Reklama

Reklama

Kto się boi bliskości?

Lęk przed bliskością to wielokrotnie omawiane i pozornie dobrze znane zjawisko. O dziwo jednak osoby nim dotknięte często uważają, że ów problem ich nie dotyczy. Fenomen ten, w książce „Jak się nie bać bliskości. O budowaniu dobrych więzi” opisuje Stefanie Stahl. Poniżej publikujemy jej fragment.

Zaobserwowałam, że osoby lękające się związku odsuwają daleko od siebie myśl, że mogą mieć kłopot z bliskością. Partnerzy takich osób nie mogą połapać się w gąszczu sprzeczności i niespójności w zachowaniu ukochanej osoby i nie potrafią nawet nazwać po imieniu tego zjawiska. Podobnie jest z ludźmi, którzy (koniecznie!) chcą związać się z kimś lękającym się bliskości, ale nie potrafią go przy sobie zatrzymać i mocno do siebie przywiązać (...). 

W rzeczywistości ludzi takich jest całkiem sporo, ale rzadko stawiana jest prawidłowa "diagnoza". Moim zdaniem wynika to z przeróżnych obliczy, jakie lęk przed związkiem może przybierać. Chciałabym więc przedstawić różnorodne formy lęku przed bliskością i wyjaśnić ich psychologiczne przyczyny. Tylko przez rozpoznanie i zrozumienie tego lęku osoby nim dotknięte mogą coś w swoim życiu zmienić. Również partnerzy ludzi dotkniętych lękiem przed związkiem i osoby widzące się w tej roli mogą zmienić swoje zachowanie tylko wtedy, gdy zrozumieją przyczyny tego zjawiska i uświadomią sobie, dlaczego tacy ludzie są dla nich niezwykle pociągający.

Reklama

Obojętne, czy w związek wchodzą osoby, które potrafią stworzyć więź, czy osoby charakteryzujące się lękiem przed bliskością, i tak w pierwszej fazie znajomości najczęściej pojawia się ekscytujące uczucie zakochania.

Większość ludzi przeżyła to uczucie przynajmniej raz, a zazwyczaj wiele razy. Oczywiście większość, nie wszyscy. Nie będzie to odkrywcze, jeśli przypomnę, że romantyczne małżeństwo z miłości jest wynalazkiem ostatniego stulecia, podczas gdy wcześniej zawierano małżeństwa z rozsądku.

Miłość przychodzi po latach

W krajach muzułmańskich po dziś dzień mówi się: "Miłość przychodzi po dziesięciu latach". To właściwie bardzo mądre podejście, ponieważ miłość i partnerstwo oznaczają przede wszystkim odpowiedzialność za siebie nawzajem i bycie dla siebie "na dobre i na złe". Głębokie uczucie czułości pojawia się wtedy, gdy idzie się wspólnie przez życie, można na sobie polegać i czuje się troskę i zainteresowanie drugiej osoby.

Warunkiem pojawienia się tych uczuć nie musi być zakochanie na początku związku. Są one wynikiem rzeczywistych doświadczeń przeżytych z partnerem, które gromadzi się przez lata. Natomiast w fazie zakochania projektujemy własne tęsknoty i marzenia na partnera. Widzimy w nim osobę, która spełni wszystkie nasze pragnienia. Jednak ten oszałamiający stan na początku wielu związków ma niewiele wspólnego z miłością. W naszym zachodnim świecie jest tak, że najpierw przychodzi zakochanie, a jeśli uczucie zostanie odwzajemnione, próbuje się stworzyć związek z daną osobą. Jeśli ma się szczęście, zakochanie przeradza się w miłość, która trwa przez lata, czasem aż do śmierci.

Nie ma jednak gwarancji, że miłość rzeczywiście się rozwinie. Postawię teraz być może prowokacyjną tezę, że relacje miłosne przebiegałyby prawdopodobnie znacznie pomyślniej, gdyby to rodzice lub dobrzy przyjaciele wyszukiwali partnera czy partnerkę. Dobrzy przyjaciele czy rodzice (o ile są ludźmi rozsądnymi) potrafiliby spojrzeć na sprawę z odpowiednim dystansem, słuchając głosu rozsądku, co byłoby szansą na znalezienie danej osobie partnera, który rzeczywiście do niej pasuje. Zakochanie nie jest natomiast najlepszym doradcą w tej sprawie. Gdy jesteśmy zakochani, mamy tendencję do patrzenia na wybrańca nie tylko przez różowe okulary, ale nieraz wręcz w całkiem zniekształcony sposób. A na siebie samych notabene również, ponieważ zwykle nie mamy świadomości wewnętrznych doświadczeń i schematów, którymi się kierujemy i które ostatecznie mają duży wpływ na to, w kim się zakochamy. Dlatego zakochanie to czysta ruletka, w której na ślepo, a przynajmniej nieco oślepieni, stawiamy wszystko na jedną kartę.

Jak na egzaminie

Zakochanie tak czy owak jest dziwnym stanem. Mój dobry przyjaciel reprezentuje chyba rzadki pogląd, że stan ten jest okropny i nie chciałby go przeżywać nigdy więcej. Jest żonaty, i to, na ile mogę to ocenić, bardzo szczęśliwie, nie należy też do osób lękających się bliskości, na których skupię się w dalszej części książki. (Przy czym warto zaznaczyć, że również osoby stroniące od bliskości czasem dają się namówić na małżeństwo!) Ów przyjaciel tak wypowiada się na temat zakochania: "Koszmarne uczucie, wszystko przewraca się w żołądku, traci się apetyt, wszystkie myśli krążą wokół jednej kobiety, można oszaleć. Traci się nad sobą panowanie, a ciało drży. Jak można chcieć przeżywać ten stan?".

I ma rację. Zakochanie odczuwamy w podobny sposób jak stres egzaminacyjny, którego każdy normalny człowiek nie lubi. Gdy wyobrazisz sobie, że odczuwasz wszystkie oznaki zakochania tuż przed egzaminem, siedząc już na korytarzu, a drzwi zaraz się otworzą i zostaniesz poproszony do środka, stwierdzisz, że zakochanie i stres egzaminacyjny są do siebie zadziwiająco podobne. W obydwu sytuacjach pocą ci się ręce, czujesz ucisk w żołądku, nie sposób myśleć o niczym innym i tak dalej. Czekając przed drzwiami sali, w której odbędzie się egzamin, oczywiście będziesz myśleć, że dokucza ci stres egzaminacyjny, a nie zakochanie.

Dlaczego w takim razie nasze ciało w tak podobny sposób odczuwa pozornie zupełnie różne od siebie sytuacje? Ponieważ nie da się go oszukać - zakochanie jest rodzajem stresu egzaminacyjnego! Podobnie jak trema, która również jest odmianą stresu egzaminacyjnego. W fazie zakochania myśli tylko pozornie kręcą się stale wokół obiektu westchnień. Tak naprawdę krążą, jak w wielu innych sytuacjach, ciągle wokół własnej osoby. Czy jestem dostatecznie atrakcyjny lub atrakcyjna? Czy ona lub on uważa, że jestem interesujący lub interesująca? Czy jestem w jej lub jego typie? Wraz z pogłębieniem się relacji rodzą się kolejne pytania. Czy jestem na tyle fajny czy fajna, że ona lub on zechce zostać ze mną na zawsze? Czy nie będzie chciał uciec, gdy pierwszy raz zobaczy mnie rano bez makijażu? Czy gdy zobaczy, jaki jestem naprawdę, nie straci zainteresowania moją osobą?

Strach o "cząstkę siebie"

Ceniona przeze mnie autorka książek i psycholog Elisabeth Lukas trafnie ujęła tę kwestię: "Trzęsiemy się o cząstkę siebie". Swoją drogą tak samo jest, gdy partner nas zostawi. Wówczas zadajemy sobie pytania: co zrobiłem nie tak? Czy nie byłam dostatecznie piękna/inteligentna/miła/pełna zrozumienia (wyliczenia te można mnożyć w nieskończoność)? W tej sytuacji co prawda już nie drżymy o siebie, tylko opłakujemy "cząstkę siebie". Wewnętrzny dramat pogłębia się, gdy partner porzuci nas dla kogoś innego. W czym on albo ona jest lepszy albo lepsza ode mnie? Czujemy się zupełnie bezwartościowi i dotknięci do żywego, że ktoś może być lepszy od nas.

Pytania: "Czy uda mi się ciebie zdobyć?" i "Czy zostaniesz przy mnie?", są ściśle związane z poczuciem własnej wartości. Postrzega się je jak rodzaj sprawdzianu, i to sprawdzianu egzystencjalnego, w którym przedmiotem egzaminowania są takie kwestie jak: czy jestem godny miłości, czy dostanę w życiu to, czego pragnę, czy mogę mieć w życiu wpływ na to, co jest dla mnie bardzo ważne, czyli czy zdobędę tego jedynego partnera i zatrzymam go przy sobie. Z tego właśnie względu wielu osobom załamuje się świat, gdy zostaną opuszczone, a przynajmniej gdy bardzo im zależy na relacji i zaangażowały się w nią całkowicie. Sądzę, że gdy przeżywamy zawód miłosny, w dziewięćdziesięciu procentach opłakujemy sami siebie. Miłość i związki pełnią funkcję zabezpieczania poczucia naszej wartości, czyli samozachowawczą, a tym samym w subiektywnym odczuciu "decydującą o przeżyciu". Na podstawie podobnego mechanizmu powstały w naszej głowie schematy takie jak: "Jesteś częścią mnie", "Nie mogę bez ciebie żyć" czy "Stracić ukochanego człowieka to jak stracić życie". Do znaczenia związku dla poczucia własnej wartości dochodzi egzystencjalne znaczenie więzi. My, ludzie, jesteśmy genetycznie zaprogramowani do tworzenia więzi, do życia we wspólnocie. Z tego względu na głębokiej, egzystencjalnej płaszczyźnie utrata więzi jest dla nas równoznaczna z ogromnym zagrożeniem.

Chcę i nie chcę

 Podczas gdy "normalni" ludzie biorą pod uwagę, że wchodząc w związek, mogą zostać opuszczeni oraz że relacja zawsze niesie ze sobą ryzyko rozpadu, osoby lękające się związku nie sięgają myślami tak daleko. Zawsze zachowują pewien bufor bezpieczeństwa, nie do końca angażując się w relację z partnerem lub całkowicie unikając związków. Stosunek takiego człowieka do związków można określić jako "chcę i nie chcę" albo "nie chcę", ale nigdy jako "chcę".

 Istotnym powodem tej postawy u osób lękających się bliskości jest głęboko zakorzenione, zazwyczaj nieuświadomione, przekonanie, że rzeczywiście nie przeżyliby tego, gdyby partner ich opuścił. W głębi duszy taka osoba jest pewna, że oznaczałoby to jej koniec. Natomiast ci, którzy ryzykują prawdziwą bliskość, są wewnętrznie przekonani, że wprawdzie byliby niezmiernie smutni, gdyby relacja się rozpadła, ale towarzyszy im głęboka pewność, że przeżyliby tę stratę, a kiedyś poznaliby osobę, z którą związek będzie udany.

To wewnętrzne zaufanie do samego siebie jest warunkiem, by móc zaufać innej osobie. Można tę myśl sprowadzić do prostej zasady: bez wiary w siebie nie ma wiary w innych ludzi. Osoby stroniące od bliskości nie są jednak zazwyczaj świadome swojego lęku przed porażką, który jest sednem ich lęku przed związkiem. Zamiast tego na myśl o trwałym związku czy nawet małżeństwie czują się ograniczane, jakby tkwiły w pułapce. Na płaszczyźnie świadomości odczuwają ogromne pragnienie wolności, dla której związek jest silnym zagrożeniem.

To pragnienie daje o sobie znać przede wszystkim, gdy znajdą się w stałej relacji lub gdy pojawia się groźba przekształcenia się luźniejszego związku w trwały. Dopóki nie są w stałej relacji, pozwalają sobie na bezbrzeżną tęsknotę za miłością i związkiem. Dlatego niektóre z tych osób błąkają się od jednego związku do następnego, ciągle szukając tej właściwej osoby. Inne żyją w pozornie trwałym związku lub wręcz w małżeństwie, uciekając się jednak do różnych taktyk, stwarzając na tyle duży dystans do partnera, by mogły trzymać w szachu swój instynkt podpowiadający im ucieczkę. Jeszcze inne z kolei są wiecznymi kawalerami lub pannami, w ogóle nie wchodzą w trwałe związki i lepiej lub gorzej ustawiły się w życiu singla. Lęk przed związkiem ma wiele obliczy. Może kryć się za przeróżnymi formami więzi i objawiać się zupełnie odmiennymi sposobami zachowania. Lęki leżące u ich podstaw łączy jednak jeden wspólny mianownik.

Stefanie Stahl, "Jak się nie bać bliskości. O budowaniu dobrych więzi", wyd. Otwarte.

Śródtytuły pochodzą od redakcji. 

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama