Reklama

Reklama

Każda bezdomność zaczyna się w domu

Grzesiek od osiemnastu lat jest osobą bezdomną /Styl.pl

Święta Bożego Narodzenia to dla większości Polaków czas radości i spotkań z najbliższymi. Są jednak wśród nas i tacy, których magia świąt nie dotyczy; co więcej – dla nich to najtrudniejszy okres w ciągu roku. Bezdomni. Szacuje się, że w Polsce osób bez dachu nad głową jest nawet 30 tys.

Warszawski Mokotów, ulica Magazynowa - to tutaj każdego dnia kilkadziesiąt osób ustawia się w kolejce po pomoc. Wydawane są posiłki, w razie potrzeby można otrzymać odzież. Jednak  zakres działań stowarzyszenia Mokotowskiego Hospicjum Świętego Krzyża jest zdecydowanie szerszy. Pracują tam m.in. psycholog, lekarz, radca prawny.

- Idea naszego działania jest taka, że wspieramy osoby w kryzysie. A istotnym elementem tego kryzysu jest zły stan zdrowia. Bardzo szybko się okazało, że większość tych osób, to ludzie w kryzysie bezdomności - mówi prezes hospicjum Paweł Chachulski.

Reklama

Chachulski prosi, żeby w kontekście jego działalności nie używać słowa "misja". Wychodzi z założenia, że to praca. Jak każda inna. A w nią zaangażowany jest od prawie dwudziestu lat. - Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża założyła moja mama. Wspomagałem jej działania z zewnątrz - na zasadzie wolontariatu. Z czasem stałem się etatowym pracownikiem hospicjum. Po śmierci mamy przejąłem funkcję prezesa - dodaje.

Nadrzędnym celem stowarzyszenia jest doprowadzenie do takiej sytuacji, by każdy z jej podopiecznych stał się osobą samodzielną, żyjącą na własny rachunek. Dlatego tak ważne jest, by bezdomnym zapewnić kompleksową pomoc.

- Zawsze powtarzam, że każda bezdomność zaczyna się w domu. Statystycznie najczęstszą przyczyną bezdomności są nie eksmisje, a konflikty rodzinne. Życie w schronisku nigdy nie zastąpi życia w domu. To nie jest dom. Jedyne co możemy zrobić, to zapewnić tym ludziom namiastkę ciepła, zwłaszcza podczas świąt - mówi Chachulski.

Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża, jak co roku, dzień przed wigilią zorganizuje świąteczną kolację dla potrzebujących. 24 grudnia Chachulski daje pracownikom wolne, a sam jedzie do schroniska na ul. Dojazdową w Warszawie, złożyć podopiecznym życzenia.

- Organizowanie cyklicznych kolacji świątecznych dla bezdomnych jest ważne nie tylko dlatego, że zasiądą do stołu i zjedzą posiłek. Ważniejsze jest to, że do tego stołu nie usiądą sami. Nawet, jeśli są dla siebie ludźmi obcymi, mogą liczyć na wzajemną życzliwość - mówi prezes MHŚK.

Przy ruchomych schodach na Placu Zamkowym, naprzeciwko najdroższego hotelu w Warszawie, przy bankomacie, pod Pałacem Kultury, na przystanku. Jedni proszą o kefir i twaróg, od innych czuć woń alkoholu, więc wprost pytają o złotóweczkę do piwa. Każdy ma swoją historię, każdy z nich przeżył swoje dramaty, ale wspólnym mianownikiem wszystkich jest bezdomność.

Adik

Pół Europy już zwiedziłem. Warszawa pod kątem socjalnym dla takich jak ja wypada całkiem przyzwoicie, a już na pewno lepiej mi tu, niż w Londynie. Mieszkałem długo w Sztokholmie, w Berlinie. Codziennie myślę, żeby jednak pojechać na Zachód. Gdzieś, gdzie jest cieplej. W Polsce zima w końcu mnie zabije. Czasami potrafię nie spać przez dwa tygodnie. Łażę nocami, gdzie nogi poniosą i Bóg wskaże. Oni myślą, że jestem pijany, bo mam czerwone i spuchnięte oczy.

Tylko gdyby za brak biletu w autobusie tak nie ścigali.

Po rozwodzie trafiłem na ulicę. Pojechałem do Skandynawii. Tam zostałem bezdomnym. To już 18 lat. Przestałem pić, palić. Nawet kawę odstawiłem.

Czy w święta się smucę? Każdego dnia się smucę. Nie ma o czym mówić, nie pytaj mnie o wspomnienia z rodzinnych świąt. Nie chcę słyszeć o mojej rodzinie. Tfu.

Ja muszę po prostu przetrwać kolejny dzień. Bo kim ja jestem? Dla społeczeństwa ja nie istnieję. Nie mam pracy, nie mam domu. Jestem bezdomny. Jestem w Warszawie, na ulicy. Jestem nigdzie.

Uciekam mordko, bo za godzinę na Wilanowie rozdają ciepłą zupkę.

Zlata

Przez  całe życie byłam na Ukrainie pielęgniarką. Sama sobie radziłam, bo mąż zmarł, kiedy mój Dima miał dwa latka. Nie było mi łatwo, ale przynajmniej miałam dach nad głową i pracę.

Mówili, że w Warszawie zarobię. W przychodni na Pradze wzięli mnie do sprzątania, bo słabo u mnie z językiem. Później w sklepie stałam za ladą. Szef zamknął biznes. Kto mnie teraz weźmie w takim wieku? Mam 67 lat. Od trzech miesięcy jestem bez pracy.

Nasze święta są szóstego stycznia, ale do końca grudnia muszę się wyprowadzić z pokoju. Nie mam już na opłaty. Wszystko wysyłałam synowi. Do czego mam wracać? Dima mieszka u nas z dziewczyną. Na dwudziestu metrach się nie pomieścimy.

Sama będę w wigilię. Boję się, że na ulicy albo w noclegowni. Mój Dima nie wie. Wstydzę się. Może jeszcze jakoś się ułoży.

Kupi mi pan twaróg i jogurt?

Staszek

Tu przy schodach przynajmniej jest ciepło i można usiąść. Ochrona zimą raczej się nie czepia. Wieczorem ruszę się pod dworzec, bo w czwartki rozdają jedzenie. Tylko kolejka bardzo długa i trzeba trochę postać. Zimno się zrobiło.

Alkohol zmiótł mnie z życia. Przepiłem wszystko. Dom, rodzinę, firmę. Prawie sto tirów miałem. Nie mam do nikogo pretensji. Radzę sobie na ulicy. 

Wigilia? Teraz to już dzień jak każdy inny. Nie myślę o tym, jak było. Nie chcę pamiętać. Myślę, jak się najeść i napić. W wigilię przechylę wcześniej niż zazwyczaj, żeby szybciej się upić i zasnąć.  

 Wojtek

Uzależnienie. Z przerwami, ale jednak uzależnienie sprawiło, że skończyłem na ulicy. Najpierw były narkotyki, później alkohol. Może też moja niespokojna dusza artysty... Piszę poezję, trochę maluję. Była we mnie pokusa, żeby żyć na krawędzi, tańczyć, bawić się.

Ojciec nie żyje, a matka nie chce ze mną rozmawiać, bo nie akceptuje moich wyborów. Urodziłem się we Wrocławiu, ale szczególnie związany jestem z Gdynią, gdzie mieszka moja mama. Od kilkunastu lat jestem w Warszawie.

Te święta spędzę z dziewczyną. Wcześniej ich nie było. Nie chodziłem nawet na wigilię dla bezdomnych. Wolałem przyćpać i odlecieć, żeby nie rozmyślać.

Od kilku tygodni jestem trzeźwy. To dla dziewczyny, nie dla siebie. Zakochałem się.

 Krzysztof

Miałem sklep na Sadybie. Zwykły warzywniak, ale nie mogłem narzekać. Z wykształcenia jestem elektrykiem. W fabryce telewizorów też pracowałem. Żonie odbiło. Od tego się zaczęło. Cały dom miałem na głowie, a ona bawiła się w przedstawiciela firmy kosmetycznej. Złotówki nigdy nie przyniosła. To się rozwiodłem. I się posypało wszystko.

Nie widzę na prawe oko. Kolana mam zniszczone. Składałem podanie o wcześniejszą emeryturę, ale odrzucili. Może za dwa lata znowu spróbuję.

Na wigilię pójdę do mamy. Ma już 90 lat. Schorowana bardzo. To chyba nasze ostatnie wspólne święta. Jak ona odejdzie, to ja chyba też. Nie mam już siły poniewierać się po ulicy. 

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: bezdomność | bezdomni | święta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy