Reklama

Reklama

Maja Włoszczowska: Co odziedziczyła po swojej mamie?

- Gdy pojawia się problem, nie siada, nie płacze, nie rozczula się tylko natychmiast szuka rozwiązania. Jest silna. Dzięki czemu jej problemy znikają 10 razy szybciej niż innym. To ona zaraziła mnie także pasją do sportu – powiedziała o swojej mamie Maja Włoszczowska, wielokrotna mistrzyni w kolarstwie górskim i ambasadorka kampanii olimpijskiej Procter&Gamble „Dziękuję Ci Mamo”, która reprezentuje Polskę na Igrzyskach Olimpijskich Rio 2016.

O sukcesach, których masz na koncie sporo, było i jest głośno. Zdobywanie medali to ta bardziej spektakularna część twojej pracy. Interesuje mnie jednak i ta mniej "widowiskowa" część, czyli treningi i wyrzeczenia, które wiążą się z zawodowym uprawianiem sportu. Z czego musiałaś zrezygnować, żeby móc robić to, co kochasz?

Maja Włoszczowska: - Przede wszystkim z tzw. "normalnego" życia. Podczas studiów nie brałam udziału w życiu studenckim. Wolny wieczór to było naprawdę wielkie święto, ale jak już gdzieś wyszłam to i tak o godz. 22 usypiałam, więc nici z zabawy.  Po studiach czasu wolnego mam zdecydowanie więcej, ale też muszę ostrożnie nim gospodarować - obok treningu najważniejsza jest regeneracja. Moje życie musi być bardzo usystematyzowane. Posiłki o tych samych porach, zdrowe jedzenie. Nie ma mowy o spontanicznym wieczorze ze znajomymi, nie wspominając o weekendowym wyjeździe. Niestety cierpią relacje z bliskimi i przyjaciółmi, ponieważ bardzo rzadko bywam w domu. Problemem jest też oczywiście założenie rodziny. Niewiele kobiet decyduje się na powrót do sportu po urodzeniu dziecka.

Reklama

- Ale... Może nie mam "normalnego" życia, ale na pewno mam wyjątkowe. To co dostaję w zamian zdecydowanie rekompensuje mi ten brak normalności. Podróże,  nowi ludzie, zawsze nowe cele do osiągnięcia, które nakręcają i dodają energii. A przede wszystkim - możliwość jazdy na rowerze.

Czy jest coś, z czego szczególnie trudno było ci zrezygnować?

- Nie. Na szczęście nigdy nie byłam typem imprezowej osoby. Jeść zdrowo lubię. Podróżować też lubię. Życie sportowca bardzo mi odpowiada.

- Treningi, częste wyjazdy, zawody - tak z boku wygląda życie sportowca. Zakładam jednak, że to nie dla tych trudnych chwil nadal uprawiasz kolarstwo. Co więc daje Ci sport?  

- Przede wszystkim kocham rower górski. Jasne, treningi nie zawsze są fajne i przyjemne, ale w zdecydowanej większości je lubię. A jeśli odbywają się w trudnym terenie to wówczas jest to naprawdę niesamowita frajda, która wyzwala tyle endorfin, że nic nie jest w stanie mi tego zastąpić. MTB to też środowisko fajnych, energicznych ludzi. Gdy po zimowej przerwie jadę na pierwsze poważne zawody, pomimo stresu związanego ze startem, serce raduje mi się na widok wszystkich znajomych twarzy z całego świata. Same wyścigi bywają przykrym doświadczeniem, ale stawianie sobie wysokich celów, dążenie do nich i satysfakcja z ich osiągania to też coś co daje mi wiele radości.

W 2009 i 2012 roku przeżyłaś dwa bardzo trudne momenty w swojej karierze - kontuzje, które niweczyły efekty ciężkiej, wielomiesięcznej pracy. Nie oszczędzono ci również pesymistycznych komentarzy, które głosiły, że twoja kariera wisi na włosku. W swojej książce pt. "Szkoła życia" napisałaś, że w tamtych okresach pojawiały się momenty załamania, zwątpienia. Możesz opowiedzieć naszym czytelniczkom, jak udało ci się je pokonać?

- Nigdy nie wątpiłam w swój powrót do sportu. Jasne, przykro było pogodzić się z utraconą szansą, ale... w trudnych momentach zawsze przypominam sobie słowa mojej mamy: "jeśli czegoś nie możesz zmienić, nie masz na to wpływu - zaakceptuj to. Nie trać energii. Tę włóż w sprawy na które masz wpływ". A zawsze masz wpływ na swoją przyszłość.

- Inne hasło, które też mi pomaga w trudnych chwilach to słowa Marka Galińskiego. Cokolwiek by się nie działo dookoła zawsze powtarzał nam: "rób swoje...". Na przykład przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie w 2012, gdy atmosfera wokół kadry była bardzo rozgrzana, kazał nam odcinać się od mediów, nie reagować na żadne komentarze, tylko po prostu trenować. Robić swoje.

Twoje podejście do życia - upór, konsekwencja, są dla mnie dowodem na to, że nie należysz do osób, które marudzą, narzekają i czekają na odmianę losu. Czy jednak i tobie zdarzają się takie momenty, w których mówisz po prostu: "mam już tego dość"? A jeśli tak - jak sobie radzisz w tych gorszych chwilach?

- Jasne, że marudzę i narzekam.. Ale nie czekam na odmianę losu i nigdy nie mam pretensji do otoczenia za to, że coś się dzieje nie po mojej myśli. Najczęściej mam pretensje do siebie samej, jeśli coś zaniedbałam, czy mogłam zrobić lepiej. Nie oczekuję od ludzi, że coś zrobią za mnie, że będą pomagać mi rozwiązywać moje problemy. Wiem dobrze, że każdy ma własne i dla każdego jego problemy są największe i najtrudniejsze, czemu więc miałabym obarczać go swoimi. Gdy zdarzają się chwile, w których zastanawiam się czy to co robię ma jakiś sens, staram się ten kryzys przeczekać. Ale przeczekać, nie znaczy "nic nie robić". Przeczekać, w sensie - nic nie zmieniać, wykonywać dalej swoją pracę. Oczywiście w takich momentach wymaga to wyjątkowego samozaparcia i proste nie jest, ale w 99 proc. działa. Kryzys mija, przychodzi mały sukces i przypominam sobie dlaczego lubię to, co robię i znów nabieram motywacji do działania.

Jesteś ambasadorką kampanii olimpijskiej Procter&Gamble "Dziękuję Ci Mamo", dlatego chciałabym porozmawiać o twojej mamie.  W jednym z wywiadów powiedziałaś: "Gdyby ona z pewnością nie byłoby mnie tu, gdzie jestem". W jaki sposób mama wpłynęła na twoją karierę?

- Mama wpłynęła nie tylko na moją karierę, ale na całe moje jestestwo. Na to kim jestem, jakie mam wartości. Jest ona osobą, która wysoko stawia poprzeczkę sobie i innym i chyba to po niej odziedziczyłam. Gdy pojawia się problem, nie siada, nie płacze, nie rozczula się tylko natychmiast szuka rozwiązania. Jest silna. Dzięki czemu jej problemy znikają 10 razy szybciej niż innym. To ona zaraziła mnie także pasją do sportu. Sama gdy tylko ma wolny czas jeździ na rowerze, biega na nartach, chodzi po górach. Pomogła mi w podjęciu wielu decyzji w trakcie mojej kariery. Ale też, gdy robiłam coś wbrew jej opinii, nie krytykowała i akceptowała moje wybory. Jest też moim wiernym kibicem, obecnym na większości moich zawodów. Mam w niej 100 proc. oparcia. To mi daje niesamowity spokój.

- Jestem pewna, że w trudnych chwilach możesz liczyć na mamę. Jak udaje się jej podnosić cię na duchu?

- Jak mówiłam, nigdy nie ma rozczulania. Prędzej kopniak do działania. Ale też nigdy nie usłyszałam od niej: "oj, znowu się wywróciłaś..." czy "znowu słaby start zepsuł ci wyścig". Nawet jeśli coś mi nie wyjdzie to zawsze słyszę pochwałę, że super jechałam, pięknie walczyłam i że za tydzień będzie lepiej. 

Macierzyństwo kobiet zawodowo uprawiających sport to trudny temat: zdarza się, że urodzenie dziecka kończy karierę, choć nie musi tak być. Jaki jest twój stosunek do macierzyństwa? Myślisz, że mogłoby ci się udać połączyć wychowywanie dziecka i dalszy rozwój kariery?

- To na pewno wielkie wyzwanie. Kiedyś sądziłam, że niemożliwe do zrealizowania w przypadku sportu wytrzymałościowego. Ostatnio jednak mam przyjemność podziwiać kobiety, którym się powrót do sportu udaje. I to jak! Gunn Rita Dahle po urodzeniu dziecka wróciła do wygrywania Pucharów Świata. Choć fakt - ona ma wyjątkowo wygodnie, gdyż jej mąż jest jej trenerem, wszędzie podróżują razem, a często towarzyszą im także rodzice Gunn Rity. Ale... Na drugim biegunie jest Kasia Solus-Miśkowicz. Urodziła w ubiegłym roku, jej mąż pracuje dla innej drużyny kolarskiej, więc rzadko jest w domu. Rodzina prowadzi duże gospodarstwo i tam Kasia jeszcze pomaga. Nie wiem jakim cudem znajduje czas na trening, nie wspominając o odpoczynku. Tymczasem wróciła w zawrotnym tempie i to staje się lepsza niż przed ciążą. Właśnie zakwalifikowała się na Igrzyska Olimpijskie w Rio! Tak więc... nie wykluczam.


Jaką chciałabyś być mamą?

- Taką, która będzie miała czas dla swoich dzieci zawsze, gdy będą tego potrzebowały. Taką, która je jak najwięcej nauczy, pokaże świat, a później pozwoli rozwijać skrzydła wedle ich własnej woli. I taką, by kiedyś usłyszeć od nich, że jest się inspiracją, że jest się oparciem.


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy