Reklama

Reklama

Grzegorz Markowski: Proszę ostatnie pytanie

„Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, śpiewał przed laty. Ten moment nadszedł. Grzegorz Markowski opuszcza Perfect. Skończyła się pewna epoka.

Violetta Ozminkowski: To prawda, że kiedyś byłeś nieśmiały?

Grzegorz Markowski: - Byłem i już na zawsze taki zostałem. Z czasem przybrałem maskę trochę przejrzałego mężczyzny, bo musiałem się tego nauczyć z racji branży rock’n’rollowej. Najbardziej zawsze onieśmielali mnie ludzie oczytani, inteligentni, bo miałem sporo kompleksów. Gdy poznałem swoją żonę, Krysię, była otoczona wianuszkiem muzyków, ludzi bywałych. Ona była tancerką z dobrego domu, skończyła szkołę baletową na Moliera, a ja wychowywałem się z bandyterką. Za domem Krysi spędzałem często szkolne przerwy, podpalałem fajki i kredą wypisywałem na nim brzydkie wyrazy, bo dom był drewniany i dobrze się kreda wciskała. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że w marcu w 1970 roku zobaczę Krysię w jedynej kawiarni w Józefowie, zakocham się, a potem w tym domu zamieszkam.

Reklama

Po co ta maska? Boisz się czegoś?

- Najbardziej w życiu bałem się tego, że stanę się karykaturą samego siebie. Widziałem przekroczoną miarę u paru artystów i nie chciałbym być w roli człowieka, któremu już nie pobrzmiewa wokal, który jest zmęczonym facetem, co widać, czuć i słychać. Śpiewam przecież: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Nadszedł ten czas. Mam 66 lat i dlatego w przyszłym roku zagram ostatnią trasę koncertową z Perfectem. Nie znam torreadora, który ma tyle lat co ja, albo pilota myśliwca, nie chcę obrażać starszych księży, ale oni też nie mogą przysypiać w czasie spowiedzi. Ktoś im mówi o najbardziej intymnych historiach, a ich ogarnia ochota na drzemkę? W rock’n’rollu trzeba wyrzucać z siebie energię z siłą karabinu maszynowego, a nie pluć kostkami lodu. Nie chcę obrazić nikogo, ale uprawianie rock’n’rolla powinno być po sześćdziesiątce prawnie zabronione. Stajesz się po prostu niewiarygodny.

Zaraz, zaraz, a Stonesi?

- Patrzę na tych pomarszczonych chuderlaków, na Micka Jaggera i nie mam pojęcia, skąd czerpie energię. Ma 76 lat i przez godzinę biega przed koncertem, żeby się rozgrzać. Po śmierci pewnie będą badać jego mózg neurolodzy. W reszcie przypadków to zazwyczaj kres drogi. I lepiej ją zakończyć trochę wcześniej niż trochę za późno.

Co z zespołem?

- Nie odbieram zespołowi niczego. Po prostu odchodzę. Perfect zostaje, muzyka zespołu to kawał historii polskiego rocka, koledzy mają pomysły na siebie, nazwę, mogą zrobić z dorobkiem, co chcą. Czasem jeszcze zaśpiewam, np. z orkiestrą Krzesimira Dębskiego. Sympatia ludzi jest po naszej stronie, bo mamy dużo pięknych piosenek. Można je śpiewać jeszcze długie lata, ale byłbym nieuczciwy wobec muzyki, a muzyka to jest poważny kawał mojego świata.

To największy afrodyzjak artysty?

- To jest świat najpiękniejszy. Trudno opisać to uczucie, gdy wymyślałem jakąś melodyjkę i schodziłem do piwnicy z gitarą, a po godzinie wychodziłem z melodią. Albo gdy na tarasie w Hiszpanii zaczęliśmy z Patrycją grać na ukulele i harmonijce do płyty "Droga" i zaczęło się między nami iskrzenie. To wszystko jest cudownym ogrodem, ale można się wpakować w pokrzywy i poparzyć. Trzeba mieć trochę pokory do siebie, do świata, do własnego "ja". Dlatego nie nazywaj mnie artystą, bo był nim Ludwig van Beethoven, Amadeusz Mozart, Vincent van Gogh i jeszcze paru innych. Ja jestem co najwyżej refrenistą. Naprawdę.

Naciskałeś na Patrycję, żeby ta płyta powstała?

- Bałem się, że nie zdążę. W końcu przekonałem ją, że ma już swoją pozycję i nikt nie powie jej, że tatuś ciągnie ją za uszy. Pojechaliśmy nad morze, bo jod bardzo dobrze działa na struny głosowe, i nagraliśmy demówki. W Polsce po powrocie pracowaliśmy z Darkiem Kozakiewiczem - od lat opiekuje się muzycznie mną i Perfectem  - Maćkiem Wasią i Mariuszem Obijalskim. To bardzo zdolni ludzie, z którymi się pięknie pracuje, bo chwytają w lot. Chciałem zaśpiewać wszystko z drapieżnością dzikiego zwierza. Chodziłem na siłownię, robiłem rzeźbę, sześciopak, ale to już minęło.

Pamiętasz moment, gdy muzyka po raz pierwszy pojawiła się w twoim życiu?

- Miałem może ze cztery lata. Ktoś pozwolił mi podejść do ołtarza, zadzwoniłem dzwonkami i coś mnie nawiedziło. A potem? Potem ganiałem po schodach na górę, bo tam stało pianino dla starszego brata, Krzysztofa. To wielce utalentowany człowiek, miał łatwość mówienia, wrażliwość na dźwięki, a ja byłem gruby, niezbyt zdolny. Jakoś dukałem, ale nie byłem dzieckiem wypieszczonym. To daje siłę, bo myślę, że jak masz niedostatek sukcesów w młodości, to potem przekuwa się to na determinację w życiu dorosłym. Ona bierze się ze słabości, udowadniania sobie, że jesteś coś wart.

W jakim domu dorastałeś?

- Wielopokoleniowym. Na piętrze mieszkali ciocia z wujkiem, na dole babcia z dziadkiem ze strony taty. Obok ciocia z mężem i córeczką Beatą, a my na górze, czterech chłopców na 30 mkw. Była kuchnia i mały pokój. I było pięknie. Starszy brat Krzysztof pracował później w Ministerstwie Finansów przez długie lata i w agendzie UE w Warszawie, młodszy został biskupem pomocniczym kardynała Kazimierza Nycza, a najmłodszy Andrzej od wielu lat prowadzi biznes związany z budownictwem.

Ty miałeś zostać geologiem?

- Tak sobie mama wymyśliła, ale zostałem wyrzucony ze szkoły, bo obrzuciliśmy pomidorami obrazy znanych geologów. Poszedłem do szkoły zawodowej, musiałem stać przy tokarce, kroiliśmy rury i nie mogłem rąk domyć, więc przestałem chodzić na warsztaty. A jak cię wyrzucą z zawodówki, to już nie masz gdzie iść...

Zostaje tylko scena...

- ...albo na scenę, albo zapisać się do mafii. Trafiłem do ogólniaka wieczorowego i Krysia mnie przypilnowała, żebym zdał maturę. Reglamentowała pocałunki - to była metoda na tyle skuteczna, że zacząłem się w klasie maturalnej intensywnie uczyć biologii, bo chciałem zdawać na medycynę. To nie było jednak takie proste. Siedem lat skazania mojej żony na płacenie za studia, bo rodziców nie było stać, choć tata miał firmę budowlaną, to była dla mnie perspektywa szalenie krępująca. Za to muzyka pochłaniała mnie cały czas: śpiewałem w zespołach amatorskich, grałem na weselach, na studniówkach, w końcu postanowiłem zdawać do Wyższej Szkoły Muzycznej. Po egzaminie Kazimierz Pustelak powiedział, że mam fajny baryton, ale też dużo naleciałości piosenkarskich i zniwelowanie tego do zera kosztowałoby ogrom wysiłku.

Inna scena była ci pisana?

- Miałem trochę szczęścia, bo trafiłem w sylwestra z Piotrem Figlem do toalety, a on wtedy wrócił z Meksyku z Urszulą Sipińską, i siusiając, mówię: "Panie Piotrze, gratuluję sukcesu". "A pan co, muzyk?", zapytał. Powiedziałem, że lubię śpiewać. Wyszliśmy z toalety, dosiadł się do naszego stolika i spędziliśmy ze dwie godziny przy alkoholu. Obiecał, że zarekomenduje mnie do Związku Artystów i Kompozytorów Rozrywkowych. "Panie Piotrze, pan nie słyszał nawet, jakie wydaję dźwięki", powiedziałem, a on na to, że mi ufa. I tak ja, chłopak z gitarą, zacząłem na scenie ZAKR-u śpiewać ballady. Później zgłosiłem się do teatru na Targówku, gdy powstawał, i Włodek Korcz stwierdził, że mam ciekawą barwę głosu, dość dużą muzykalność, ale nic poza tym nie potrafię. Miałem 21 lat i zacząłem pracę w teatrze - uczyłem się tańca, ruchu, emisji głosu, solfeżu, śpiewania z nut.


To nie były tłuste lata?

- Lekko nie było. Kiedyś Hanka Bielicka zaprosiła mnie na śniadanie i poprosiła panią, która się nią opiekowała: "Pani Zosiu, proszę podać Grzesiowi śniadanko, ale duże, bo on taki chudziutki!". A ja bałem się, że jakąś porcelanę upuszczę, wszystko było piękne, przedwojenne. Kalina Jędrusik też mi dogadywała: "Co ty, Grzesiu, taki chudy? Mam tutaj kurczaka, zjedz nóżkę". A ja byłem szkieletem, bo nie było za co kupić jedzenia. Trzeba było tak dzielić skromne budżety, że to było aż krępujące. W Irlandii na festiwalu, na którym dostałem wyróżnienie, miałem 32 złote diety dziennie. Byłem tam pięć dni. Jak wszedłem do niewielkiego sklepu, to mój budżet rozjechał się w sekundę, bo nic u nas nie było, a każdemu chciałem kupić po mydełku albo dezodorancie. Na szczęście mama przed wyjazdem dała mi słoik smalcu, nie chciałem go brać, ale uratował mi życie. Kupowałem pieczywo i przez pięć dni go jadłem. Uważam, że tak się powinno zaczynać. Nie życzę nikomu sukcesu w wieku 20 lat, bo to sprowadza na manowce. Dopiero później zaśpiewałem parę w miarę udanych piosenek, a to dzięki temu, że trafiałem w doskonałym czasie na doskonałych menedżerów, muzyków i autorów tekstów.

Myślisz, że to przypadek?

- To są jakieś wibracje, że akurat w jakimś momencie ktoś coś usłyszy. Pierwsze moje nagranie radiowe - "07 zgłoś się" - było takim przypadkiem. Włodek Korcz nie spotkał się z żoną, bo nie wróciła z planu filmowego, usiadł smutny w domu i napisał ten temat. W teatrze powiedziałem mu: "Panie Włodku, nie trzeba pisać do tego tekstu, niech ta muzyka zostanie tajemnicą". A potem pojechałem do Irlandii, zaśpiewałem piosenkę Edmunda Berga "Powiedz mi, jak mam żyć", zagrałem ją w Opolu, wyszła na singlu i jako młody zdolny trafiłem do Perfectu. To był bardzo ciężki rok pracy, jeden z gorszych. Próby odbywały się w Stodole, nie koncertowałem, miałem już małą Patrycję, i prowadziliśmy życie na granicy, powiedziałbym, ubóstwa.

Potem było jeszcze gorzej?

- Na pierwszy koncert w Poznaniu przyszło siedmiu studentów. Jeszcze jedna lekcja pokory. Zagraliśmy, kupiliśmy wino i wypiliśmy je razem z publicznością. Ale później Piotr Kaczkowski zaczął nas puszczać na antenie "Trójki", a Zbyszek Hołdys udzielił paru ostrych wywiadów. Kiedyś zomowiec przeszedł przez scenę w czasie koncertu, żeby przywołać nas do porządku. Zbyszek miał jaja jak arbuzy i krzyknął do niego:  "Jeżeli cię, ch***, zobaczę jeszcze raz na tej scenie, to poproszę ludzi z widowni i pomogą cię wynieść!". A na widowni pięć tysięcy rozgrzanych do czerwoności młodych ludzi. Rozniosło się to pocztą pantoflową po całym kraju i koncerty zaczęły przypominać manifesty polityczno-społeczne. Dostaliśmy wiatr w żagle.

Pomagaliście ludziom wstawać z kolan?

- Zbyszek dawał ludziom ogromne poczucie siły, tego, że można żyć w miarę godnie nawet w takim szambie, przez całe trudne lata 80. W Radomiu, po koncercie w hotelu robotniczym, przyjechali zomowcy i na naszych oczach skatowali chłopaka. Było ich z pięćdziesięciu, takich po metr osiemdziesiąt pięć, a Hołdys wyszedł sam i zaczął im bluzgać: "Skur***, fiuty, pobiliście młodego chłopaka!". I ruszył na tych zomowców sam, no to my we trzech poszliśmy za nim. Ryzykował bardzo dużo. Mogli nam zabronić grania koncertów, zakazać grania piosenek w radiu, jednym podpisem można było wtedy zniszczyć wszystko. Do dziś uważam, że Zbyszek Hołdys jest moją tarczą i mieczem, stworzył zespół, który istnieje do dziś.

Kiedy pierwszy raz poczułeś siłę na scenie?

- To nie była eureka, najpierw płyta sprzedała się w prawie milionowym nakładzie. Zostałem wokalistą roku pisma "Non Stop", które było jedynym muzycznym pismem w Polsce. Powtórzyłem ten sukces następnego roku. Udzielałem wywiadów, pojechaliśmy do Berlina Zachodniego. Czuło się takie pole magnetyczne, które pracuje na wysokich obrotach. Staliśmy się bardzo popularni w ciągu kilku miesięcy, a wtedy już wiedziałem, że jest to absolutnie najważniejsza rzecz w moim życiu. Nie było polowania na przebój, na sukces, wypluwało się z siebie wulkaniczne teksty i gorące dźwięki. Chcę do końca być takim prawdziwkiem, bo to się bardzo w życiu opłaca. Uważam, że ci, którzy manipulują emocjami ludzi, pierwsi będą smażyć się w piekle.

Dużo graliście?

- To była straszna orka. Nie dziwię się, że Hołdys po trzech latach się zmęczył. Projektował okładki, pisał teksty, udzielał wywiadów, próbował zostać dyktatorem. Ja z kolei jestem trochę taki typ niepokorny, w związku z czym doszło do zwady. Hołdys mi zarzucił, że ja nie ćwiczę falsetu. On nie był zbyt biegłym gitarzystą, więc mu powiedziałem, że nie ćwiczy czwartym palcem. Usłyszałem: "Rozwalasz kapelę, psujesz klimaty i nie jedziesz na ostatni wyjazd do Berlina Zachodniego". Pojechali sami. I to był koniec zespołu. W ’84 roku zamknąłem rozdział śpiewania na 10 lat, zacząłem pomagać ojcu prowadzić firmę budowlaną. Kilka stacji metra jest przeze mnie pomalowanych - jak po latach zobaczyłem te obrazy, byłem bardzo wzruszony. Szybko nauczyłem się kosztorysowania, płacenia ZUS, podatków. A w piątek brałem gitarę, siadałem do pianina, łykałem łzy i grałem. Z drugiej strony zacząłem budować dom, stać mnie było na wczasy do Bułgarii, a tam na koniak i kurczaka z rożna. Poczułem siłę mężczyzny, który nie jest przyspawany do jednego świata, tylko może sobie krążyć w galaktykach i usiąść na takiej planecie, która mu akurat odpowiada.

Rockman jest trudnym ojcem?

- Patrycja przeżywała okres buntu - tak jak każdy młody człowiek - chociaż nie miała ochoty uciekać z domu, eksperymentować z alkoholem czy narkotykami. Błagałem ją też, by nie paliła, bo to największy nałóg na świecie. Generalnie żyliśmy w wielkiej przyjaźni, ale ja jestem niecierpliwy, a ona kiedyś zamknęła się w garderobie. Wyobraźnia pracowała, w związku z tym wypieprzyłem drzwi kopniakiem i od razu wpadliśmy sobie w ramiona. Więcej spięć z córką nie pamiętam. Unikamy takich ekstremalnych rzeczy, staramy się szybko łagodzić niedobre emocje dobrym alkoholem albo spokojną rozmową.

Jak wchodzi się po 10 latach na scenę?

- Z wielką tremą, dokładnie tak, jakbym miał noc poślubną powtórzyć, a nie byłem pewny, czy podołam. Bałem się śmieszności, to w męskim świecie newralgiczny punkt. Musiałem się sprawdzić jako wokalista, jako chłop, jako macho. I to się udało. Do Spodka w Katowicach przyszło 7 tysięcy ludzi. Zobaczyliśmy, że Hołdysa nie ma na scenie, a my możemy grać. Od początku był ambitny plan, żeby nagrać nową płytę, sprzedało się ze 200 tysięcy sztuk. Posypały się zaproszenia na koncerty. Ale początki były skromne, honoraria też. Przyglądano nam się, czy to jest chwilowa fanaberia paru muzyków z przeszłości, czy projekt na stałe. To był okres przepiękny, choć męczący, bo akt śpiewania, gdy się go uczciwie robi, to jest taki trochę akt samospalenia.

Co robiłeś, żeby nie zwariować?

- Starałem się nad tym światem z różnym skutkiem zapanować. Zawsze pojawiało się sporo alkoholu, w zasadzie na jednym promilu można było spędzić życie. Było masę pokus. Miałem rodzinę, to mnie ratowało, bo być kawalerem w tym zawodzie to jest rodzaj samotności, którą można porównać do piekła na ziemi. Ale jak mówią, nie sztuka trzymać pana Boga wpół, tylko padając, łapać go za piętę. I całe życie próbowałem łapać go za piętę. Chodziłem do spowiedzi, więc oczyściłem się, mam nadzieję...

Jak się ma brata biskupa...

- Musiałem mu dać na tacę, no.

Wyspowiadałeś się kiedyś bratu?

- Raz, przed poważną operacją. To była najpiękniejsza spowiedź w moim życiu, jego jedyne pytanie brzmiało: "Czy kogoś nienawidzisz?". Powiedziałem, że nie i dostałem rozgrzeszenie. Wiem, że nie powinienem zdradzać tajemnicy spowiedzi, ale mówię to do ludzi mądrych.

Czym się różni wolność lat 80. od dzisiejszej?

- Czytam ostatnio Tadeusza Konwickiego, a on nie miał najlepszego zdania o Polakach. Niewiele się zmieniło... Niedawno przyszedł do garderoby kolega z żoną i dzieckiem, chciał sobie zrobić zdjęcie, a ja wtedy się do niego przytuliłem i zażartowałem: "Całe życie wolałem chłopców, robię coming out". Odskoczył jak oparzony i zobaczyłem, że on nie daje sobie z tym rady. Szacuje się dziś, że około 160 rodzajów istnień wśród zwierząt to istoty homoseksualne - nie mamy wiedzy i stąd ta nietolerancja. Dlaczego my, Polacy, jesteśmy tacy ściśnięci w środku? Nie potrafimy weryfikować tego, co nam różni ludzie wciskają, samemu różnych rzeczy poukładać sobie w głowie? Dlaczego dajemy sobą w cyniczny, mało wyrafinowany sposób rządzić? Ale proszę cię już o ostatnie pytanie.

Czym jest dla ciebie miłość?

- Miłość jest najpiękniejszym strażnikiem życia. Gdy miałem 16 lat i poznałem Krysię, to modliłem się: "Boże, spełnij moje dwa życzenia". Nigdy specjalnie Boga wcześniej o nic nie prosiłem, a tu nagle zacząłem się modlić o to, żeby być w muzyce i mieć ją za żonę. I się spełniło. Krysia jest szalenie subtelną, inteligentną osobą. Jest delikatna jak porcelana Hani Bielickiej. Dlatego gdy pojawia się jakaś ryska, zaraz wyciągam klej ze złota i staram się ją skleić. Żeby tylko wszystko funkcjonowało. Zawsze wiedziałem, że mogę robić wszystkie rzeczy na świecie: zamiatać, stać na zmywaku, prowadzić roboty budowlane, śpiewać, nie śpiewać - byle tylko z nią być. To jest bardzo łatwe i proste życie.

Rozmawiała Violetta Ozminkowski

PANI 11/2019


Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy