życie. Kiedy piłem, ani razu nie podniosłem na nią ręki, trzeźwiejąc - dwa razy chwyciłem ją w złości za gardło. Nie wyprowadziła się.

Najpierw szło nam ciężko. Nie bardzo umieliśmy ze sobą rozmawiać. Wymienialiśmy proste komunikaty: kto dziś bierze samochód, kto odwozi dziecko do szkoły, kto robi zakupy. Pierwszy urlop w mojej trzeźwości, narty w Alpach - nowa sytuacja dla obojga. Potem drugi, trzeci, jakoś szło. Przyzwyczajałem się do nowego życia. Już nie chciałem zmieniać żony. A w pierwszych chwilach na detoksie owszem. Kiedyś, gdy zadawano mi pytanie, z jakiego powodu właściwie pijesz, odpowiadałem: przez komunę, przez żonę, przez złą pogodę, a jak miałem fantazję, dodawałem: przez słomkę. Chciałem więc wymienić żonę, żeby nie było powodu. Dla chorego mózgu - prosta logika.

Jednak pewnego dnia na spotkaniu jeden z alkoholików spojrzał mi w oczy: "Zadaj sobie pytanie, PO CO, a nie dlaczego pijesz". Dobrze powiedziane. Nie wiedziałem po co. Zastanawiałem się. W końcu doszło do mnie: żeby się nie bać. Boję się słabości, że coś zawalę, czegoś nie wiem, w pracy zorientują się, że brak mi kompetencji. A po wódce czułem się jak Schwarzenegger - rosłem do dwóch metrów, miałem wielkie mięśnie i siłę, żeby wdać się w każdą awanturę. Alkohol wyparowywał i znowu wracałem do swoich 166 cm, więc musiałem się napić... Trzeźwiałem po to, żeby się nie bać. Baśka wiedziała, że nie oszukuję.

Dwa lata codziennie chodziłem na mityngi. Zrozumiałem, że alkoholicy, których uważałem za głupców, słabych, gorszych ode mnie, wiedzą coś, czego ja nie wiem - jak nie pić. Zacząłem ich słuchać. Po prostu siedziałem i słuchałem ich historii, rad: trzymaj się trzech zasad, wygrasz. Czyli: nie pij, chodź na mityngi, stosuj program "12 kroków". Zrozumiałem, że i ja mam swoją szansę. Gdy to odkryłem, chciałem wejść na szczyt Pałacu Kultury i drzeć się na całe gardło: ludzie, jest szansa, wykorzystajcie ją! Kiedy na chorobę alkoholową umarł dwudziesty znajomy, poszedłem do radia z propozycją programu.

Dziś co tydzień w niedzielę rozmawiam z alkoholikami, ich żonami, kochankami, matkami. Wielu mnie nie lubi. Zdarza się, że dzwoni kobieta, w strachu szepcze: "Mąż wybił mi właśnie dwa zęby, co mam robić?". Mówię: "Nie dzwoń do mnie, tylko na policję, natychmiast. Wyrzuć go z domu". Ona na to: "Oszalał pan, na własnego męża mam wzywać policję?!". Rzuca słuchawką. A ja pytam kolejną: "Dobrze pani w czerni? Chce pani nosić żałobę? To niech go pani dalej kryje, niedługo będzie po wszystkim".

Bywam obcesowy, ale wiem, co mówię, co działa. Przeszedłem wszystko. I przeszła to moja żona. Mam za sobą ponad 23 lata w trzeźwości i dwa zawały. A jednak żyję. Jestem pewny: gdyby nie ona, nie byłoby mnie tutaj. Po tamtej stronie grałbym w ping-ponga z Wielebnym, lubiliśmy to. Baśka mnie uratowała. Dziś czasem znowu chodzimy razem na koncerty, choć nie ma już Akwarium.

Agnieszka Litorowicz- Siegert

TWÓJ STYL 3/2014



Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: alkoholizm | Barbara Falandysz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama