Reklama

Reklama

Chełmek - miasto króla butów

Masz w szafie polskie buty? Szpilki, kozaki, trampki, kaloszki – nieważne. Ważne, żeby były made in Poland. Jeśli tak, czytaj dalej. Ta historia dotyczy także ciebie.

Kiedy zapowiedziano, że w "Dużym Formacie" ukaże się tekst Mariusza Szczygła o obuwniczym imperium, Waldemar Rudyk z rana pomaszerował do kiosku. Krok miał długi, raźny, optymistyczny. Szykowała się w końcu lektura obszerna i to bliska sercu. Jednak kiedy tylko budka zamajaczyła w polu widzenia, już było wiadomo, że z tekstem coś jest nie tak. Tłumek przed kioskiem, widziany z daleka, nie wyglądał radośnie. Zagadany z bliska doradził, żeby nie kupować. Nic tam o nas nie ma. Ani słowa. Tylko Zlin. A my w Chełmku to co? Gorsi? Nieważni?

16 klocków

Szef (wolał to określenie niż tradycyjnego "dyrektora") miał głowę do wielu rzeczy, między innymi do haseł motywacyjnych. "Ludzie myśleć. Maszyny harować", "Dzień ma 864000 sekund, to 864000 momentów, w których może pojawić się nowy pomysł" albo "Domek z ogródkiem czyni robotnika faktyczną głową rodziny". Najlepiej zacząć właśnie od tego ostatniego. Bo przecież, jak głosiło kolejne z haseł szefa, "Każde przedsiębiorstwo spoczywa w pierwszym rzędzie na ludziach". Na ludziach i ich komforcie.

Reklama

W Chełmku, niewielkiej miejscowości położonej o godzinę drogi od Krakowa, domków postawiono 16. Zbudowane w latach 30. ubiegłego wieku, zgrabne, kwadratowe, do dziś budzą sympatię prostą formą. Gdyby ktoś chciał sięgnąć po współczesne odniesienia, mógłby powiedzieć, że wyglądają jak generowane komputerowo. Jakby klocek po klocku, cegła po cegle, zsuwały się z góry ekranu na zielone tereny miasteczka.

Szef lubił prostotę i liczby, więc wszystkie budynki na osiedlu zyskały podobne proporcje i jednolity styl. Każdy miał jasną podmurówkę, a wyżej rzędy czerwonych cegieł. Ozdób brak, dach płaski, przed wejściem schody i mały balkonik. W sam raz, żeby latem posiedzieć i popatrzeć, co robią sąsiedzi. Patrzyło się łatwo. Na osiedlu zabroniono stawiania płotów, a sadzić można było tylko rośliny z listy gatunków rekomendowanych. Wysokich, zasłaniających widok krzewów nie rekomendowano.

Zimą albo gdy pogoda nie dopisywała i siedzenie na balkoniku stawało się kłopotliwe, można było patrzeć przez okna - rozmieszczono je tak, by każdy miał oko na każdego. Nawet na kierownika, Alojzego Gabesama, który mieszkał w willi, na samym środku osiedla. Bogatszej, elegantszej, choć bez przepychu. Nie powinna budzić zazdrości, bo Gabesam postawił ją za własne pieniądze. Przez okna można było zobaczyć np. czy dyrektor nie wraca do domu chwiejnym krokiem. To jednak było mało prawdopodobne. Tutaj alkoholu nie tolerowano.

Z okien każdego domku na willę Alojzego spoglądać mogły dwie rodziny. Łącznie, na całym osiedlu, to jakieś kilkaset par oczu. Do dyspozycji właścicieli oczu w każdym domku oddano następujące przestrzenie: u góry 18 m2 przeznaczonych na sypialnię, na dole powierzchnia taka sama, podzielona między pokój, łazienkę i niewielką kuchnię. Ta ostatnia raczej pro forma, ot, żeby przygotować śniadanie, kolację, może jakąś przekąskę. Szef zalecał, by nie jadać w domu, ale w fabrycznej stołówce. Nikt nie mógł powiedzieć, że go nie stać albo że mu nie smakuje. Obiad kosztował zaledwie 50 groszy, a menu było zróżnicowane. Np. poniedziałek: barszcz czysty, pieczeń wieprzowa. Wtorek: zupa pomidorowa, zrazy a la Nelson. Środa: rosół z ryżem, pieczeń wołowa na dziko.

Oprócz domków na osiedlu powstały też większe budynki, dla szeregowych robotników. W ich wnętrzach znalazło się od 4 do 20 lokali, ale nie więcej. Szef twierdził, że ze zbiorowego mieszkalnictwa nic dobrego nie wynika.

Co jeszcze można powiedzieć o Chełmku lat 30.? To, że tutaj wszyscy chodzili w butach, co w owym czasie było faktem nie do przeoczenia. I to w butach, które sami zrobili. Prostych, funkcjonalnych, tak jak ich domki. Sygnowanych znanym na całym świecie logo: czerwone, pękate litery, układają się w czerwony napis "Bata". To nazwisko Szefa. Człowieka, który zbudował nie tylko obuwnicze, ale i architektoniczno-ideowe imperium.

Serce imperium

Serce batowskiego imperium biło w Czechach. Konkretnie - w Zlinie. Jego pierwsze uderzenie można datować na rok 1894. To wtedy Tomasz Bata, syn szewca, wraz z dwójką rodzeństwa, założył niewielki zakład obuwniczy. Chociaż stara zasada ekonomii mówi, że pierwszy rok biznesu trzeba spisać na straty, u Batów zrobiło się naprawdę dramatycznie - firma weszła w stan przedzawałowy, nie było jej stać na drogie skóry. Tomasz zaproponował więc innowację: skórzana będzie tylko podeszwa, reszta - płócienna. Udało się, rytm serca się uspokoił.

Nie dla Baty jednak spokój, ciągnęło go do innowacji. Chciał zobaczyć, jak robią biznes najlepsi, podpatrywał więc, co dzieje się u Forda. Co z tego, że Ford produkował samochody, zarządzanie to zarządzanie. Po powrocie do Europy Bata kupił nowe maszyny i obrał kierunek: lekkie, dobrej jakości obuwie, estetyczne, ale dostępne dla każdego. W 1910 roku produkował 3 tysiące par butów dziennie, w 1915 - 10 tysięcy, w 1925 - 100 tysięcy. Serce imperium biło coraz szybciej.

Gdyby ktoś chciał wyobrazić sobie Zlin lat 30, powinien jeszcze raz przywołać w głowie obraz Chełmka, a następnie powielić go dziesięć razy. I jeszcze dziesięć. I jeszcze. Ciągnące się po horyzont setki kwadratowych, ceglanych domków w których żyło około 20 tysięcy mieszkańców. Do tego szkoła, szpital, dom towarowy, kino, studio filmowe i oczywiście fabryka - najważniejszy element systemu. Tutaj całe miasto, każdy jego budynek i każdy mieszkaniec istniał po to, by służyć fabryce jeszcze lepiej, jeszcze szybciej, jeszcze bardziej nowocześnie. Zlin - miasto wzorcowe.

Serce biło coraz szybciej. Tomasz inwestował nie tylko w buty, ale we wszystko, co stanowiło element ich produkcji. W plantacje kauczuku, produkcję skór, bawełnę, leśnictwo, kolej i komunikację. W jego fabrykach trwały badania nad czymś, co można by nazwać prototypem współczesnej telefonii komórkowej. Sam podczas rozmów lubił spacerować i gestykulować jednocześnie. Regularnie wyrywał kable z gniazdek. Telefon bez przewodów - cóż to byłoby za komfort!

Bata był w ciągłym ruchu, nic dziwnego - miniaturki Zlinu wyrastały w kolejnych krajach Europy, a także poza kontynentem. Samochód nie wystarczał, w jego fabrykach produkowało się więc i samoloty. On sam uwielbiał latać, patrzeć z góry na swoje imperium. W 1932 roku wzbił się w powietrze, by odwiedzić budowę nowej fabryki w Szwajcarii. Na miejsce nie dotarł: skrzydło samolotu zahaczyło o komin jego własnej fabryki. Przyczyną śmierci był ponoć uraz serca, w które wbiło się złamane żebro.

Schedę po Tomaszu przejął jego przyrodni brat, Jan Antoni. Nie miał jednak czasu na żałobę. Imperium musiało się rozrastać. W planach na najbliższe miesiące nowy dyrektor miał między innymi otwarcie fabryki w Chełmku.

O tym jak w Chełmku szyto nowego człowieka, przeczytasz na następnej stronie >>>

Szyjemy buty dla Polaków

Podobno pod koniec lat 20. przy ul. Floriańskiej w Krakowie wynajęto eleganckie biuro, do którego przychodzili codziennie eleganccy panowie. Pracowali przez dziesięć godzin dziennie, od czasu do czasu jeździli w delegacje. Wszystko to było tak eleganckie i tajemnicze, że panami z lokalu zaczął interesować się wywiad wojskowy. Okazało się jednak, ku zdziwieniu służb, że to nie szpiedzy. To pracownicy Tomasza Baty szukali mu idealnej ziemi na fabrykę w Polsce.

Kryteria mieli następujące: linia kolejowa, rzeka nadająca się do przemysłowego wykorzystania, tania siła robocza i las. Najlepiej, żeby było niedrogo. Sprawdzono kilkadziesiąt lokalizacji, ale najkorzystniej i najtaniej chciał sprzedać książę Sapieha, znajdujący się w tak opłakanej sytuacji finansowej, że samodzielnie objeżdżał swoich dłużników, ściągając od nich podatki. Ziemię w Chełmku, w dolinie, pod lasem, oddał bez żalu.

Miasto wyrosło w dwa lata, chociaż była to raczej namiastka miasta. Zalążek. Ledwie 16 domów-kostek, a w planach było pół tysiąca. Dziś mieszkańcy Chełmka, patrząc na plany Baty, nie mogą uwierzyć, że tam gdzie wciąż szumi las, miało być centrum ich miasteczka. I choć był to tylko zalążek, w międzywojennej Polsce wywołał małą rewolucję.

Była to rewolucja gospodarcza: pierwszy w Polsce wyprodukowany przemysłowo but zjechał z taśmy właśnie w fabryce w Chełmku. Przedsiębiorstwo było takim dziwem, że odwiedzały je szkolne wycieczki.

Była to też rewolucja ekonomiczna: przeciętne tygodniowe zarobki u Baty w 1935 roku wynosiły 30,5 złotego, więcej płacono tylko w górnictwie i hutnictwie.

Była to też (a może i przede wszystkim) rewolucja społeczna: u Baty szyto nie tylko nowe buty, ale i nowego człowieka.

Szyjemy nowego człowieka

Tomasz Bata powiedział kiedyś, że chciałby mieć dziesięciu synów. "Nie po to, by im dać me nazwisko, ale po to by nauczyć ich żyć i pracować" - tłumaczył. W rodzinie doczekał się jednego syna - Tomika, w fabryce zaś miał ich tysiące. Tysiące, które mógł wychować na nowego człowieka.

Człowiek z wizji Baty miał być zdrowy, nieulegający nałogom, wysportowany, sumienny, pracujący w idealnej synchronizacji z maszyną, wykonujący swoje obowiązki higienicznie, miarowo, punktualnie. - Dzisiaj takie postulaty mogą wydawać się anachroniczne, wręcz faszystowskie, ale takie w ogóle były lata 30. Ówczesne metody wychowywania młodzieży były takim skrzyżowaniem Hitlerjugend z pionierami - tłumaczy Waldemar Rudyk, dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Chełmku. - Tutaj wszyscy byli krzepcy, pracowici, znali się na zegarku, wiedzieli, że jeśli dobrze wykonają pracę, czeka ich nagroda, jeśli wykonają ją źle - kara.

I rzeczywiście. Gazeta zakładowa "Echo Chełmka" w latach 30. regularnie publikowała wyniki konkursu na "Najlepsze utrzymywanie i czyszczenie maszyn". Jeden z laureatów porównywał na jej łamach sprawną maszynę do sprawnej broni, na wojnie gwarantującej przetrwanie.

Charakter miał kształtować się przez uprawianie sportu. To dlatego w Chełmku, wzorem Zlinu, powstały basen, kręgielnia, strzelnica, skocznia narciarska, boiska i korty tenisowe. Te ostatnie, oprócz przyczyniania się do poprawy kondycji robotników, miały też pokazać im, że dyscypliny przez lata zarezerwowane dla wyższych warstw społecznych, są dostępne również dla nich. Co ciekawe - batowskie korty w Chełmku do dziś są uważane za jedne z najlepszych w Polsce.

Jednak głównym narzędziem wychowania była szkoła. Wzorcowa placówka, działająca oczywiście w Zlinie, była czymś w rodzaju połączenia technikum z kursem dobrych manier. Wysyłano tam również młodzież z Chełmka. Jak pisali redaktorzy "Echa Chełmka", to właśnie na barkach absolwentów miały spocząć "młodociane, a tak świetnie rozwijające się zakłady w Polsce".

Wśród uczniów tej nietypowej placówki tworzyły się więzi, które nieraz okazywały się przydatne w najmniej spodziewanych sytuacjach. - Przed wojną pracował w Chełmku chłopak - Miłosz Korab, pół Czech, pół Polak, absolwent Batowskiej Szkoły Pracy. W 1939 roku powołano go na front. Jak wielu młodych ludzi wierzył, że wojna szybko się skończy, a żeby mieć z tej militarnej przygody jakąś pamiątkę, zabrał ze sobą aparat. Rzeczywistość okazała się jednak o wiele mniej optymistyczna. Koraba i jego kolegów z oddziału pojmali Niemcy. W czasie rewizji w plecaku Miłosza naleźli Leicę. Decyzja była natychmiastowa: szpieg, rozstrzelać. Nieszczęsnego chłopaka wyprowadzono do lasu, kazano mu zdjąć płaszcz i bluzę. Gdy się rozbierał, z kieszeni wypadło kilka zdjęć. Na jednym z nich pozował w mundurze batowskiego ucznia. Niemiecki żołnierz podniósł z ziemi fotografię i długo z uwagą ją oglądał. Wreszcie zapytał Koraba po czesku, czy pracował w firmie Bata. Pracował. Niemiec zamyślił się jeszcze bardziej. "Ja też pracowałem" - powiedział. "I też uczyłem się w tej szkole". - Darował mu życie - opowiada Waldemar Rudek.

Bata mawiał: "Wszyscy jesteśmy jedną rodziną". Trudno byłoby odebrać życie komuś z rodziny.

Zapałki macie?

Wiele wskazuje na to, że wśród licznych talentów Batów znajdował się i dyplomatyczny. Najpierw Tomasz, a później Antoni, potrafili układać się z władzami krajów, w których prowadzili swoje biznesy tak, by ich fabryk nie dotknęły niepokoje lat 30. W każdym z państw podgrzewali patriotyczne i narodowościowe nastroje. Z okazji świąt narodowych organizowano plenerowe uroczystości i aranżowano okolicznościowe wystawy sklepowe, wspierano też działalność organizacji społecznych, w Polsce były to między innymi Polski Czerwony Krzyż, Liga Morska i Kolonialna oraz Związek Rezerwistów. W fabrycznych halach Chełmka, obok portretu Tomasza Baty, wisiała również podobizna Józefa Piłsudskiego.

Z jedną tylko ideologią Bata nie chciał się ułożyć. Z socjalizmem, którego głoszenie w jego fabrykach uznawano za przewinienie większe niż spóźnienie do pracy, niewyrobienie normy, a nawet zaniedbanie maszyny. Dlatego w żadnej części królestwa Baty nie strajkowano. W żadnej poza Chełmkiem.

Do dzisiaj nie do końca wiadomo, kto wpadł na pomysł protestu. Jeśli pracowało się dobrze i żyło dostatnio, to czego jeszcze można było oczekiwać? Jedna wersja głosi, że impulsem do protestu stało się zwolnienie członków zakonspirowanej, działającej w fabryce komórki Komunistycznej Partii Polski. Druga, bardziej sensacyjna, mówi że do miasta pewnego dnia 1936 roku przyszli podżegacze, ponoć z Sosnowca. Podburzyli robotników, by przerwali pracę, zatrzymali maszyny. Długo nie postrajkowali. Po kilku godzinach do Chełmka, oczywiście własnym samolotem, przyleciał Jan Antoni Bata. Popatrzył na robotników i spytał, czy mają ubezpieczone domy. Jak to zwykle bywa: jeden miał, dziesięciu nie miało. Potem spytał, czy ktoś ma zapałki. Te mieli wszyscy. - W takim razie, jeśli praca wam się nie podoba, to spalcie tę fabrykę. Ja mam takich dziesiątki, wszystkie ubezpieczone, stratny nie będę. Ale co wy zrobicie, to nie wiem - powiedział i odleciał do Zlinu. Puenta anegdoty głosi, że podżegaczy goniono lasami aż do samego Sosnowca.

Trzeba jednak przyznać, że Antoni wyciągnął wnioski ze strajku. Sam założył w fabrykach związki zawodowe. Nazywały się "rodzina szewska", a ich władze przypominały robotnikom, że trzeba dbać o kondycję i ciężko pracować.

Z jeszcze jedną ideologią było Bacie równie nie po drodze, co z socjalizmem - z ideami głoszonymi przez Hitlera. Niechęć była obustronna, może nie tyle do Baty, co do Czechów w ogóle. Wódz Trzeciej Rzeszy lubił mawiać, że Czesi są jak kolarze - choć w górze zgarbieni, w dole cały czas pedałują. Dlatego, w obliczu wojny, Antoni Bata uciekł z kraju. Poleciał do Kanady i stamtąd, z miejscowości Batawa (nazwa nie jest przypadkowa), nadal zarządzał swoim imperium, na który składało się dziesięć fabryk w Czechosłowacji, dziewięć na terenie pozostałych krajów Europy i 17 na innych kontynentach, które rocznie produkowało 33 miliony par butów, sprzedając je w 2,5 tys. sklepów.

W Chełmku zaś, po wybuchu wojny, fabryki stanęły tylko na parę dni. W 1945 produkcja kilka razy była zakłócana przez działania partyzantów, a po nastaniu pokoju ruszyła pełną parą. W PRL nie było fabryki, w której choć jeden inżynier nie szkoliłby się w Chełmku. - Całe, jak dzisiaj powiedzielibyśmy "know how" polskiego przemysłu obuwniczego, wychodziło właśnie stąd - mówi Waldemar Rudyk. - Nie ma w tym kraju pary butów rodzimej produkcji, na której Chełmek nie odcisnąłby swojego piętna.

O tym, co dziś dzieje się w fabryce w Chełmku, przeczytasz na następnej stronie >>>

Jakby sami budowali

Tekst Mariusza Szczygła o Zlinie trafił do książki. Książka zaś, jak to zwykle bywa, miała swoją promocję, a w programie promocji spotkania autorskie, między innymi w Chełmku. Mariusz Szczygieł dzisiaj wspomina, że najpierw z pominięcia Chełmka się wytłumaczył (tekst opowiadał o Czechach, nie o Polsce), potem przeprosił (przeprosiny przyjęto), a następnie się zachwycił. - Goście spotkania opowiadali o Chełmku w taki sposób, jakby oni sami budowali to batowskie miasteczko. To był piękny pokaz lokalnego patriotyzmu w najlepszym wydaniu - mówi dzisiaj. - Dowód na to jak ważne są korzenie, z których można być dumnym.

Ta duma nie dziwi Joanny Nowostawskiej-Gyalókay z Małopolskiego Instytutu Kultury, który kilka lat temu, w ramach Małopolskich Dni Dziedzictwa, zorganizował zwiedzanie batowskiego kompleksu.

- W Polsce mamy wiele międzywojennych osiedli robotniczych, ale Chełmek jest wyjątkowy. Był koncepcją totalną. Miejscem, które miało zaspokajać wszystkie - tak fizyczne, jak i duchowe potrzeby pracownika - mówi. - Choć koncepcję udało się zrealizować tylko w niewielkiej części, jej skala była imponująca, zarówno jeśli chodzi o rozmiar, jak i o wielość elementów.

Bata byłby dumny

Kiedyś, gdy chciało się sprawdzić, jakie miejsca uchodzą za wizytówkę miasta, trzeba było iść do sklepu z pamiątkami i obejrzeć widokówki. Dzisiaj wystarczy zerknąć na Instagram. Wpisuję więc w wyszukiwarkę #chełmek i zerkam, 2106 wyników. Najpierw wyglądają obiecująco. Na samej górze wyświetlają się trzy zdjęcia klockowatych domków z kolonii. Dalej jednak pojawiają się psy, manicure, efekty laminacji brwi, kilka kadrów znad jeziora, jeszcze więcej psów. Ani śladu Baty.

 - Proszę jednak nie dać się zwieść! Tutaj naprawdę batowski duch jest ciągle żywy - mówi Joanna Nowostawska-Gyalókay. - Sentyment do szewca wizjonera pozostał i jakby tylko czekał na impuls. Tutaj wciąż wiele osób na hasło "Bata" najpierw snuje długie i szczegółowe opowieści, a potem przechodzi do działania i jest to działanie w iście batowskim stylu: razem, solidarnie, w zorganizowany sposób i dla idei.

Sprawdzam. Zagaduję do pana w średnim wieku, który kręci się między domkami. Zapytany o Batę najpierw dużo mówi o kortach, potem opowiada o najkrótszym strajku na świecie, a na końcu komplementuje domki. -  Stare budownictwo, zimą zimno, podmurówka trochę się sypie, ale nie zamieniłbym tego miejsca na żadne inne. Jesteśmy razem, ale każdy u siebie. I zielono. W nowe bym nie poszedł - mówi. - Dobrze to jest pomyślane.

A co z batowskim duchem w działaniu? Do niedawna w Chełmku funkcjonowało stowarzyszenie Klub Idei Tomasza Baty, zrzeszające członków nie tylko z Chełmka, ale i z innych miast Polski, a także z Anglii, Francji i Niemiec. Do, jak deklarują sami członkowie, najważniejszych osiągnięć stowarzyszenia należało: nazwanie jednej z ulic imieniem Tomasza Baty, odsłonienie tablicy upamiętniającej Alojzego Gabesama, spotkania z kolegami z zagranicznych batowskich klubów. Wydawano też kwartalnik. - Trzeba było widzieć ich przy pracy! - mówi Waldemar Rudyk. - To było jak odprawa w wojsku. Przydział zadań: kolega zbierze materiał, koleżanka zanotuje, druga koleżanka zadba o zdjęcia. Bata byłby dumny!

Stowarzyszenie zawiesiło działalność, ale sympatycy batowskiej wizji gromadzą się w internecie. Na profilu BAT-alia w Chełmku kilkaset osób wymienia się materiałami dotyczącymi historii obuwniczego imperium. Są tam archiwalne szkice Le Corbusiera, który projektował dla Baty fasady sklepów, jest autobus na zlecenie Baty przerobiony na mobilne biuro, jest nocny łóżkowy autobus, są fragmenty polskich i zagranicznych artykułów z lat 30. i zdjęcia z tego samego okresu. Oraz jest kilkaset osób, które na bieżąco lajkują i komentują.

Sama fabryka, choć zamknięta w 2003 roku, dziś funkcjonuje jako strefa przemysłowa, bywa też przestrzenią działań naukowych i kulturalnych.

Od czasu do czasu odzywa się też fabryczny buczek - gwizdek, którego dźwięk słychać w promieniu kilkunastu kilometrów. Kiedyś mieszkańcy na jego głos wygrzebywali się z ciepłej pościeli, wkładali buty i szli w stronę fabryki, do pracy. Dziś robią to samo. Nie gna ich już obowiązek, ale ciekawość - cóż tam nowego się dzieje. Ale gna też nadzieja - bo może będzie można zrobić coś razem, solidarnie, z uśmiechem. Po batowsku. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy