Reklama

Reklama

SHOW - magazyn o gwiazdach

Andrzej Piaseczny: Kiedy kocham...

„Jestem wtedy totalnym szaleńcem”, mówi nam wokalista. Opowiada też o początkach kariery, zakochanych fankach i wpadkach.

Uchodzisz za bardzo tajemniczego.

Andrzej Piaseczny: - Ale absolutnie taki nie jestem. Proszę mi wierzyć, jestem bardzo czytelny. Jeśli ktoś chce mnie poznać jako człowieka, nie będąc moim przyjacielem czy znajomym, odkryje mnie przez moje piosenki. Można mi zadawać tysiące bardzo osobistych pytań, ale to wcale nie znaczy, że się mnie pozna tak dobrze, jak słuchając moich utworów.

Spróbujmy jednak. Jakie miałeś dzieciństwo?

- Szczęśliwe. Wychowałem się w normalnej kochającej rodzinie. Kiedy miałem może 12 lat, znaleźliśmy ze starszym bratem kasety magnetofonowe z nagraniami z wczesnego dzieciństwa. To były lata 70. Obaj mieliśmy ulubione bajeczki i domagaliśmy się czytania ich przed snem. Na kasetach rodzice uwiecznili sporo scen, kiedy czytają mi bajeczki, a potem ja dopowiadam zakończenie.

Reklama

- To wzruszające. Wyniosłem z domu miłość, skłonność do miłości. Wiadomo, że całą masę innych zachowań też. Często kiedy dorastamy, buntujemy się i odgrażamy, że będziemy inni niż nasi rodzice. A potem, gdy jesteśmy starsi, okazuje się, że stajemy się identyczni!

Często odwiedzasz rodzinne Pionki?

- Tak, bo wciąż mieszka tam brat z rodziną. Mama nie wyprowadziła się nigdy z Pionek, chociaż dużą część roku mieszka u mnie w Górach Świętokrzyskich. Mimo że moje wizyty w Pionkach nie są superczęste, nie wyobrażam sobie tam nie wracać.

Jaki jest twój dom w Górach Świętokrzyskich?

- Nigdy nie był otoczony murem nie do przebycia. Jego atmosfera, zapach są jednak zarezerwowana tylko dla najbliższych mi osób. Mój dom pachnie nimi. A oprócz tego moim bałaganiarstwem i zbieractwem. I myszką, z którą walczę jesienią i zimą. To nie jest tak, że się nie chcę domem dzielić, ale wydaje mi się, że są rzeczy, które powinny pozostać w sferze bardzo prywatnej. A niechże się ludzie zastanawiają nad nimi, kiedy nas już nie będzie.

Przyjaźnisz się ze znanymi kielczanami?

- Nie do końca. Nie mam przyjaźni w show-biznesie. Przywiązuję ogromną wagę do tego słowa. Takich najbliższych przyjaciół mam troje, może czworo. A poza nimi całą masę bliskich znajomych, z którymi się często spotykam. Moi przyjaciele to są zwykli, normalni ludzie. Ja też jestem zwyczajnym człowiekiem, może trochę bardziej rozpoznawalnym, uprawiającym zawód, który przyciąga ludzi.

Jakie cechy cenisz u swoich przyjaciół?

- Oddanie. Choć podobno miarą przyjaźni jest to, jak my jesteśmy dla nich oddani, a nie oni dla nas. Jeśli chodzi o cechy charakteru, to u moich przyjaciół jest ich cały wachlarz. Mam na przykład niesamowitą przyjaciółkę Sylwię, której buzia nigdy się nie zamyka. Wygłasza kontrowersyjne opinie, przez które nieraz się kłócimy. Bywa, że na siebie warczymy, ale i tak ją uwielbiam. W Kielcach mam też przyjaciela Huberta, który jest kompletnie inny. Mogę go słuchać godzinami i sam nie muszę już wtedy nic mówić. Może dobierając sobie przyjaciół, jakoś się uzupełniamy? Bo to nie jest przecież tak, że spotykamy się tylko z podobnymi do siebie ludźmi.

Najboleśniejsza lekcja jaką dostałeś od życia?

- Dostałem ich kilka. Zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Opowiem o jednej, bardzo ważnej, która przed chwilą do mnie wróciła. Zaczynałem karierę w zespole Mafia, z którym nagraliśmy parę fajnych piosenek. Zawsze byłem oddany zespołowi, nawet wtedy, gdy nagrałem hitową płytę z Robertem Chojnackim. W momencie kiedy moja popularność po współpracy z Chojnackim osiągnęła apogeum, chłopaki z zespołu koniecznie chcieli nagrać płytę. Teraz, natychmiast. Mówiłem: "Poczekajmy, bo to będzie za łatwe, dopracujmy to, dajmy sobie czas na nagranie dobrego krążka". Ścieraliśmy się, aż w końcu się spotkaliśmy i usłyszałem: "Albo nagrywamy teraz płytę, albo się z tobą żegnamy". Powiedziałem: OK, skoro taką alternatywę dostaję, to znaczy, że się żegnacie, tak?". Potwierdzili.

- Kiedy zamknęły się za mną drzwi, myślę, że obie strony były równie zaskoczone. Bo nie po to się spotkaliśmy. A jednak tak to się skończyło. Ten przełom zdeterminował potem moją i ich drogę. Jakiś czas temu otrzymałem propozycję wzięcia udziału w pewnym projekcie. Potrzebny był jeszcze kompozytor. I pomyślałem o koledze z Mafii. Projekt ostatecznie nie wypalił, ale zaczęliśmy korespondować z tym kolegą i ostatnia wiadomość, jaką od niego otrzymałem, brzmiała mniej więcej tak: "Odezwij się, gdy będziesz w Warszawie, bo historia kołem się toczy". Nie znaczy to, że reaktywujemy zespół, ale to dla mnie znak, że życiowe lekcje rozumiemy czasem po wielu, wielu latach.

Teraz po kilku sezonach wróciłeś do programu "The Voice of Poland". Coś się zmieniło?

- Sporo. Zmieniłem się ja, zmienił się program. Jedno pozostało bez zmian: za każdym razem, kiedy spotykam się z muzyczną pasją, uśmiecham się w duchu. Wierzę, że pasja to oprócz wartości uniwersalnych, jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mamy. Ktoś obdarzony pasją świeci wielkim światłem. Po 25 latach pracy na scenie spotkanie kogoś, kto świeci takim światłem, jest wyjątkowym doświadczeniem. To oczywiście nie znaczy, że moja pasja po tych wszystkich latach doznała uszczerbku. Ale jest naznaczona doświadczeniami - przeszedłem już jakąś drogę.

Jakich osób brakuje ci w polskiej muzyce?

- Nie dokonuję takich analiz. Oczywiście pracując nad płytą, zastanawiam się, co się sprzeda. Wiadomo, wszystkim nam chodzi o sukces. Ale w programie nie skupiam się na tym. Po prostu szukam ludzi, którzy mnie urzekną. Doskonałość jest mniej ważna. Rynek muzyczny jest pełen niedoskonałych wykonawców, którzy mają coś w sobie i porywają tłumy. Przykład? Bob Dylan - nie był muzykiem doskonałym, a jednak porywał miliony. Szukam kogoś, kto mnie oczaruje. Czy to będzie doskonale śpiewająca dziewczyna czy fajnie interpretujący chłopak, to już mniej ważne. Piękna brzydota czy przezroczysta piękność - to bez znaczenia. Najważniejsze są dreszcze. W tej edycji już kilka razy je miałem. Może akurat ja nie wyciągam od razu chusteczek z kieszeni, ale nie wstydzę się przyznać, że mnie ktoś poruszył. Nie wstydzę się wzruszeń.

Których młodych artystów cenisz? A może komuś zazdrościsz?

- Swoją drogę artystyczną wiążę z pewnym rodzajem przebojowości. Nie tyle ludzkiej, co tej scenicznej. Pewnie dlatego cenię tych, którzy tę przebojowość również mają. Przykładem jest Grzegorz Hyży. Lubię go słuchać z płyty, ale na koncercie, jak na razie, troszkę mniej. On wciąż nabiera szlifu scenicznego. Sam wiem, że to nie jest łatwe. Ma go już z kolei Kamil Bednarek. On jest dla mnie totalną bombą energetyczną, jednym wielkim uśmiechem. Obu chłopakom pozytywnie zazdroszczę. To, co oni teraz przeżywają, spotykało mnie lata temu. Pamiętam, że gdy zaczynałem, potrafiłem stać pod sceną i z otwartymi ustami chłonąć to, co inni tam wyrabiali.

- Tak samo patrzę dziś na Kamila. Dostrzegam i ogromnie cenię bezkompromisowość jego wyborów. Sam tego nie uprawiam. Od czasu do czasu pozwalam sobie na odskoki od normy. Ale u mnie to raczej filozofia małych kroków. Nieustająco zadziwia mnie Dawid Podsiadło. Widziałaś okładkę jego płyty? (półnagi Dawid - przyp. red.). Proszę sobie wyobrazić mnie w takiej konwencji! Może bym namieszał, ale większość odbiorców pukałaby się w głowę. To jest więc rodzaj bezkompromisowości, której innym zazdroszczę. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu - jestem po prostu pełen podziwu. Podziwiam też Natalię Kukulską. Za każdym razem, kiedy ona coś proponuje, jestem zachwycony jej wyjątkową konsekwencją.

Dzisiaj łatwiej zaistnieć niż w latach 90., kiedy ty zaczynałeś?

- Trudno powiedzieć. Rzeczywistość zmieniła się ogromnie i okrutnie. Moja babcia Eleonora opowiadała, że w latach 50., kiedy mieszkała na wsi, przeczytała w gazecie szokujące słowa: "Zobaczycie, kiedyś będzie taka pralka, która będzie prała sama. Już nie będziecie musieli chodzić prać do rzeki. To się stanie za waszego życia". Od tamtego czasu do momentu, w którym babcia prała w pralce, minęło jakieś 30 lat.

- Dzisiejszy postęp jest tak szybki, że to by się stało w ciągu dwóch, góra trzech lat. Kiedy ja zaczynałem karierę, wyglądało to tak, że paru chłopaków się skrzykiwało, wynajmowało studio i nagrywało piosenkę. A potem trzeba było kogoś przekonać, żeby jej posłuchał. Ja godzinami stałem z kolegami z Mafii na Myśliwieckiej w Warszawie, gdzie ma swoją redakcję radiowa Trójka, i wyglądaliśmy Kuby Wojewódzkiego albo Marka Niedźwieckiego. Liczyliśmy, że któryś będzie przechodził korytarzem, żeby mu tę piosenkę wręczyć. Żeby przesłuchał i ewentualnie odtworzył w radiu.

Dziś wystarczy wrzucić utwór do internetu.

- Dla mnie ta rzeczywistość jest abstrakcyjna. Wciąż opieram się niektórym nowinkom technicznym. Z YouTube korzystam wtedy, gdy chcę sobie odtworzyć jakiś utwór. Nie jest to element mojej codzienności. Natomiast współczesnym dzieciakom YouTube zastępuje telewizor. To dlatego nie potrafię porównać tych moich początków z dzisiejszymi czasami. Do niedawna nie miałem na przykład zielonego pojęcia, kto to jest ten Rezigiusz, który dołączył niedawno do "The Voice...". Świat sieci jest mi obcy.

Gdy wspominasz swoje początki, uśmiechasz się czy czujesz zażenowanie?

- Mam cały wachlarz uczuć. Wielokrotnie jestem dumny, ale często też mam momenty, kiedy robię się czerwony na twarzy. Ale to jest moja droga życia. Ktoś, kto dziś wchodzi na scenę w wieku 17 lat, wyrósł w kompletnie innych czasach, totalnie innej rzeczywistości niż ja. Został wychowany zupełnie inaczej. Słyszał: "Bądź przebojowy, będzie ci łatwiej", "Myśl pozytywnie", "Omijaj problemy, czasem nie zastanawiając się nad nimi". A ja jestem z tego pokolenia, które płacze, przeżywa porażki, niepowodzenia, a nie omija je.

Lata 90. to było apogeum twojej sławy. Były masowa histeria i fanki biegające za tobą po korytarzach hotelowych. Jak wspominasz te szalone czasy?

- Kiedy ruszyliśmy z Robertem Chojnackim w trasę z płytą "Sax and Sex", faktycznie bywało, że uciekaliśmy przed fankami do autobusu. Zdarzyło się nawet, że porwano na mnie ubranie, i to wcale nie było przyjemne. Dopiero po czasie przekonałem się, że z pewnej perspektywy wygląda to śmiesznie. Trzy lata później nastały czasy pierwszego polskiego boysbandu Just Five i z boku obserwowałem, jak to na nich darto ubrania, a oni wielokrotnie musieli się salwować ucieczką z koncertów. I wtedy uważałem to za przezabawne. Te wspomnienia mają różny koloryt, w zależności od tego, czy dotyczą mnie jako ofiary darcia ubrań czy mnie jako obserwatora. A tak swoją drogą, to są artyści, którzy doświadczali takich sytuacji w znacznie większym stopniu. Wystarczy zapytać Seweryna Krajewskiego. Ile dziewczyn za nim biegało i czy tylko po korytarzach.

Zachłysnąłeś się kiedyś sławą?

- Był moment, kiedy faktycznie nawet moje otoczenie uważało, że uderzyła mi sodóweczka. Wynikało to jednak z tego, że od zawsze byłem bardzo wymagający. Do dziś zresztą na każdym etapie pracy wymagam od wszystkich maksymalnego poziomu zaangażowania. Kiedyś bezkompromisowo. Być może byłem przez to trudny we współpracy. Oczekiwałem, że wszystko będzie tak, jak ma być, a przez to faktycznie mogłem sprawiać wrażenie człowieka, któremu trochę odwaliło. Ale celebrytą nigdy nie byłem. To nie leży w mojej naturze. Po zejściu ze sceny zawsze wracałem do domu. Owszem, popularność przekładała się u mnie na dużą rozpoznawalność, ale nigdy na bycie pawiem. Ten rodzaj popularności, który mam teraz, odpowiada mi najbardziej. Dziś rano przeglądałem wiadomości. Jedną z pierwszych było to, że Edyta Górniak wylądowała w szpitalu. Matko Boska! Przecież ja też choruję. I dzięki Bogu nikt o tym nie pisze.

Dalej jesteś nerwusem i uparciuchem?

- Jestem i wciąż z tym walczę.

Jakie cechy w sobie cenisz?

- Jestem strasznie naiwny. Odebrałem już za to wiele nauczek, ale lubię to w sobie. Lubię wierzyć, że nawet gdy kończą się jakieś relacje czy to prywatne, czy zawodowe, to można po ludzku wszystko załatwić. Jestem naiwny i uwielbiam to w sobie.

Kiedy kocham to...

- To jestem totalnym szaleńcem. W dalszym ciągu.

Co ci daje szczęście, a co cię irytuje?

- Szczęście daje mi poczucie bliskości zarówno w sferze bardzo prywatnej jak i przyjacielskiej. Poczucie, że ma się wokół oddanych ludzi. A wkurza mnie chamstwo. Bo głupotę można wybaczyć, ona jest nieświadoma. A chamstwo jest wyższym stanem głupoty - głupotą z premedytacją. Kiedy obserwuję debaty w sejmie, sposób, w jaki politycy się wypowiadają, jestem poorany tym, jakich wyborów dokonujemy jako społeczeństwo.

Gdybyś miał taką możliwość, co byś zmienił w polskiej polityce?

- Wczoraj ktoś mnie zapytał, co to znaczy być dżentelmenem. Uważam, że to znaczy doszukiwać się w sobie pierwiastka dobra. Polityka się temu, niestety, często wymyka, bo to jest połączenie grup interesów, przepychania się łokciami, finansów, wielkich pieniędzy. Trochę mi żal, kiedy patrzę na donkiszoterię Pawła Kukiza wynikającą pewnie z dobrych pobudek. Trochę mi śmiesznie, kiedy patrzę na Liroya kandydującego do sejmu. Polityki nie da się zmienić. Człowieka się da.

Jesteś zadowolony z siebie?

- Tak. Człowiek, który nie znajduje wiary w siebie, jest nieszczęśliwy. A ja nie chcę być nieszczęśliwy.

Justyna Kasprzak

SHOW 20/2015

Show
Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Piaseczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje