Reklama

Reklama

Miłość na zmianę

Najczęściej z matką, rzadko z ojcem. Po rozwodzie dziecko mieszka z jednym z rodziców. Za drugim tęskni. Nie musi. Może mieć dwa domy. Na tym polega opieka naprzemienna.

Czy to dobre rozwiązanie? Co czuje matka na pół etatu? Opowiada Zuzanna, mama Ewy.

Tydzień parzysty: Pobudka o 7. Kawa z grzankami. Jajka dla Ewy. Na skorupce Zuzanna rysuje flamastrem uśmiechnięte buzie. Dzieci lubią takie niespodzianki. W drodze do przedszkola mama z córką śpiewają w samochodzie na całe gardło: „Jesteśmy jagódki...”. Po południu smażenie naleśników – pięcioletnia Ewa pomaga, sama miesza ciasto. Przed dobranocką: – Układamy puzzle czy lego? – pyta Zuzanna. – Wolę „doktora”. Córka mierzy mamie temperaturę, robi zastrzyki. Najfajniejsze jest wieczorne czytanie. – Kocham cię – mówi Zuzanna. – Ja ciebie bardzo, bardzo, mamusiu. Ewa usypia w ramionach mamy. Tydzień nieparzysty: Pobudka o 7. Kawa przy akompaniamencie TVN24. Poranny jogging. W samochodzie zamiast dziecięcych piosenek audiobook "Bracia Karamazow".

Reklama

W pracy koleżanka wpycha zaproszenie na premierę: – Może zabierzesz dziś małą na "Królewnę Śnieżkę"? – W tym tygodniu jestem singielką. – Ewa u taty? Fajnie masz! To zapomnij, korzystaj z wolności! Zuzanna czuje ucisk w żołądku. Poczucie winy zabija wieczorem ostrym treningiem na siłowni.

Razem, czyli osobno

Z poczuciem winy Zuzanna nie radzi sobie do tej pory, chociaż od rozwodu minęły już trzy lata. – Mimo terapii małżeńskiej, prób bycia razem „dla dobra dziecka” nie udało się nam ocalić związku – opowiada. – Żarliśmy się non stop. Uznaliśmy, że rozstanie to szansa na lepsze życie. Dla nas. A przede wszystkim dla naszej córki.

Dla dobra dziecka Zuzanna chciałaby dziś przyjaźnić się z Marcinem – to wiele by ułatwiło, bo i tak muszą się ze sobą kontaktować niemal codziennie. Jednak na razie to niemożliwe, wciąż za dużo między nimi emocji. Bardzo powoli uczą się dogadywać. W szufladzie obok łóżka Zuzanna trzyma teczkę podpisaną: Pakt dla Ewy. Na pokreślonych kartkach w punktach zasady opieki nad pięcioletnią córką.

Zuzanna: – Nie było łatwo. Kiedy się rozstawaliśmy, Marcin chciał wojny: "To ty odchodzisz i rozbijasz rodzinę. Ona zostanie ze mną!" – groził. "Chciałbyś, żebym ograniczyła ci prawa? Więc nie zaczynaj” – walczyłam. Czułam się silna, bo wtedy prawo niemal z „automatu” stawało po stronie matki. Dziś już tak nie jest. Mimo prób nie dogadali się, z kim i na jakich prawach zostanie Ewa. Dopiero w sądzie na rozprawie Marcin „pękł”. Poprosił o przerwę. Przestraszył się, że straci córkę tylko dlatego, że jest ojcem. A nie matką.

– Nareszcie porzucił ten zajadły ton – wspomina Zuzanna. Marcin zaproponował negocjacje. Poprosili o pomoc mediatora. Pojawiła się szansa na pokojowe rozwiązanie sprawy. Zuzanna: – Nie zapomnę tej deszczowej środy. W kawiarni zamiast w sądzie budowaliśmy od nowa nasze rodzicielstwo. "To co robimy?" – zapytałam. "Nie chcę być w cieniu" – Marcin najpierw niemal krzyczał. "Byłem przy jej narodzinach. Przewijałem, kąpałem, usypiałem. Nie chcę być niedzielnym tatą" – złość zmieniała się we wzruszenie. "Nie zamierzam cię eliminować" – uspokajałam. "Wychowałam się bez ojca. Nie zafunduję córce takiego życia" – obiecałam. "Czy brali państwo pod uwagę model opieki naprzemiennej?" – spytał mediator. "Rozmawialiśmy o tym" – przyznałam. "Mam przyjaciół w Stanach, którzy swoim dzieciom stworzyli dwa wspaniałe domy. Może to dla nas najlepsza opcja?”.

Tamtej środy uwierzyłam w nas jako rodziców. Pomyślałam: mam pracę, którą kocham. Dzieląc się z Marcinem wychowaniem po równo, będę miała więcej czasu dla siebie, nie muszę się poświęcać, wpadać we frustrację, że sobie nie radzę z nadmiarem obowiązków. Ewa powinna na tym tylko zyskać. Będzie miała codzienny kontakt i z nim, i ze mną. „To najlepsze rozwiązanie”, zgodzili się, spisując swój „pakt”.

Punkt pierwszy: Mamy równe prawa do córki. Ewa ma dwa domy – żaden nie jest ważniejszy. Punkt drugi: Tydzień mieszka u taty, tydzień u mamy. Święta spędza u nich na zmianę. Wakacje ustalamy na bieżąco. Punkt trzeci: Gdy Ewa jest u jednego rodziców, ma nieograniczone prawo do kontaktu z tym drugim. Za jednym zamachem omówili niemal wszystko: że będzie wspólny lekarz, przedszkole w połowie drogi między domami. Zajęcia dodatkowe: angielski, balet, warsztaty twórczego myślenia. Równy podział kosztów, bo alimenty byłyby niedemokratyczne. Nawet codzienne detale: chodzenie spać, czas przed telewizorem, dietę. – Kiedy mieszkaliśmy razem, Marcin, wegetarianin, usiłował narzucić menu, ale Ewa zawsze marudziła o hot doga. Ustaliliśmy więc, że sama zadecyduje, czy chce jeść mięso, kiedy będzie starsza – wspomina Zuzanna. - Córka powinna mieć w dwóch domach jak najwięcej elementów wspólnych.

Posłuchali sugestii mediatora. – Od razu kupuję dwie płyty o "Kreciku", to jej ulubiona bajka – tłumaczy Zuzanna. – Żeby mogła go obejrzeć, kiedy zechce. Ostatnio chce codziennie. Ma tu i tu taką samą pościel. Ściany w ulubionym liliowym kolorze. Ewa pytana, gdzie jest jej dom, odpowiada bez zastanowienia: „na Dobrej i na Dąbrowskiego. U mamusi i u tatusia”. Na razie wystarcza jej wytłumaczenie mamy: „Sprzeczaliśmy się z tatą. Trochę tak jak ty z Jaśkiem w przedszkolu. Nie umieliśmy się pogodzić. Ale to nie znaczy, że mniej cię kochamy. Jesteś naszą ukochaną córeczką”.

Gorsza matka

„Wpędzisz dziecko w schizofrenię! Kto to widział dwa domy?”, ojcu Zuzanny trudno zrozumieć taki model. Sam wyprowadził się i zostawił rodzinę, by pojawiać się w życiu córki tylko okazjonalnie. – Dla niego takie rozwiązanie było oczywiste – mówi Zuzanna. – Przecież jeszcze niedawno słowo ojciec równało się „żywiciel”, regulaminowo poza domem. Dziećmi opiekowała się matka. Trudno przełamać stereotypy. Najgorzej było w zeszłą Wigilię – opowiada. – Nieopatrznie wspomniałam, że kłócę się z Marcinem o ferie zimowe. Musiałam wysłuchać: „Ewa powinna być z tobą cały czas. Czemu nie walczysz o dziecko?!". "Ona potrzebuje nas obojga" – próbowałam argumentować. "Trzeba było nie odchodzić”, usłyszałam.

Przy okazji rodzinnych spotkań wciąż daję się wciągać w te same dyskusje. Nie umiem się odciąć, zdystansować. W efekcie zbieram punkty karne za to, że Ewa ma troskliwego, kochanego i kochającego tatę. I za to, że ośmieliliśmy się zrobić coś wbrew obowiązującym stereotypom. Interpretacja: czy to ze mną coś jest nie tak? Może to źle, że zgodziłam się na taki układ? Dlaczego wszyscy uważają, że powinnam raczej podpierać się nosem, niż podzielić się opieką?

Pod choinkę dostałam od wujka książkę o wychowaniu dzieci. Dedykacja na pierwszej stronie: „Nic tak jak miłość matki nie przybliża nas do atmosfery w niebie”. Wyszłam na chwilę na taras i poryczałam się ze złości. Już wie, że nie działa tłumaczenie: „Lepiej, żeby Ewa patrzyła na kolejne awantury?”. – To jakaś hipokryzja! – oburza się. – Dlaczego nikt się nie czepia samotnej matki, której zamiast męża pomagają rodzice? Syn mojej kuzynki jest w ciągu dnia pod opieką dziadków. Śpi u babci, gdy mama wyjeżdża służbowo. W wakacje siedzi w lesie z dziadkiem.

Choć Gośka spędza mniej czasu z własnym dzieckiem niż ja, nigdy nie usłyszała: „Źle zrobiłaś”. Tego społeczeństwo nie komentuje. Przyjaciółki Zuzanny mają powoli dość tej sytuacji. „To obsesja”, mówią. Kiedyś babskie wieczory polegały na obgadywaniu facetów, piciu wina, oglądaniu "Seksu w wielkim mieście". Teraz Zuzanna chce rozmawiać tylko o jednym: „Czy jestem złą matką?" - Poniedziałek: basen. Wtorek: teatr. Wczoraj pomalowałyśmy karmnik dla ptaków. Dwie godziny rano. Cztery wieczorem. Jestem wyłącznie dla niej – opowiada.

Pusty garnek

Jedna z koleżanek: – Wyluzuj się. Wczoraj spędziłam z synem pół godziny, w drodze do przedszkola. Mąż go odbiera i kładzie spać. Mamy kredyt, wzięłam dodatkową pracę. – Ona nie ma wyrzutów sumienia – zastanawia się Zuzanna. – Choć faktycznie spędza z dzieckiem mniej czasu. Bo nie jest mamą na pół etatu jak ja.

Blaszany garnek z dziurami – tak Zuzanna myśli o sobie, gdy nie ma Ewy. Tęskni. Robi zakupy, jakby córka była w domu. W sklepie przy kasie wrzuca do koszyka jajko z niespodzianką. Maskotkę albo książeczkę. Wie, że to zagłuszanie pustki. I podświadoma chęć zadośćuczynienia prezentami. Jakby chciała przeprosić: „Córeczko, wybacz, że mnie nie było”. Stara się to kontrolować. Ale z drugiej strony coraz częściej łapie się na tym, że cieszy ją życie singielki. Kino. Zajęcia jogi. Zapisała się na wymarzone studia fotografii – jej koleżanki nie mają czasu na takie ekstrawagancje. Może pojechać sama na narty. I... chodzić na randki.

– Chciałabym w końcu stworzyć pełną rodzinę. Ale czasem dopada mnie chandra – przyznaje. Wystarczy przygodne zdanie usłyszane przypadkiem, tak jak ostatnio w jakimś serialu: „Sens życia to dziecko. Zrobię wszystko dla syna”, i trudno jej powstrzymać się od płaczu. „Ja nie zrobiłam wszystkiego”, myśli. Rok temu Zuzanna wybrała się do psychologa. „Czuję się niepełnowartościowa. Myślę tylko o tym, co jeszcze mogę zrobić dla córki. Jaką atrakcję wymyślić?" – wyznała. "Niech pani nie traktuje macierzyństwa z takim pietyzmem" – usłyszała. "Jest pani najlepszą matką. Miłość nie działa tylko wtedy, gdy dziecko jest obok". "A co, jeśli Ewa bardziej pokocha tatę?". "Jeśli ten układ ma działać, nie może pani rywalizować z ojcem” – terapeuta stwierdził stanowczo.

Zuzanna: – Przyznaję, że to trudne. Głupi przykład: kiedy Ewa wraca od taty i śpiewa "We Will Rock You", pytam: „Nauczyłaś się tego w przedszkolu?". – "Nie, u tatusia”. Zazdrość. I od razu: „A może też pośpiewamy?". "Popatrz, jak umiem zwijać skarpetki w kulki”, chwali się Ewa. „To nie ja jej to pokazałam”, panikuję. Mnie nie stać na atrakcje: wyjazdy na żagle, weekendy w Legolandzie w Danii. Najdroższe zabawki. A Marcina stać. Prawda jest prosta: mój pięćdziesięcioprocentowy pakiet udziałów nie daje mi kontroli nad życiem mojego dziecka. Bardzo trudno jest to odpuścić. Uciekają ważne chwile. Czasem mimowolnie karze za to córkę. „Boli cię brzuszek?" – niecierpliwi się "Pewnie znowu u taty zjadłaś za dużo cukierków”. Albo: „Nigdy nie wyleczymy cię z tego kataru, jeśli tata w takie zimno będzie zabierał cię na basen!”.

Na razie bezpośrednie upominanie Marcina nie skutkuje. Eksmąż wścieka się: „Zajmij się sobą, potrafię zadbać o córkę”, gdy Zuzanna wytyka mu: „Dziecko znowu wróciło zaziębione”. – Jestem zła – opowiada – a Ewa to czuje i instynktownie próbuje nas pogodzić. A tata to... A tatuś tamto..., jakby chciała mnie przekonać: on naprawdę jest fajny. Czuję się wtedy podle. Przecież to nie jej wina, że się z Marcinem nie dogadujemy.

Kara za nieobecność

Odbiera z przedszkola córkę po tygodniu niewidzenia. Ewa wsiada do samochodu naburmuszona.- W co się dziś bawiłaś? – W nic. – Chcesz pojechać na plac zabaw? – Nie. Dziesięć pytań – dziesięć odburknięć. Wieczorem płacz przy kąpieli: Tata nie każe mi myć zębów. Zuzanna: – Mój „aniołek” zmienia się w manipulantkę. Trudno wtedy o konsekwencję. Łatwiej byłoby odpuścić, ale wtedy pokażę dziecku, że jej strategia działa. Że to ona ustala zasady, grając na moich uczuciach.

Czasem puszczają mi nerwy. Jak ostatnio, gdy Ewa w histerii wykrzyczała: „Ja chcę do taty! Niedobra mama!”. Skąd taka reakcja? – zastanawia się Zuzanna. – Zaczęło się od odmowy: „Nie będziesz jadła słodyczy przed kolacją, ale potem dostaniesz budyń”. Płacz. Krzyk. Trzaskanie drzwiami. Nie poznawałam swojej córki, ale nie ustąpiłam. Półgodzinna histeria skończyła się słowami: „Chcę się przytulić. Ja-a chcę się przytulić ma-a-musiu”. Zdałam sobie sprawę: w ten sposób Ewa karze mnie za tydzień nieobecności. Usiłuje zwrócić na siebie uwagę. Łatwiej jej marudzić niż w „dorosły” sposób wyrażać uczucia: „Brakowało mi ciebie”. Całe szczęście przeważnie Ewa jest pogodna. Pełna energii. Sama prosi: „Mogę zadzwonić do tatusia? – Kocham cię”, krzyczy do słuchawki. A potem przytula się do mnie. Ma nas oboje.

Coś się zmienia

Zuzanna coraz częściej łapie się na tym, że jest... spokojna. Że jednak rozstając się, nie zniszczyli Ewie dzieciństwa. Na przykład wtedy, kiedy na balu w przedszkolu każdy chłopiec chce być z Ewą w parze. I gdy na placu zabaw natychmiast otacza ją wianuszek koleżanek. – Jest lubiana – chwali się Zuzanna. – Nauczycielki się rozpływają, że taka grzeczna, ale pełna inicjatywy.

Szuka wsparcia. Często loguje się na forum dla rodziców. Znalazła tam artykuł o opiece naprzemiennej, która w USA jest popularna od lat 80. W nim kilka zdań kojących jak balsam: „Dzieci wychowane w takim systemie mają mniej problemów emocjonalnych i większe poczucie własnej wartości niż maluchy wychowywane tylko przez jednego rodzica”. Ulga. I duma. Tego się trzyma, gdy wraca niepokój.

– Pogodziłam się, że ta huśtawka już zawsze będzie mi towarzyszyła. Czy dokonaliśmy z Marcinem właściwego wyboru? Czy to najlepsze rozwiązanie dla dziecka? Wciąż pracujemy nad tym systemem – tłumaczy. U Zuzanny w pokoju Ewy stoi fotografia: Marcin z córką „na barana”. – Długo walczyłam, żeby także moje wspólne zdjęcie z dzieckiem znalazło się u niego – opowiada Zuzanna. – Podobnie jak o telefony do Ewy, gdy nie ma jej ze mną. Ale on też zaczyna chyba rozumieć, że nasze światy muszą się przenikać, nie możemy być wrogami. Wystarczy spojrzeć, kiedy Ewa jest najszczęśliwsza. Gdy we dwójkę bijemy jej brawo podczas przedstawienia w przedszkolu. Gdy wpadam do Marcina, żeby zabrać córkę do kina.

Gdy – jak w dzień dziecka – wybraliśmy się na festyn. Ja malowałam Ewie buzię. Tata pomagał lepić zwierzaka z gliny. Razem puszczaliśmy bańki mydlane. Przy rozstaniu nie było histerii. Córka przytuliła mocno Marcina: „Pa, pa, tatusiu, do zobaczenia za kilka dni”. Nasza dojrzała pięciolatka. Zuzannę męczy absurdalny sen. Pokój Ewy jest pusty. W lodówce nie ma „dziecięcych” przysmaków. W komodzie zostały pojedyncze skarpetki.

Dziecko zniknęło. Telefon do Marcina: „Chcę rozmawiać z córką!”. Odpowiada młoda kobieta. To nastoletnia Ewa. – „Wyprowadziłam się. Wolę mieszkać u taty”. – Wiem, że przyjdzie taki moment, gdy to ona zdecyduje, co dalej – mówi cicho Zuzanna. – Na razie to my ustalamy zasady. Ale trudno będzie sprzeciwić się nastolatce. Zobaczymy wtedy, czy nasz system się sprawdził. Wciąż boję się tego testu.

Marta Bednarska

TS 01/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy