Reklama

Reklama

Koniec Dzielnicy Czerwonych Latarni? Amsterdam idzie na wojnę z turystami

Władze Amsterdamu mają dość głośnych, uciążliwych turystów imprezujących w słynnej Dzielnicy Czerwonych Latarni. Do słynącego z domów publicznych dystryktu od lat ściągały tłumy odwiedzających. Teraz miasto chce pozbyć się części z nich. A nawet przenieść dzielnicę poza centrum.

Dzielnica Czerwonych Latarni to chyba najsłynniejsze miejsce w stolicy Holandii, Amsterdamie. W ostatnich latach turystyka w mieście rozwijała się niemal perfekcyjnie. Praktycznie bez żadnych nakładów finansowych liczba odwiedzających zwiększała się z roku na rok.

Wszystko oczywiście dzięki bardzo bogatemu życiu nocnemu, coffee shopom, legalnej marihuanie oraz, a może przede wszystkim, usługom sex workerek, które zgodnie z prawem mogą wykonywać tam swój zawód. 

Jak powszechnie wiadomo Dzielnica Czerwonych Latarni kojarzona jest głównie z seksem i prostytucją, choć znajduje się tam także mnóstwo sklepów z pamiątkami, barów, kawiarni, restauracji czy muzeów. Jest to również jedno z najstarszych miejsc w Amsterdamie, z wieloma budynkami z XVII i XVIII wieku. 

Reklama

Historia dystryktu sięga właśnie wieku XVII, kiedy to w Amsterdamie zaczęto tolerować prostytucję. Wzdłuż ulic montowano specjalne okna, przez które klienci mogli zaglądać do wnętrza domów publicznych. Okna te oświetlano czerwonymi latarniami, stąd nazwa dzielnicy.

Latarnie same w sobie nie są już tak powszechne jak kiedyś. Obecnie większość sex workerek w Amsterdamie pracuje w specjalnych klubach, a okien z czerwonymi lampami jest coraz mniej. Mimo to dzielnica nadal jest jednym z najważniejszych symboli Amsterdamu i przyciąga turystów z całego świata.

Z biegiem czasu powstał jednak pewien problem. Ludzi w Dzielnicy Czerwonych Latarni jest za dużo. Do miasta, w którym mieszka na co dzień niecałe 900 tys. osób tylko w 2019 przyjechało 20 mln turystów. W samej dzielnicy dochodzi do sytuacji, kiedy niemożliwym staje się poruszanie nawet pieszo. Samochód czy nawet rower nie wchodzi w grę.

Dodatkowo część przybyszów zachowuje się, delikatnie mówiąc, nieznośnie i obcesowo. Suto zakrapiane alkoholem i innymi używkami imprezy dają się mocno we znaki mieszkańcom. Miejscowi nazywają ich patoturystami, seksturystami lub alkoturystami.

Przeczytaj także: Holandia: Nie będzie sprzedaży filiżanek z wizerunkiem Anny Frank

Władze Amsterdamu postanowiły więc zorganizować akcję pod hasłem "Staw Away", czyli "Trzymaj się z daleka". To prawdopodobnie pierwsza kampania promocyjna w historii, która... zniechęca turystów do przyjeżdżania.

Akcja ma wystartować na wiosnę 2023 i pierwotnie skierowana będzie do Brytyjczyków. Jak wykazały badania, to właśnie oni są najbardziej naprzykrzającą się grupą przyjezdnych. Skarżący się wskazują także na wieczory kawalerskie i panieńskie, jako najgorsze do zniesienia imprezy.

- Celem kampanii zniechęcającej jest zatrzymanie przyjazdu gości, których nie chcemy tutaj - mówi wiceburmistrz Amsterdamu, Sofyan Mbarki w rozmowie z "The Times". - Jeśli kochamy nasze miasto, musimy już teraz podjąć jakieś działania.

Ale włodarzy niderlandzkiej stolicy nie chcą poprzestać jedynie na spotach antyreklamowych. Rada miasta zaproponowała kilka zmian w prawie. Radni chcą wprowadzić ograniczenia dotyczące rejsów imprezowych, ograniczyć godziny otwarcie klubów, barów czy domów publicznych oraz zakazać palenia marihuany w miejscach wspólnego użytku.   

Przeczytaj także: Holandia: Ludzie zjeżdżali ze wzniesień, ponad 500 wypadków. Są nagrania

Burmistrz miasta, Femke Halsema, od kilku lat nawołuje do wprowadzenia limitów w związku ze sprzedażą miękkich narkotyków. Jej zdaniem to właśnie legalne używki przyciągają irytujących turystów, siejących spustoszenie w centrum Amsterdamu. Halsema zaproponowała także... przeniesienie Dzielnicy Czerwonych Latarni na przedmieścia, do specjalnego "hotelu erotycznego".

- Mam nadzieję, że możliwym jest stworzenie erotycznego centrum z pewną klasą i powagą, które nie będzie przyciągać jedynie drobnych przestępców i narażonych na wykorzystywanie kobiet, gdzie przyjeżdżać będą świadomi i kulturalni klienci - komentuje Halsema. 

Jak donosi CNN, wiele pracownic ze słynnej dzielnicy krytykuje ten pomysł. Jedna z nich w rozmowie z amerykańską telewizją argumentuje, że kończące nad ranem zmianę kobiety byłyby bardzo narażone na kradzieże w odległych od centrum miejscach. Innym argumentem za pozostaniem w zatłoczonej części Amsterdamu jest bycie na widoku. "Każdy nas widzi, co dodaje bezpieczeństwa" - mówią pracownice.

W 2019 roku związek zawodowy Dzielnicy Czerwonych Latarni przeprowadził nawet ankietę wśród pracownic. 93 proc. z nich uznało pomysł przeniesienia erotycznego centrum miasta gdzie indziej za zły. 

- Politycy chcieliby cofnąć nas w rozwoju i oddać te wszystkie zabytkowe domy w ręce bogaczy - mówi CNN Linda Nap, pracownica sex shopu w Amsterdamie. - Seks biznes istnieje w mieście od XVII wieku. Ludzie nie przyjeżdżają tutaj tylko dla kanałów i tulipanów, wiadomo, czego chcą. Dajcie już spokój. Jeśli ktoś ma problem, to niech tu nie przychodzi.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Amsterdam | Holandia | turyści

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy