Reklama

Reklama

Mora mora - tylko spokojnie

Madagaskar widziany z pokładu jachtu to niedostępna, zielona ściana. Dróg tu mało. Transport od wieków odbywa się na łodziach. Wzdłuż wybrzeża. Powoli.

Kto po raz pierwszy widzi tutejsze łodzie, przeciera oczy ze zdumienia. Malgaskie żaglowce wyglądają jak przeniesione z czasów wielkich odkryć geograficznych. Liny z lian i burty łatane deskami po wielekroć to standard. - Budowa trwa czasem kilka lat, ale to rodzinna inwestycja - mówi Jean, jeden z kilku braci, którzy wraz z ojcem stanowią załogę łodzi. Wożą ludzi i towary. Wzdłuż wybrzeża. Niespiesznie. Trasa, jaką nowoczesny jacht pokonuje w półtorej godziny, zajmuje im cały dzień.

Ale po co się spieszyć? Przecież targ ani wioska nie uciekną. W niezmiennym upale afrykańskich dni to jedyne rozsądne podejście do życia. Mora mora - spokojnie. Bo kto biegnie, ten trwoni siły, męczy się i poci, traci cenną wodę. Więc nikt tu nie biega co najwyżej z politowaniem patrzy na jasnoskórych przybyszów, dla których pośpiech jest stylem życia.

Reklama

Włoch Stefano (lat trzydzieści kilka, żona, rozwód, nudna praca w Rzymie) musiał się do tego rytmu dostroić, gdy porzucił Europę i osiadł w tropikach. Postanowił znaleźć miejsce, które sam mógłby zmienić na lepsze. Madagaskar wydał mu się idealny. Na północy znalazł niewielką wysepkę - Nosy Komba, a na jej brzegu wioskę wtopioną w dżunglę. Nazywała się Antintorona i jak świat światem, nigdy nie mieszkał w niej żaden biały - nawet misjonarze zatrzymywali się w leżącej nieopodal Ampongorinie - jedynym na wyspie przyczółku cywilizacji.

Stefano wynajął tam chatę i co tydzień pływał pirogą na spotkanie ze starszyzną Antintorony. Chciał w wiosce wybudować szkołę. Po roku negocjacji był przekonany, że już się zgodzą. Po dwóch latach - że to kwestia kilku tygodni. Po czterech pomyślał, że będzie tak pływał do końca życia. Po pięciu jednak usłyszał upragnione "buduj".

Tak powstała szkoła bananowa nazwana od rosnącego przed nią bananowca. Miała być miejscem, gdzie dzieci nauczą się czytać, pisać i rozumieć świat istniejący poza wyspą. Stała się rewolucją. Bo oto w kulturze, gdzie to dorośli wiedzą wszystko, najstarsi zaś są pamięcią całego plemienia, nagle dzieci zaczęły wiedzieć więcej.

Ze starych francuskich pism kilkulatki składały litery i opowiadały rodzicom o dalekich krajach, w których nie ma palm, za to po ulicach jeżdżą samochody. Dzieci stały się przewodnikami swych rodziców. Chyba dopiero wtedy Stefano zrozumiał sens tych pięciu lat, które wydawały mu się straconymi: potrzeba było naprawdę dużo czasu, by cała wioska przygotowała się do tak ogromnej przemiany.

By z Antintorony dotrzeć do sąsiedniej Ampangoriny, trzeba czekać na odpływ i iść po kamieniach wzdłuż wybrzeża lub wędrować ścieżkami przez góry. Yvonne, zielarka, gdy tylko ma czas, wybiera tę drugą możliwość. Przychodzi czasem do szkoły bananowej, siada w pobliżu i słucha, jak dzieci powtarzają francuskie słówka, starając się wyłowić głos swej wnuczki.

Bo kto zna francuski, może rozmawiać z turystami (do dawnej kolonii przybywają głównie Francuzi), a Yvonne lubi opowiadać. Najchętniej o roślinach. - One mówią do mnie, wiem, które dać, gdy boli, które na ranę, a które na zakochanie - uśmiecha się szeroko. Ta drobna staruszka co rano wędruje przez lasy Nosy Komba, poszukując kwiatów, łodyg, liści, na jej powrót z gór zaś czeka cała wioska.

Gdyby Yvonne miała raz jeszcze przeżyć swe życie, nie zmieniłaby w nim nic lecz - mówi - chciałaby umierając wiedzieć, że ktoś ją zastąpi. Dlatego po szkole zabiera wnuczkę w góry, by opowiadać jej o roślinach i głaskać spoufalające się z ludźmi lemury. Ta poufałość wynika z fady, a fady to tabu,rzecz zakazana.

W kulturze Madagaskaru fady może być wszystko: pranie we wtorek i seks w sobotę. Są tabu plemienne, ale też osobne dla każdego, określane przez szamanów po narodzinach dziecka. Jeśli coś ci jest nie na rękę, zawsze możesz powiedzieć, że to dla ciebie fady. Wszyscy zrozumieją.

Osobliwością Nosy Komba (po malgasku wyspa małp) jest fady dotyczące lemurów. Nie wolno ich płoszyć i straszyć, wolno za to dokarmiać. Dla sprzedającego banany Josepha to złoty interes, bo turyści kupią każdą ich ilość, byle tylko płochliwe zwierzęta podeszły do nich blisko. Przed dziewiątą na placu, gdzie turystom wolno je karmić, zaczyna się nerwowa krzątanina. Wewnętrzny zegar mówi lemurom, że to pora karmienia. Rozglądają się dookoła, wskakują na ogrodzenie: gdzie się podziali ludzie? Opóźnienie o kilka minut wprawia je w irytację.

Wreszcie łódź z bananami dociera, a lemury dosłownie wskakują turystom na głowy, byle dorwać się do śniadania.

Córki Josepha pomagają dokarmiać małpiatki, pozując z wprawą modelek. Ich twarze pomalowane w fantazyjne wzory zdobi tamotamo: tradycyjny makijaż z drzewnego proszku rozrobionego z wodą. Gdy turyści, zadowoleni ze spotkania z lemurami i zdjęć, zbierają się do powrotu, Joseph zaczyna kuszenie pamiątkami.

Może muszlę? A może łódź? Wzorowane na pływających wzdłuż wybrzeża tradycyjnych statkach stoją rzędem - od najmniejszej do największej. Modele łodzi słynnych tu morskich nomadów z ludu Vezo sprzedają się gorzej. - Bo mniejsze i mają tylko jeden żagiel - wyjaśnia Joseph, dodając, że bałby się żeglować po morzu taką łupinką.

Zapewne gdyby zobaczył wyspy, na jakich nomadowie mieszkają, jego podziw dla ich umiejętności byłby jeszcze większy. A gdyby trafił na Nosy Andravoho, jego zdumienie nie miałoby granic. Morscy nomadowie żyją... na oceanie. Zwykle mieszkają na wysepkach nie większych niż kilkaset metrów piasku, skał, kolczastych krzewów i palm.

Wyjątkowość Andravoho polega na tym, że tutaj nie ma nawet tak mizernych śladów życia. Nie ma nic. A jednak od lat przybywają tu Vezo.

- Wszystko musimy przywieźć ze sobą - mówi dwudziestoletnia Clara. - I wodę, i jedzenie, i liście palm, i patyki na ognisko. Rodzinny dobytek stanowią metalowe garnki, chińskie namioty, butelki i plecione maty osłaniające namioty od rozwiewanego wciąż piasku.

Półmetrowe murki ze zbielałych w słońcu muszli i koralowców wyznaczają domostwa. Szerszy kwadrat wyznacza sypialnię, nieco mniejszy to kuchnia, gdzie obok paleniska stoi rzecz w każdej rodzinie najcenniejsza: beczka na wodę. Na maleńkiej wyspie otoczonej morzem nie ma żadnego źródła, zatem woda zdatna do picia jest tu największym (choć nietrwałym) bogactwem. - Trzeba po nią płynąć aż na ląd - wzdycha siostra Clary. Ląd to Madagaskar. - Dlatego wodę trzeba oszczędzać i pilnować, by beczka przy domu była zawsze zakryta.

Vezo żyją tu, zdając się nie wiedzieć o innym świecie. Niekiedy jednak świat przypływa do nich jachtami lub sportowymi łodziami. - Chciałbym mieć kiedyś taką dużą łódź - rozmarza się Arsel. - Z ogromnym motorem. I żeby z niej sterczały takie duże wędki, na jakie biali łapią wielkie ryby. Arsel opowiada o łodziach i oczy mu błyszczą, ale przecież wie, że jak świat światem, to jeszcze żaden Vezo, którego zna, nie miał takiej łodzi. Więc Arsel bierze swoją maskę i płetwy i razem z braćmi znosi pirogę do wody.

Rytm życia na wyspie wyznacza morze. To świat, od którego zależą, dlatego nomadowie z szacunkiem wymawiają jego nazwę: "rano masina" - "święta woda". Woda, która daje życie: ryby, kraby, zwierzęta pozostałe po odpływie. Woda, która nie dzieli, ale łączy ze światem.

Co kilka dni mężczyźni płyną na targ, gdzie sprzedają złowione ryby, za zarobione zaś pieniądze kupują ziarna kukurydzy, papierosy i drzewo na opał.

Lecz woda niesie też śmierć. W czasie tutejszego lata, trwającego od stycznia do marca, szaleją ulewne deszcze i cyklony. Niesprzyjający czas Vezo przeczekają w obozowiskach rozbitych na obrzeżach miast.

Wieczorami pod osłoną rozgwieżdżonego nieba najstarsi w wiosce Jawson i Jaceny wciąż jeszcze opowiadają dzieciom tradycyjne przypowieści - angano. Siedzące wokół ogniska dzieci, jak niegdyś oni sami, słuchają z nabożeństwem.

Przez wieki Vezo dzięki angano nie mieli wątpliwości, jak powinni żyć. Dla ich wykształconych dzieci życie nie będzie już takie proste.

Anna Olej-Kobus

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje