Reklama

Reklama

Hidźra: Indyjska trzecia płeć

Hidźrowie mają wiele innych metod zarabiania pieniędzy. Przede wszystkim zajmują się żebraniem połączonym z występami, które sami nazywają artystycznymi. Pojawiają się przy narodzinach dzieci, przy poświęceniu domu, na ślubach. Zawsze wiedzą, kiedy i gdzie się znaleźć - pisze Jarosław Kret w książce "Indie" opowiadając o życiu hidżrów - przedstawicieli indyjskiej trzeciej płci.

Przeczytaj fragment książki Jarosława Kreta "Indie":

Pierwszy raz spotkałem ich w najbardziej oficjalnym, najprzestronniejszym i najbardziej reprezentacyjnym miejscu Nowego Delhi - pod India Gate. To tutejszy łuk triumfalny - turyści zazwyczaj obok niego ledwie przejadą, ale delhijczycy lubią tu przychodzić. Rano w niedzielę młodzież gra często w krykieta na rozległych trawnikach okalających monument, a wieczorem ściągają tu tłumy szukające oddechu od upału i od... tłumu.

Tu więc, jak zresztą tego wieczoru połowa delhijczyków, przyjechaliśmy odpocząć od całodziennego tłoku, zgiełku i skwaru, siedząc pośród wielu par na ogromnych trawnikach i zajadając się lodami. Nowe Delhi ma jedną ogromną zaletę i przewagę nad innymi wielkimi miastami indyjskimi - sporo terenów zielonych. Po całym dniu walki ze smogiem i niemiłosiernym gorącem przyjemnie jest usiąść wieczorem w samym centrum miasta na obszernym trawniku, rozglądać się dookoła, zachwycać się "stadionową" przestrzenią i delektować się lodami...

Reklama

Ten rzadki moment wytchnienia przerwała nam nagle hałaśliwie zachowująca się grupa dziwnie wyglądających kobiet. Miały na sobie kolorowe, wręcz krzykliwe w swych barwach sari, obwieszone były biżuterią i zachowywały się dość wyzywająco. Odwaga w sposobie poruszania normalnego zachowania przeciętnej, skromnej kobiety indyjskiej. I te ich rysy... dziwnie kanciaste. Toż to transwestyci, mężczyźni poprzebierani za kobiety - pomyślałem natychmiast. Ich skrzekliwe, ale niskie głosy utwierdziły mnie w tym przekonaniu.

Podeszły, a właściwie to chyba: podeszli, do nas i charakterystycznie klaszcząc w płaskie dłonie, zaczęli od mojej koleżanki Tannishthy domagać się pieniędzy. Trochę speszona tą sytuacją nie wzbraniała się, powiedziała tylko do mnie: "Zaraz wszystko ci wytłumaczę", i sięgnęła do torebki. Uprzedziłem ją, wyciągnąłem pięćdziesiąt rupii, podałem pierwszemu z brzegu - ów dotknął ręką mojej głowy, po czym przeniósł rękę na swoją głowę, poszeptał coś i wszyscy odeszli. Niecodzienna forma podziękowania za pieniądze, a zwłaszcza wygląd tych "wyłudzaczy" obudziły we mnie naturę reportera. Musiałem jak najszybciej dowiedzieć się wszystkiego o tych dziwnych żebrakach-nieżebrakach.

- No dobrze, teraz wytłumacz mi, co to było za zjawisko i czego od nas chcieli.

- To byli hidźra.

- Że co? Kto?

Jako orientaliście, który wiele lat spędził na Bliskim Wschodzie, słowo "hidźra" kojarzy mi się nieodwołalnie z pielgrzymką do Mekki. "Hidżra" to czas ucieczki proroka Mahometa z Mekki do Medyny, początek ery islamu.

- Jaki związek mają owi dziwni żebracy z hidżrą, Mekką i islamem? - zdziwiłem się.

- Żaden. To jest "hidźra" w języku hindi, a nie arabskim, i znaczy zupełnie co innego - odpowiedziała Tannishtha. - Hidźra to eunuch (angielskie eunuch wymawia się "junak" - red.).

Hmm... we mnie słowo "junak" budzi tylko dwa skojarzenia: młody budowniczy Polski Ludowej pracujący w szeregach ZSMP lub... kultowy już motocykl.

- No jak to, nie wiesz, kto to jest eunuch? - wyrywa mnie znów z moich odległych rozmyślań Tannishtha. - In your western world an eunuch is a man without... well... you know what... (w waszym zachodnim świecie eunuch to mężczyzna bez... no wiesz czego... - red.).

I po raz kolejny nastąpiło pomieszanie języków i znaczeń - ja szukałem jakiegoś junaka, a to po prostu eunuch - w wymowie angielskiej.

- No dobrze, ale dlaczego daliśmy im jałmużnę? Nie wyglądali na biednych. Czyżby rytuał z dotykaniem mojej głowy był tego wart?

- Gdybyśmy im nie dali pieniędzy, zaczęliby tańczyć, śpiewać, krzyczeć, a po krótkiej chwili obnażyliby swoje zniekształcone bądź zmasakrowane genitalia; za chwilę zrobiłoby się tu zbiegowisko i trudno by było nam się od tego uwolnić... Oni często tak zaczepiają młode pary szukające ciszy, spokoju i odosobnienia. Wiedzą, że natychmiast dostaną jakieś pieniądze, bo takie pary nie chcą ściągać na siebie niczyjej uwagi. Nas potraktowali podobnie, "z klucza". U nas w parkach też czasem się ktoś obnaża, ale zazwyczaj nie chce za to pieniędzy, raczej szuka sobie kogoś do pary, choć nierzadko zderza się z czyjąś pięścią, a częściej z policją, w najlepszym razie mając do czynienia z panią policjantką.

Zawsze wiedzą, kiedy i gdzie się znaleźć

Hidźrowie mają też wiele innych metod zarabiania pieniędzy. Przede wszystkim zajmują się żebraniem połączonym z występami, które sami nazywają artystycznymi. Pojawiają się przy narodzinach dzieci, przy poświęceniu domu, na ślubach. Zawsze wiedzą, kiedy i gdzie się znaleźć. To wytłumaczenie na razie mi wystarczyło. Nie wystarczyło mi jednak z pewnością do zrozumienia istoty funkcjonowania tak dziwnej grupy społecznej. Wystarczyło, żeby podjąć własne śledztwo. Żeby pojąć istotę ich działania, musiałem sobie wytłumaczyć, skąd się to towarzystwo wzięło i o co im właściwie chodzi. Musiałem zobaczyć, gdzie mieszkają i jak żyją. Przenieśmy się więc do Starego Delhi, nad rzekę Jamunę, na nabrzeże zwane tu ghatem. Na płonący nad rzeką stos pogrzebowy lecą stare buty, sandały, klapki.

- Obyś nigdy nie wróciła na ziemię pod tą powłoką! - krzyczą rzucający. Dziwne to zachowanie. Dziwni to żałobnicy - same kobiety, bardzo kolorowo ubrane i wymalowane. Są wysokie, potężne. Mają ostre, męskie rysy. Krzyczą niekobiecymi, niskimi głosami... Wiele już w Indiach widziałem, ale nie to, żeby ktoś rzucał w zmarłego butami. Wracającą z pogrzebu (czyli z rytuału spalenia zwłok i wrzucenia popiołów do rzeki) grupę dziwnych kobiet spieszące się wciąż w Starym Delhi tłumy starają się zgrabnie ominąć. Nikt na tę grupę nie zwraca specjalnej uwagi...

Eunuch. W Europie kojarzy się nam przede wszystkim z dwoma znaczeniami. To albo wykastrowany chłopiec, śpiewający w dawnych czasach w chórze, albo strażnik tureckiego haremu. Kastrat. Najczęściej kastratami zostawali hermafrodyci. W dawnych Indiach na dworach władców hinduskich byli sługami. Na dworach muzułmańskich władców mongolskich eunuchowie odgrywali dość ważną rolę. Nazywano ich kwadźa sara. Dzielili się - według tego, dla kogo pracowali - na dwie grupy. Pierwsi służyli arystokracji, drudzy w pałacu królewskim. Ze względu na swoją neutralność seksualną byli wybornymi strażnikami haremów - mieli dostęp do najskrytszych miejsc, a kiedy złapali delikwenta, który chciał się tam zakraść, odbierali mu bez pardonu życie. Za swoją lojalność byli sowicie nagradzani - przede wszystkim kolejnymi stanowiskami na dworze: a to pilnowali pieczęci, a to nosili tajne dokumenty. Niektórzy z nich posiedli potężną władzę. Już wtedy wielu rodziców starało się kastrować swoje dzieci, by mogły osiągnąć wysokie stanowiska na dworach, w pałacach i domach arystokracji.(...)

W poszukiwaniu dziwnie wyglądających kobiet

Włóczę się po Starym Delhi w poszukiwaniu dziwnie wyglądających kobiet. Chcę od nich samych dowiedzieć się jak najwięcej. Nie jest to proste zadanie. Prawdopodobnie nieliczne z nich znają kilka słów po angielsku. Mimo wszystko próbuję. Niedaleko Czerwonego Fortu rozstawiła się karuzela. Takie miejsce jest wręcz magnesem dla wszelkiej maści kuglarzy, oszustów, zaklinaczy czy "czarodziejów z Bagdadu". Pewnie i tu spotkam jakiegoś hidźrę. Nie myliłem się. Jako że byłem w okolicy jedynym białym, szybko odwzajemnili mi swoje zainteresowanie. Jeden z nich potrafił nawet sklecić kilka słów po angielsku - jego więc "wystawili" na rozmowę z inglizi, czyli białym (to słowo pochodzi od "English" - "Anglik"). Pierwsze lody przełamane. Staram się wyciągnąć choć skrawki wiedzy na temat ich życia, strojów, zachowania, ale co rusz wykręcają się od odpowiedzi, a to udając, że nie rozumieją, a to mówiąc coś w jednym z indyjskich języków, którego ni w ząb nie rozumiem... Gdy zaczynają okazywać zniecierpliwienie, jak małe dzieci, które znudziły się już nową zabawką, sam postanawiam przerwać tę nierówną walkę. Zostawię ich z pewnym niedosytem, a może i apetytem...

- Można was tu spotkać też jutro?

- W Indiach nie ma jutra. W Indiach każdego dnia jest dzisiaj - odpowiada dość filozoficznie łamaną angielszczyzną jeden z hidźrów i w pląsach znika w tłumie...

- Miałam popsute narodziny - zwierza mi się podczas kolejnego spotkania Sonia, jeden z grupy eunuchów spod karuzeli, choć może lepiej, jeśli będę ich dalej nazywać hidźrami.

Rozpoznałem ich i zaczepiłem znowu w Starym Delhi kilka dni po pierwszym spotkaniu. Chodzili właśnie od sklepu do sklepu, od straganu do straganu i, charakterystycznie klaszcząc w nadgarstki z wyprostowanymi dłońmi, żebrali. Sonia, ten, który potrafił sklecić kilka zdań po angielsku, wygląda na może dwadzieścia lat. Ubrany jest w cytrynowożółte sari, a pod nim obcisłą pomarańczową bluzeczkę, podobną do naszego T-shirtu, choć odkrywającą pępek i zaznaczającą dość płaski biust. Nosi tanią biżuterię i pomalowane paznokcie, a jednak ma też typowo męską, kościstą twarz i muskularną szyję z wyraźnie zaznaczającym się jabłkiem Adama. Zapraszam ich na napój z limonek i powoli wciągam w rozmowę. Dziś chyba mają ochotę się wygadać - czyżby coś się w nich przełamało?

- Jestem już muzułmanką - mówi z nieukrywaną dumą Sonia. - Urodziłam się w Delhi, w rodzinie hinduskiej, skończyłam nawet sześć klas, nie pamiętam, żeby ktoś mnie z jakiegoś powodu dyskryminował. Wyglądałam jak normalny chłopak. Mam sześciu braci, ale nie mam nikogo bliskiego na tym świecie. Urodziłam się "zepsuty". Gdy miałam może z dziesięć, dwanaście lat, chłopcy zobaczyli, że dziwnie robię siusiu. "Gdzie jest twoje nunu?" - to pytanie zaczęło mnie z czasem prześladować. Nikt w domu wcześniej na moje nunu nie zwracał uwagi. Mama powiedziała, że moje nunu ma schowane i da mi je później. W tym czasie zobaczyłam, że rodzice traktują mnie inaczej niż moich braci. Pewnego dnia pojawiły się koło mojego domu moje obecne siostry. Uciekłam i poszłam z nimi. Mieszkam teraz w Starym Delhi, mamy swoją guru, jestem artystką. Tańczę i śpiewam.

Sonia to moje nowe imię, a nazwisko mam po swojej guru - nauczycielce. To wokół niej żyjemy i mieszkamy, ona nauczyła nas wszystkiego: śpiewu, tańca, tego, jak zarabiać pieniądze. I tak jak ona przyjęłam islam. W islamie nie ma kast. Muzułmanie nie traktują nas jak hindusi, jako niedotykalnych. Muzułmanie często dają jałmużnę. To zakat. Obowiązek religijny. Zresztą znam kilka rodzin podobnych do naszej, w których guru nie zawsze jest muzułmanką. Najczęściej wtedy wszystkie siostry przyjmują religię swojej guru. Zanim tu przyszłam, nie miałam nikogo naprawdę mi bliskiego. Tu poznałam swoje siostry. Kto bowiem jest mi miły, staje się moją siostrą, bratem, a nawet i dzieckiem. Niektóre z moich sióstr nie umieją ani czytać, ani pisać, ale pięknie śpiewają i tańczą. Jesteśmy artystkami. Nasza sztuka nie jest jednak dla wszystkich. Nie zatańczę i nie zaśpiewam ot tak, na ulicy. To moja sztuka. Wymaga odpowiedniej oprawy, odpowiedniego miejsca, gdzie można ją pokazywać. Ale dosyć na dziś. Niedługo się ściemni. Przyjdź jutro, tam, z tyłu, za ghatem jest taki mały placyk, tam, gdzie te kozy. Bądź o tej samej porze. Opowiem ci jeszcze więcej... - szepnęła na odchodne tajemniczo i znów odpłynęła wdzięcznie w niekończący się tłum.

"Chcieli cię porwać"

Wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie przyjechałem w umówione miejsce następnego dnia. Przyjechałem dwa dni później. Nie było już karuzeli. Nie było śladu po hidźrach. Wśród rikszarzy stojących opodal poznałem charakterystycznego dziadka, który wcześniej kazał zapamiętać mi swój numer i wrzeszczał, że zawsze jest do usług. Zapytałem go o hidźrów. No jasne, że ich zna. Kto ich tu nie zna. Zresztą byłem ponoć dla nich nie lada sensacją. Okazało się, że stałem się ich tematem dnia, poruszonym nie tylko na forum podwórkowym, ale i rodzinnym.

- I cóż oni tam ciekawego na mój temat uradzili? - pytam rikszarza.

- Ano chcieli cię porwać - wstrząsnął mną swoją szczerą odpowiedzią dziadek.

- Jak to porwać? - Zatkało mnie. - Co im do głowy przyszło? Myśleli, że poradzą sobie z dość potężnym chłopem, którego przodkowie przecie pod Grunwaldem Niemca pokonali?

- Uknuli sobie plan, że porwą cię, odurzą narkotykiem i przerobią na hidźrę - zachichotał szczekliwie stary rikszarz, obnażając bezzębne dziąsła - spodobałeś im się niezmiernie, te twoje białe włosy i niebieskie oczy. Zamarzyli sobie, że mając ciebie pośród swoich, będą mieć wielkie zarobki. A może i który się w tobie zakochał? - Dziadek znowu zachichotał, wyciągnął suchego bidi (czyli szczyptę tytoniu zawiniętą w związany czerwoną nitką liść), zaciągnął się głęboko dymem, przypominającym zapach palonych jesienią liści, kaszlnął sucho i przeciągle, tak że moja koleżanka lekarka Dorota natychmiast postawiłaby jego płucom mało optymistyczną diagnozę, po czym odwrócił się ode mnie do swojego kolegi i rozpoczął z nim jakąś gorącą dyskusję - tak jakby nasza rozmowa, dopiero co przed chwilą rozpoczęta, nigdy się nie zdarzyła...

No cóż - pomyślałem sobie - może i szkoda, że mnie nie porwali. Cóż by to była za historia do opowiadania. Choć z drugiej strony - zyskałbym historię i miłość jednego z hidźrów, a straciłbym... To wolę jednak pozostać w całości tym, kim byłem, i mieć tylko to swoje pół historii... A do opowieści Sonii o sobie powinienem też odrobinę dodać. Ona (czy też on) mnie i mojej tłumaczce opowiedziała bowiem ledwie połowę swojej historii...

Są na ślubach...

Często historie hidźrów pojawiają się w filmach bądź indyjskiej literaturze. Powstało też już niemało filmów dokumentalnych, a nawet szokujących fotoreportaży opowiadających o ich prawdziwym życiu. Na tej podstawie możemy zbudować sobie bardzo prawdopodobną historię życia pięknego/pięknej Sonii. Rozpocznijmy jednak od określenia samych hidźrów i ich miejsca w społeczeństwie Indii. Społeczność, a może grupa społeczna, zwana w Indiach hidźrami lub ćakkami to najczęściej mężczyźni, których u nas nazwano by transseksualistami, obojnakami lub trzecią płcią.

W Indiach nazywa się ich także popularnie eunuchami. Niektórzy z nich rodzą się eunuchami, niektórzy przyjmują ten styl życia poprzez samookaleczenie, czyli mówiąc bez pardonu, obcinają sobie to, z czego każdy prawdziwy mężczyzna jest dumny, a także i to, co pod tamtym się znajduje. Czasem normalni mężczyźni - szczególnie bezrobotna biedota - przyłączają się do społeczności hidźrów i dają się rytualnie wykastrować tylko dlatego, że mają szansę zarobić jakieś pieniądze i żyć lepszym życiem niż dotychczas. Najczęściej zajmują się żebraniem, a gdy ktoś nie ma ochoty dać im pieniędzy lub też gdy chce ich przepędzić, wtedy zadzierają swoje sari i pokazują zniekształcone bądź okaleczone genitalia, rzucając na nieprzychylnego im delikwenta zły urok.

Pojawiają się na ślubach i w podobny sposób, czyli grożąc, że się obnażą i popsują uroczystość, szantażują zarówno parę młodą, jak i jej rodzinę oraz gości. Wiadomo, że indyjskie, a szczególnie hinduskie, śluby to nie lada przedsięwzięcia finansowe dla rodzin. Hidźrowie korzystają więc z tego, że nikt nie chce narazić na szwank ceremonii ślubnej, i wypraszają pieniądze w zamian za życzenia powodzenia i szczęścia dla młodej pary.

Jeśli ktoś odważy się przeciwstawić ich żądaniom - a potrafią być nieobliczalni - zaczynają krzyczeć, głośno śpiewać, fałszując przy tym niemiłosiernie, wirować w tańcu, hałaśliwie grać na instrumentach, zakłócając spokój ceremonii. Podobnie zresztą zachowują się, gdy ktoś wprowadza się do nowego domu lub mieszkania. U nas przyjęcie z tej okazji nazywa się parapetówką, w Indiach to tak zwane house Warming party. I właśnie podczas takiego party nagle, wręcz jakby znikąd, pojawiają się hidźrowie i rozpoczynają swój szaleńczy "pląs", który ostatecznie musi doprowadzić do sowitego wynagrodzenia.

...i po narodzinach dziecka

Gdy w sąsiedztwie urodzi się dziecko, okoliczni hidźrowie pojawiają się w domu niemowlaka i pragną pobłogosławić nowo narodzonego - składając mu życzenia wszystkiego najlepszego w nowym życiu. Skoro sami narodzili się "popsuci", prawdopodobnie ich grzechy w poprzednim wcieleniu były tak ciężkie, że za karę pojawili się bez płci. Nosząc w sobie coś na kształt naszego chrześcijańskiego grzechu pierworodnego, twierdzą, że oczyszczeni z niego będą dopiero w następnym wcieleniu.

Niektórzy z nich przekonują, że posiedli umiejętność ściągania na siebie cudzych grzechów i wykorzystują ją w kontakcie z nowo narodzonymi dziećmi, odprawiając coś na kształt naszego chrztu: dotykają głowy niemowlaka, po czym przenoszą dłonie na swoją głowę, biorąc w ten sposób na siebie (oczywiście za pieniądze) wszelkie pozostałe z poprzednich wcieleń grzechy niemowlaka. Jeśli nie stosują tego "rytuału", czasem po prostu potrafią wziąć dziecko na ręce i tańczyć, a zwracając je po krótkim czasie cokolwiek spłoszonym rodzicom, wykorzystują ich słabość i rozczulenie i naciągają na opłatę. Gdy rodzice nie zgodzą się na datek, hidźra potrafi obrzucić zarówno ich, jak i nowo narodzonego klątwami, przy okazji obnażając swoje - zapewniam, że nieciekawie wyglądające - genitalia. Kobiety indyjskie, zazwyczaj bardzo zabobonne i podejrzliwe, skłaniają się więc natychmiast do zapłacenia, oby tylko nic złego nie spotkało ani dziecka, ani całej rodziny.

Nierzadko - szczególnie w najniższym stanie śudrów i pośród niedotykalnych, czyli największej biedoty - zdarza się, że kiedy matka zobaczy u swojego dziecka ułomność polegającą na braku genitaliów lub ich niedorozwoju, sama kontaktuje się z hidźrami i im to dziecko oddaje.

Z takim potomkiem tylko kłopot. Nie będzie miał dokumentów, nie będzie miał konta w banku, nie będzie miał żadnych praw obywatelskich. A dlaczego? To proste: w każdym formularzu trzeba wpisać płeć. I co tu wpisać, kiedy kratki są dwie: M i K, a miejsca na "trzecią płeć" nikt jeszcze nie zrobił? Zresztą kiedy hidźrowie przychodzą do domu noworodka, podczas swoich "rytuałów" dokonują odpowiednich oględzin, by stwierdzić, czy aby dziecko nie przyszło na ten świat z naznaczeniem, że ma przystąpić do ich rodziny. Czasem zdarza się, że już bez oględzin wiedzą, iż potomek urodził się "popsuty". Gdy w takim wypadku matka nie jest mimo wszystko skłonna oddać im dziecka, i tak po jakimś czasie je porywają, uwalniając rodzinę, a przede wszystkim dziecko, od czekających je problemów.

A skąd u nich się bierze owa wiedza? O dzieciach. O ślubach. O przyjęciach z okazji poświęcenia nowego mieszkania. Otóż tu kłania nam się dość charakterystyczny układ, a właściwie rozkład miejskiej, ale też i wiejskiej, infrastruktury. Obok bowiem całkiem przyzwoitych osiedli mieszkaniowych klasy średniej powstają jak grzyby po deszczu kolonie slumsów. To z nich wywodzi się cała służba na owych przyzwoitych osiedlach. W slumsach nierzadko mieszkają hidźrowie. I to oni właśnie są pierwszym filtrem wszelkich plotek przynoszonych przez służbę. Płacą też hidźrowie służącym, kierowcom, prasowaczom, praczom, stróżom, sprzątaczkom i wszelkiej maści innym serwisantkom i serwisantom, by donosili im, kto ma kupić lub sprzedać dom bądź mieszkanie. Okazuje się, że hidźrowie mają jeden z najlepiej i najskuteczniej działających wewnętrznych wywiadów w Indiach.

Wierzą w hinduski panteon

Społeczność hidźrów w Indiach składa się przede wszystkim z hindusów i czasem muzułmanów, którzy albo wbrew, albo z własnej woli przyłączają się do tej grupy, kiedy nie są zdolni funkcjonować jako normalni mężczyźni w społeczeństwie indyjskim. Są adoptowani przez rodziny hidźrów, z którymi łączą ich o wiele głębsze więzi niż z ich biologicznymi rodzinami.

Hinduscy hidźrowie głęboko wierzą w hinduski panteon i jako jedyni mogą odprawiać niektóre szczególne rytuały. Wierzą na przykład, że bogini Bahuczara Mata, której są oczywiście wiernymi wyznawcami, przekazuje swoją boską siłę (tak zwaną szakti) bezpośrednio przez nich na inne osoby, by dać owym ludziom "siłę regenerującą". W czasie kastracji, którą zazwyczaj przeprowadza się bez znieczulenia, hidźrowie utożsamiają się na przykład z hinduskim bogiem Kriszną, który - jak podają mity - stał się na pewien czas kobietą, by móc poślubić pomniejszego boga Arawana. Podczas niektórych świąt hidźrowie odgrywają tę historię: wcielają się w rolę bóstwa Arawana i bogini, w którą zamienił się Kriszna, by móc poślubić Arawana.

Choć niektórzy Indusi akceptują hidźrów, to najczęściej powoduje nimi zabobonny lęk, tak więc w wielu wypadkach hidźrowie są często marginalizowani lub wręcz poddawani ostracyzmowi. Istnieje związana z tym problemem mitologiczna przypowieść. Otóż, kiedy Rama, bohater eposu Ramajana, udawał się na wygnanie i właśnie opuszczał na czternaście lat swoją ukochaną Ajodhję, jej mieszkańcy wyszli z domów, by pożegnać swojego pana. Ukłonił się im więc nisko i rzekł: "Mężczyźni i kobiety (sic! proszę zwrócić uwagę na kolejność), wracajcie do domów". Kiedy zaś powrócił po czternastoletnim wygnaniu, w miejscu, gdzie żegnał ludność, wciąż stali hidźrowie i czekali. Poruszony ich wiernością i lojalnością, Rama dał im moc błogosławienia i rzucania uroku...

Gdy Sonia nie mógł już wytrzymać presji kolegów ze szkoły i coraz dziwniejszego zachowania otoczenia, uciekł z domu i po jakimś czasie dotarł do społeczności hidźrów. Zwabili go obietnicami spokoju i dostatku. Mieli prawdopodobnie burdel i z niego czerpali zyski. Prawdopodobnie zgwałcili go i zniewolili. Kazali mu też pewnie być hidźrą-prostytutką. Może przez pewien czas nie mógł znieść tego psychicznie. Uciekł więc i schował się u matki. Po pewnym czasie wrócił jednak do hidźrów. Tu nie musiał się ukrywać. Tu był ze wszystkimi równy. Tu też w końcu miał swoją nową matkę - swoją guru - nauczycielkę, mentorkę.

Zarządza nimi guru

W społeczności hidźrów panują bardzo silne związki między guru a resztą grupy. Nie mogą oni robić nic bez pozwolenia guru, no i oczywiście ogólnego przyzwolenia społeczności. Pieniądze, które zarobią, idą do guru, która nimi zarządza. Ona swoich hidźrów uczy i jest dla nich najważniejszą osobą - matką i ojcem zarazem. Wpaja im, że szczęście znajdą tylko, funkcjonując we własnej społeczności (taka indoktrynacja podziałała też na Sonię).

Tylko tu odnajdą siebie, tylko tu będą mieć szansę zrealizować się zarówno w życiu, jak i w pracy. Poza społecznością są przecież napiętnowani, wszyscy nimi gardzą. Nikt nie zna prawdziwego oblicza guru hidźrów. Mają one ponoć swoich zwierzchników, zwanych najakami. Niektórzy najakowie są silnie związani z półświatkiem. Wielu z nich jest kontrolowanych przez lokalnych mafiosów, którzy kontrolują wszelką nielegalną działalność, jak hazard, prostytucja czy nawet handel organami ludzkimi. A czasem sami najakowie hidźrów stają się naczelnymi mafiosami i wtedy oni przejmują kontrolę nad okolicą.

Powszechnie wiadomo, że w kastracje hidźrów wmieszani są nierzadko lekarze, ale oczywiście nie chwalą się tym, bo są za swoje usługi i milczenie dobrze opłacani. Wielu hidźrów żyje poza swoją społecznością. To najczęściej ci, którzy żyją z mężczyznami i kochają ich. Nie mają dzieci, choć w wielu wypadkach chcieliby je mieć. Jeżeli to pragnienie jest tak duże, że zamienia się w jeden z celów życia, po prostu adoptują sobie dzieciaki lub biorą pod opiekę kobietę z dzieckiem, traktując ją jak siostrę.

Podczas moich częstych poszukiwań prawdy o hidźrach nie słyszałem nigdy o żadnym wypadku przyłączenia się białego obcokrajowca - Europejczyka lub Amerykanina - do grupy hidźrów. Nie słyszałem też nigdy o żadnym porwaniu przez hidźrów białego dziecka, a tym bardziej dorosłego. I nie chciałbym o tym usłyszeć, szczególnie budząc się w jakimś nieznanym mi miejscu w otoczeniu dziwnie wyglądających, dość kanciastych, nierzadko nad wyraz "wyrośniętych" pań...

Fragment książki "Indie" Jarosława Kreta. Wydawnictwo Burda Książki. Premiera: 28 listopada 2018 r.

Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.




Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy