Reklama

Reklama

Joanna Racewicz: "Jestem z Polski" znów brzmi dumnie

Minęło siedem miesięcy od wybuchu wojny w Ukrainie. Emocje opadły, przywykliśmy do kolejnych dramatycznych doniesień z frontu. Część uchodźców i uchodźczyń, pomimo wszystko zdecydowała się powrócić do ojczyzny, część układa sobie życie na nowo poza jej granicami. Tymczasem znana i ceniona dziennikarka Joanna Racewicz powraca do pierwszych dni wojny, emocji i historii, które towarzyszyły nam na przełomie lutego i marca już 29 września premierę będzie miała jej książka.

Książka "To nie kraj, to ludzie" to zbiór historii i relacji zebranych na granicy polsko-ukraińskiej, w szczytowym okresie kryzysu humanitarnego, gdy do punktów recepcyjnych i domów prywatnych trafiały tysiące uchodźców. Joanna Racewicz rejestruje obraz wojny widzianej oczyma uchodźców, wolontariuszy i mieszkańców obu stron granicy. Opisuje sceny wzruszające i przerażająco brutalne, z którymi każdego dnia mierzyli się i zapewne będą mierzyć zarówno uchodźcy jak i wolontariusze. Pisze o koszmarze ucieczki przed bombardowaniem, strachu, rozstaniach, śmierci i nowym życiu - które rodzi się już pod bezpiecznym, polskim niebem. Opowieści uzupełniają zdjęcia dokumentujące ten szczególny czas w historii pogranicza.

Reklama

Tak pisze o swojej ksiązce sama autorka:

Usłyszałam historie, które nie dają spokoju.
Opisuję obrazy gorsze od koszmaru.
Każda wydarzyła się naprawdę.
Wszystkie z powodu bestii chorej na władzę.

To także książka o ludziach, którzy zadziwili świat. Wyręczyli władzę.
Zastąpili kraj i system. Dzięki Nim o pomagającej Polsce
mówiło się tylko z wielkiej litery.
Z wielkim szacunkiem. Piersi do orderów wypną inni.
Życie.
A to Oni zrobili i robią kawał roboty.
Wolontariusze, a nie panie i panowie,
którzy wpadli na granicę raz, albo dwa w towarzystwie kamer i tłumu asystentów.

Dziękuję Wam, bo dzięki temu, co robicie
"jestem z Polski" znów brzmi dumnie.

Przeczytaj fragmenty ksiązki Joanny Racewicz "To nie kraj, to ludzie"

***

1.

..."Była jak cień człowieka, jak duch, zjawa z innego wymiaru. Musiała iść bardzo długo. Blada i drżąca z zimna. Miała przezroczyste, nieobecne oczy. Próbowała się uśmiechnąć, zapytać - czy może się ogrzać. Nie miała żadnego bagażu. Myślałam, że zostawiła walizki przed wejściem. Zapytałam - czy jej pomóc. Ledwie pokręciła głową. Widziałam, że ma coś pod kurtką. Jakieś zawiniątko. Ludzie zrobili jej miejsce. Usiadła ciężko na brzegu siennika. Miałam wrażenie, że zwleka z wyjęciem tego czegoś. Jakby się bała, jakby nie była pewna. I... Kiedy do niej podeszłam z kubkiem zupy - zrobiła to. Rozsunęła ubranie i zwaliła się na ziemię, jak kłoda. Zza pazuchy wypadło na ziemię dziecko. Maleńkie, martwe dziecko. Sztywne z zimna. Niebieski, niemowlęcy kombinezon, kocyk w kratkę. Sina, maleńka buzia. Mniejsza, niż zaciśnięta pięść. Potrafisz słuchać więcej takich historii? Wiem, że nie."

2.

... "Paweł przekracza granicę co dwa, trzy dni. W jego paszporcie brakuje miejsca na pieczątki. Strażnicy świetnie go znają. Tak samo jak pracownicy banku, w którym  jak lew walczył o pożyczkę. Dostał 11 386 złotych i kupił w internecie dwie kamizelki kuloodporne. Tylko na tyle wystarczyło, tylko na tyle obliczono jego zdolność kredytową. Dla Pawła to majątek. Teraz ma u siebie tymczasowy dom dla uratowanych z wojny kotów. Nieustannie zbiera lekarstwa i jedzenie dla potrzebujących. Był spakowany, żeby pojechać pod Sumy, po dziewięćdziesięciokilkuletnią kobietą. Nie zdążył.
- Umarła. Nie mogę sobie z tym poradzić - mówi. - Ta pani przeżyła dwie wojny. Kiedy pierwszą rozpętał Hitler, była dzieckiem, nastolatką. Kiedy kolejną Putin, stała nad grobem. Życie rozpięte między dwóch chorych na władzę dyktatorów.
- Chciałem zapłacić za ten i każdy następny wyjazd Pawła. - Mężczyzna w dżinsach i idealnie marynarce mocno ściska rękę Pawła.  Piotr Rosanka mieszka w Szwajcarii, pracuje w Liechtensteinie. Ojciec trzech synów: Mateusz ma trzydzieści dwa lata, Janusz - dziesięć lat, Miłosz - cztery. Piotr wyjechał z Polski w 1992 roku. Zaczynał od obozów dla uchodźców. Materac z papieru, zbiorowa łazienka dla setki ludzi, dojmująca bieda. Czy to był argument, żeby przyjechać ponad 1600 kilometrów? Nie.
Jest w Hrubieszowie od kilku dni i ma opinię Świętego Mikołaja. "Strach mówić przy Piotrze, że czegoś brakuje, bo on natychmiast idzie do sklepu albo daje na to pieniądze". Tak było, gdy jedna z mam, Oksana, miała jechać z córeczką do Wrocławia do rodziny. Kierowca, który miał je zabrać, nie miał fotelika dla dziecka, więc Piotr oddał ten swojego syna z własnego samochodu. Kiedy jedna z tłumaczek zauważyła, że kończą się zapasy jedzenia i ręczników papierowych, problem znikał bez śladu.
- To wszystko tylko pomoc doraźna, gaszenie pożaru - powtarza Piotr - a tu chodzi o to, żeby pomóc tak, żeby pomoc została. Przyjechałem, żeby badać teren i zrobić listę pomysłów, projektów, celów i kosztów. Może trzeba będzie zbudować centrum edukacji albo połączenia kultur? Może ośrodek wsparcia przedsiębiorczości, może szkołę językową? Dobrze wiem, co to znaczy być człowiekiem drugiej kategorii, człowiekiem wykluczonym. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek przeżywał koszmar upokorzenia. Nie chciałbym też, żeby ta pomoc się wypaliła. Polskę czeka maraton pomagania, to nie będzie krótki dystans. Wojna potrwa, a Ukraińcy zostaną tutaj na dłużej.
- Dziś jestem dumny, że jestem Polakiem, że jestem stąd. Pochodzę z kraju, w którym ludzie są gotowi oddać ostatnią koszulę, byle pomóc potrzebującemu. Ja mam ich spory zapas. Nie mogło mnie tu nie być." 

3.

Lenka i Borys, poza Sonią, mają jeszcze syna Kiryła. Chłopak nie przestaje się śmiać. Wysiada dość osobliwie, jakby nie działały mu kolana. Trochę jak marionetka. Ma niemal białe włosy i bardzo szeroko rozstawione oczy z przezroczystego jasnego błękitu.

- Angelman? - Małgosia wyrasta jak spod ziemi.

- Tak, potwierdza mama. Skąd pani...?

- Jestem terapeutką. Pracuję z takimi dziećmi. Pomogę państwu. Macie dokąd jechać?

Nie mają. Nie znają tu nikogo. Jechali przez pięć dni polnymi drogami. Samochód grzązł w koleinach, trzeba było pozbyć się kilku rzeczy. Wózka Soni nie mogli zostawić. Torby z lekami też nie. I brązowego psa, jej ukochanej, pluszowej maskotki. Musi go przy sobie mieć, choć nawet nie jest w stanie go schwycić. Piłki rehabilitacyjne Kiryła musieli wyrzucić do rowu.

- Nawet nie płakał. Chyba nie zauważył, że zniknęły. Sprawia wrażenie wiecznie szczęśliwego. Uśmiechał się, gdy któregoś razu wrócił pobity z podwórka, bo ktoś widocznie uznał, że taki "idiota", który chodzi, jak kukiełka, nie pasuje mu do otoczenia. Uśmiechał się, gdy sąsiedzi przynieśli do naszego domu moją mamę. Miała głębokie rany postrzałowe. Jeszcze żyła, ale miała chyba wszystkie wnętrzności na wierzchu. Przepraszam, nie chcę pani przerażać... Kirysza dotknął babci, umazał sobie twarz krwią i śmiał się, jakby to był najlepszy żart. Wyłam z bólu i strachu i nie potrafiłam się na niego gniewać. Przecież on, biedak, nic nie rozumie. Sonia też niewiele, ale chyba czuła, że babcia umiera, bo bardzo głośno krzyczała ze swojego pokoju. Chyba chodziło o to, żebyśmy ją zabrali, pokazali, co się dzieje. Nie radziłam sobie już z jednym dzieckiem. Dwojga podczas śmierci mamy bym nie uniosła.

- Zabiorę panią na rejestrację. - Wolontariusz podaje kobiecie ramię. Drugi chwyta wózek z Sonią.

Udręczona rodzina. Mówienie, że życie ich doświadczyło, to banał. Podobnie jak truizmem jest powiedzieć, że tylko kobieta jest w niej wystarczająco silna, żeby popchnąć wózek do przodu. Rejestracja trwa dłuższą chwilę, przed stołem ustawiła się kolejka, mimo że sześć osób pracuje bez wytchnienia. Kirył znów się śmieje. Karcące spojrzenia ludzi.

- Już nie mam siły. Nie mam siły każdemu tłumaczyć, że to objaw jego choroby, a nie reakcja na jakąś sytuację. - Mama odgarnia synowi kosmyk jasnych włosów z czoła.

Szmer komentarzy, lekceważące spojrzenia. Uśmiech politowania. Nikt nie zwraca uwagi na głos. Trwa to chwilę. Widzę, jak na twarzy Leny rośnie napięcie. Eksplozja wisi na włosku. Bang!

- Czego nie rozumiecie? Co się gapicie? Moje dziecko jest. Chore! Chore, rozumiecie?! A gdyby to był twój syn - zwróciła się do innej matki - co byś robiła? Stała jak słup czy wydrapywała oczy każdemu? Noż, kurwa! Nie mam gdzie pójść od was, nie mam się gdzie schować, a Kirył będzie przy mnie. Jak go zostawię samego, to dopiero mu zrobicie krzywdę. Gapią się jak na małpy w zoo! Co, chcesz występu?! Ma coś zatańczyć na sztywnych nóżkach?! Tak?!

Wzburzenie coraz większe. Tłum milknie. Odwrócone oczy. Wstyd. Kamień łatwej oceny rzucony w stronę chłopca trafia w splot słoneczny tłumu.

***

Zobacz także:

Obudziły mnie strzały... Raport o wojnie w Ukrainie

Joanna Racewicz odpowiada na hejt 

Styl.pl/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: Joanna Racewicz | wojna w Ukrainie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy