Reklama

Reklama

Uchronić sztukę ludową przed zapomnieniem

Beata Bojda: Maseczki nie mają być przedmiotami użytkowymi, ale czymś, co chroni przed zagrożeniem /Ewelina Słowińska /archiwum prywatne

"Starszemu pokoleniu znany jest folklor, ale młodszym osobom już nie. Dlatego zdecydowałam, że przedstawię projekt w mniej tradycyjnej odsłonie. Staram się rozbudowywać tradycyjne ozdoby, łączyć je ze współczesnym stylem i bawić się formą. Elementy ludowości są ukryte" - mówi Beata Bojda - projektantka mody, charakteryzatorka i makijażystka.

Sara Przepióra, Styl.pl: Skąd się u pani wzięło zamiłowanie do projektowania i charakteryzacji?

Beata Bojda: - Przebyłam długą i krętą drogę, aby móc zajmować się projektowaniem i charakteryzacją. Karierę zawodową rozpoczęłam 30 lat temu. Uczyłam wówczas języka polskiego. Studiowałam filologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przerwałam jednak naukę i wyszłam za mąż. Później ukończyłam Kolegium Nauczycielskie w Bielsku-Białej. Gdy na świecie pojawiła się moja córka, postanowiłam, że nie wrócę już do pracy w szkole. Miałam ku temu kilka powodów.

Reklama

Jakich?

- Byłam już nauczycielem mianowanym, ale przez to, że nie miałam studiów, musiałabym rozpoczynać drogę kariery od samego początku. W latach 90. weszły w życie nowe przepisy, które regulowały pracę nauczycieli. Męczyła mnie myśl o nowym starcie w tej profesji. Wtedy zrodził się w mojej głowie pomysł, aby pójść w zupełnie nową stronę. Padło na makijaż.  

Jak wyglądał początek kariery w zupełnie nowej branży?

- W tamtych czasach w Polsce ta branża nie cieszyła się popularnością. Brakowało jeszcze wielkich sklepów, agencji reklamowych oraz różnorodnych kosmetyków. Wszystko dopiero powstawało. Nie mówiło się również o zawodzie makijażysty, ale o charakteryzatorce lub kosmetyczce.

- Zawodu można było się nauczyć głównie w wielkich miastach, gdzie rozkwitał przemysł filmowy. Ja wybrałam Międzynarodowe Studium Dziewulskich w Warszawie. Moja nauka opierała się głównie na poznawaniu technik makijażu z elementami charakteryzacji. Skończyłam również szkołę kosmetyczną, bo było to wówczas nierozerwalnie ze sobą związane. W międzyczasie zaczęłam udzielać wykładów na targach międzynarodowych, skończyłam kosmetologię, a przed 50-tką zajęłam się stylizacją. Projektowanie od zawsze było moim marzeniem, choć przez długi czas wydawało mi się, że nie jestem dość dobra i nie poradzę sobie w branży.

Czy w pani rodzinie istniała tradycja szycia?

- W mojej rodzinie nie było takiej tradycji, ale większość pokoleń, które wychowały się w Polsce Ludowej, uczyły się szyć, aby tworzyć to, czego brakowało w sklepach. Maszyna do szycia zawsze stała w moim domu. Przeszywałam ubrania trochę intuicyjnie, bez większego planu. Nawet teraz łapię się na tym, że wciąż stosuję taki system pracy.

-  Techniki szycia poznałam na studiach projektowania ubioru w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Zajęć było jednak niewiele, ponieważ szkoła kładła nacisk głównie na projektowanie i design. Obecnie podczas tworzenia kostiumów korzystam z profesjonalnych pracowni i doświadczenia szwaczek oraz konstruktorek.

Jednym z pani najnowszych projektów są maski chroniące sztukę ludową przed zapomnieniem, który realizowany jest z pomocą Ministerstwa Kultury. Skąd wziął się pomysł na takie przedsięwzięcie?

- Maseczki nie mają być przedmiotami użytkowymi, ale czymś, co chroni przed zagrożeniem. Mają przypominać, że gdzieś czai się strach. Do zaprojektowania masek zmotywowała mnie pandemia. Tworzenie kostiumów i elementów scenografii to praca na zlecenie. Bez stałego zatrudnienia nie możemy liczyć na pensję. W obecnych czasach to problem wielu artystów. Nie mogłam prowadzić szkoleń dla firm oraz zajęć w szkole. Pomyślałam, że spróbuję wziąć udział w konkursie. Podkreślę, że zdecydowałam się na taki krok po raz pierwszy w życiu, wcześniej nie miałam na to odwagi.

Czym jest to zagrożenie?

- Zapomnieniem. Starszemu pokoleniu znany jest folklor, ale młodszym osobom już nie. Dlatego zdecydowałam, że przedstawię projekt w mniej tradycyjnej odsłonie. Staram się rozbudowywać tradycyjne ozdoby, łączyć je ze współczesnym stylem i bawić się formą. Elementy ludowości są ukryte. Wzbogaciłam projekt o nowoczesną filozofię mody: recycling i upcycling. Chcę dotrzeć do ludzi, którzy niewiele mają do czynienia ze wsią.

Z czego stworzone są maseczki?

- Projekt jest jeszcze w trakcie tworzenia, a wszystkie maseczki zostaną zaprezentowane pod koniec grudnia. Do tej pory pokazałam tylko dwie i obie zostały zrobione z koronki koniakowskiej. Reszta masek powstanie również z wykorzystaniem technik rękodzieła i sztuki ludowej, która zanika lub niedużo o niej wiemy. Wśród nich znajdzie się między innymi haft podhalański i wycinanka kaszubska.

- Jako projektant, często zlecam wykonanie poszczególnych elementów ludowym artystkom, tak jest także w wypadku masek z koniakowskiej koronki. Pojedyncze elementy wykonały dla mnie koniakowskie koronczarki: Mariola Wojtas, Jolanta Bocek i Maria Stokłosa.

Maseczki z koronki koniakowskiej zostały zrobione jako pierwsze. Wspomniała pani również, że pochodzi z tamtych stron. Czy coś szczególnego wyróżnia tej region?

- To wyjątkowy i bardzo zadbany przez mieszkańców region. Myślę, że sporą zasługę ma w tym przynależność Śląska Cieszyńskiego do Austro-Węgier. Właśnie wtedy umocniła się w nas tradycja życia w porządku. Na Śląsku Cieszyńskim mieszka hermetyczna społeczność, która równocześnie jest jedną z najbardziej tolerancyjnych w Polsce. W końcu od lat mieszkają obok siebie katolicy i ewangelicy, Czesi i Polacy. Różni nas wiele, ale nigdy nie było to problemem. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci i dzielimy zamiłowanie do pielęgnowania tradycji.

- Możemy poszczycić się bardzo bogatym folklorem. Wystarczy spojrzeć na tradycyjny, cieszyński strój ludowy: srebrne uchwyty, hafty na żywotkach, złote nitki czy wykończenia z koronki. Wszystkie te elementy składają się na zachwycające dzieło sztuki ludowej. Koniaków to jest już wprawdzie Beskid, ale te ozdoby i techniki również się powtarzają.

To nie pierwszy projekt, który czerpie z folkloru. Jakie jeszcze dzieła udało się pani stworzyć?

- Największą popularność przyniósł mi projekt "Etno by Beata Bojda" czyli przerysowane korony z krepinowych kwiatów. Bibułkarstwo rozwinęło się na początku XIX wieku, głównie na wsiach, ponieważ krepinowe kwiaty były tanie i łatwo dostępne. Ozdabiano nimi domy, ramy świętych obrazów oraz przydrożne kapliczki. Wszystkie kwiaty w moich projektach są robione ręcznie tradycyjnymi technikami sprzed lat.

- Od niego też zaczęła się moja przygoda z wykorzystywaniem folkloru w kostiumach. Wykonanie pierwszych korony zleciłam, ale zaprojektowałam ich kolorystykę i kształt. Później zaczęłam robić je samodzielnie. Projekt Etno miał bardzo wiele wystaw, również międzynarodowych. W Bielsku był jednym z elementów dużej instalacji o nazwie "Korzenie", poświęconej sztuce, wywodzącej się z tego regionu.

- Niedawno stworzyłam kolekcję "Bees&Flowers", przygotowaną dla fundacji "Apikultura". Jego bazą jest "Etno by Beata Bojda", ale korony zostały wzbogacone o kwiaty miododajne i nektarodajne. Obecnie projekt wystawiony jest w przestrzeni publicznej na wadowickim rynku. Chciałabym, żeby na wiosnę znalazł się również w Krakowie, Warszawie oraz na zamku w Cieszynie.

Jaka myśl stoi za kolekcją "Bees&Flowers"?

- Na projekt składa się kilka elementów o charakterze społecznym. Fundacja "Apikultura" uświadamia ludziom potrzebę dbania o pszczoły. Zanim zajęłam się przygotowywaniem kolekcji, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że aż 78 proc. roślin, z których produkujemy pożywienie, to rośliny owadopylne. Bez pszczół nie będą rodzić plonów.

- Wystawa ma na celu przekonać odbiorców do zakwiecania ogródków i balkonów. Właśnie w taki sposób możemy przyczynić się do poprawy sytuacji. W projekcie wykorzystałam wiele kwiatów: malwę, naparstnicę purpurową, różę ogrodową, dalię czy tymianek. Oprócz tego, wszystkie stroje powstały z upcyclingu. Branża modowa w głównej mierze przyczynia się do niszczenia klimatu. Weźmy przykład: barwienie bawełny to zużycie ogromnych ilości wody. W czasach, gdy brakuje jej w wielu częściach świata, wykorzystywanie tak ogromnych pokładów najcenniejszego surowca jest nierozważne.

 

 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy