Reklama

Reklama

Natalia Lesz: Inność jest zaletą

Natalia Lesz spełnia się jako aktorka, piosenkarka, ale przede wszystkim: mama, fot. Błażej Żuławski /materiały prasowe

Nie lubi analizować przeszłości, woli wyciągać wnioski i iść do przodu. Jej ważne role tu i teraz to Ragana w "Koronie Królów" i mama Alicji w życiu prywatnym. Chętnie nasłuchuje sygnałów przyszłości: oto nadchodzi nowe wyzwanie dla Natalii Lesz.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Rok 2009, lotnisko Chopina w Warszawie. Pewna młoda kobieta po jedenastu latach w USA przylatuje do Polski na chwilę... i zostaje na stałe. To pani historia. Co zadecydowało?

Natalia Lesz: - Tak, faktycznie nie planowałam zostać w Polsce. Złożył się na to splot spraw, kilka przyczyn, osobistych i zawodowych. Przede wszystkim tu została cała moja rodzina, zwyczajnie za nimi tęskniłam i chciałam być blisko. Po drugie dostałam szansę zawodową - Piotr Kabaj, dyrektor ówczesnego Pomatonu (wytwórni płytowej - red.) podpisał ze mną kontrakt na płytę. A ja o tym od dawna marzyłam! Już w czasie studiów aktorskich w Stanach nagrywałam muzykę, sama dla siebie. Więc kiedy mogłam wydać płytę w Polsce, był to dobry powód, żeby przedłużyć pobyt... Potem życie się potoczyło, przyszły kolejne zdarzenia, które mnie pochłonęły zawodowo i emocjonalnie. I tak minęła ponad dekada. Wiele się zdarzyło, nowe role, miłość, dziecko, ukorzeniłam się.

Czy z perspektywy czasu to był dobry krok?

Reklama

- Staram się nie analizować, nie oceniać swoich wyborów z przeszłości. Niczego nie żałuję, nie mam w pamięci jakiejś decyzji, której bym absolutnie nie chciała powtórzyć. Wyjazd do Stanów był ważny - amerykańskie doświadczenie w dużym stopniu mnie ukształtowało. Miałam przecież 17 lat, kiedy wyjechałam i dostałam się na wydział aktorski na Uniwersytecie Nowojorskim. To jak teraz myślę i patrzę na świat, jaki mam stosunek do ludzi, budowało się właśnie tam. Jestem wdzięczna losowi za ten czas. Ale za ten, który spędziłam i spędzam w Polsce też. Bo mogę być blisko rodziny, bo tutaj przyszła na świat Ala. Jestem zadowolona z życia tu i teraz, a przy tym jestem otwarta na nowe przedsięwzięcia. Nie planuję jakoś bardzo daleko, ale nasłuchuję sygnałów zapowiadających ciekawe rzeczy w przyszłości.

Wróćmy na chwilę do przeszłości: do dzieciństwa w Warszawie, jeszcze peerelowskiej. Pamięta pani te czasy?

- Oczywiście że pamiętam! Migawki z pochodów pierwszomajowych i dwa programy w telewizji, które oglądali rodzice. I to, jak czekałam na dobranockę o dziewiętnastej. Kojarzą mi się z tamtą epoką bajki: "Wilk i Zając" i "Muminki", za którymi - przyznam się po latach - jakoś nie przepadałam. Był "Teleranek", program "5,10,15". Lubiłam bardzo "Piątek z Pankracym" z Arturem Barcisiem i Piotra Fronczewskiego w "Akademii Pana Kleksa". Uwielbiałam słuchowiska, a mama czytała mi mnóstwo klasyki: bajki Fredry, Konopnickiej. Na pewno te lektury mnie kształtowały.

- I teatr, bo od dziecka miałam kontakt z teatrem. Często chodziłyśmy z mamą do Teatru Rozmaitości, do Guliwera, Lalki. Teatr to zresztą rodzinna tradycja, mój dziadek był oświetleniowcem. Oświetlał spektakle w Narodowym i w Operetce Warszawskiej, spędził tam życie, był też statystą filmowym i teatralnym. Fascynacja przeniosła się na moją mamę, a potem na mnie. Mama, też artystyczna dusza, jest z zawodu fotografem. Ja - niezależnie od pogody, czekałam na aktorów po spektaklach, w deszczu czy chłodzie, aby tylko dostać autograf... Pamiętam też atmosferę i wnętrza Teatru Wielkiego: to jak pachniały marmury, jak tam było czysto i pięknie, jak inne to było od szarej codziennej Warszawy.

- Jeździliśmy też poza miasto, dużo czasu spędziłam na naszej działce nad Zalewem Zegrzyńskim. Miałam bardzo dobre dzieciństwo, wspominam te czasy z ogromnym sentymentem.

Może za wyjątkiem szkoły baletowej. Rzeczywiście było tak ciężko?

- Bywało, ale ja staram się nie celebrować trudnych chwil, tylko iść do przodu. Byłam zresztą zaprawiona do ciężkiej pracy i rywalizacji, do porównań, bo już jako mała dziewczynka zaczęłam jeździć na łyżwach i trenowałam na Torwarze łyżwiarstwo figurowe. Byłam więc przygotowana na zjawiska, z którymi spotkałam się w szkole baletowej. Nie wiem jak tam jest teraz, nauczyciele i sposób nauczania są już chyba inne, ale wtedy rzeczywiście główną metodą nauczania było krytykowanie, porównywanie, nierzadko zastraszanie. Zaniżanie ocen za to, że ktoś ma grubsze kości, inną budowę ciała.

- To była twarda szkoła życia, prawie osiem lat, ale patrzę na ten czas pozytywnie, staram się dostrzegać plusy. Na pewno takim plusem jest świadomość ciała, która mi się teraz bardzo przydaje w budowaniu roli, choćby w jej fizycznym aspekcie. Nie boję się ciężkiej pracy, można na mnie zrzucać wiele zadań i nie zniechęca mnie to, wręcz mobilizuje. Więc w jakiś sposób ta szkoła dała mi siłę, wypracowała we mnie cechy sportowca. Przetrwać taki reżim mimo wrażliwości i wzmocnić się w swoim działaniu, to prawdziwy trening życia, cenię go sobie.

Studiowała pani w Polsce i za granicą, na różnych uczelniach - aktorstwo w Nowym Jorku, Akademia Muzyczna w Polsce. Który etap był najlepszy?

- Najlepiej wspominam te cztery i pół roku na Uniwersytecie Nowojorskim, to było spełnienie marzenia. Jeszcze kiedy byłam w szkole baletowej, pragnęłam dostać się do artystycznej uczelni i kiedy to się udało, byłam szczęśliwa. Egzamin tam to długi proces, jest wiele wymagań, długo czeka się na wyniki. Pamiętam ten cudowny dzień, kiedy przyszła wiadomość, że się dostałam! Bardzo mocno to przeżyłam, chyba najsilniej ze wszystkich wydarzeń zawodowych. Późniejsze lata nauki to była prawdziwa przyjemność. Tam panuje niezwykła atmosfera, nikt nikomu niczego nie zazdrości, wszyscy podchodzą do siebie z sympatią - dla mnie, dziewczyny z Polski, to była bajka. Znalazłam się wśród młodych, otwartych, barwnych ludzi.

- Inność jest tam zaletą i wielokrotnie to podkreślano. Byłam jedyną Europejką na wydziale, uważano to za atut. Deklamowałam tego Czechowa i Szekspira z mocnym akcentem, wiem o tym, ale nigdy nie spotkałam się z żadną krytyką ani szyderstwem. Dogłębnie poznałam techniki aktorskie i pracowałam różnymi metodami, każda z nich wnosiła coś nowego do budowania roli. Czy to była Adler, Meisner czy Stanisławski - każda coś mi dawała. Najdłużej, bo przez cztery lata, uczyłam się techniki Stelli Adler, ale właściwie każda z metod dąży do tego samego: wydobycia totalnej prawdy emocjonalnej aktora, co jest potem bardzo pomocne w pracy. Po tych wielu latach w szkole baletowej było mi to potrzebne, pozwoliło dojść do siebie i do poczucia, że warto mieć marzenia. Ten czas dał mi mocnego energetycznego kopa i wiarę w siebie.

Wykształcenie przydaje się w pracy aktorskiej? Niektórzy mówią, że nie jest konieczne.

- Według mnie jest ważne. Bez doświadczenia szkolnego, bez nauki, można podchodzić do budowania roli w sposób czysto emocjonalny, intuicyjny. Ale aktorstwo to praca z emocjami i kiedy pracuje się długo, to trzeba powoływać się na technikę i wypracowany warsztat. Bo w którymś momencie może nastąpić kryzys, wypalenie emocjonalne, a pewne techniki pozwalają ratować sytuację. Kiedy jestem zmęczona psychicznie, wiem co robić, do czego sięgnąć, żeby moja postać nadal była wiarygodna.

Ważne spotkania - autorytety, nauczycielki, mentorki w pani życiu. Czy był ktoś taki?

- Jestem bardzo mocno związana z rodziną. Autorytetem i oparciem był i jest dla mnie tata (Aleksander Lesz, biznesmen, informatyk, założyciel firmy Softbank - przyp. red.). Ma cechy, które bardzo szanuję: prawość, szacunek do pracy, do innych ludzi. I ogromną miłość do życia, którą się dzieli i zaraża wszystkich wokół. Zawsze jest pochłonięty jakąś pasją, te pasje się zmieniają, ja je obserwuję i podziwiam. Tata to człowiek, który codziennie ma powód, żeby rano wstać i cieszyć się życiem.

- No proszę, a pytała pani o kobiety. Sama nie wiem czemu tak odpowiedziałam, to była odpowiedź z serca. Jeśli chodzi o mentorki - jest ktoś, kto wywarł na mnie duży wpływ - to profesor Renata Danel z Akademii Muzycznej w Łodzi. To wyjątkowa kobieta i wyjątkowy pedagog. Niezwykle mądra i silna, a zarazem z wielkim dystansem i poczuciem humoru. Wierzy w swoich uczniów, broni ich i sprawia, że czują się ważni i wartościowi. A to w zawodzie artysty bardzo ważne.

Nomadka czy warszawianka - czyli wybór miejsca do życia. Teraz Polska, ale za panią wiele podróży i miejsc: Los Angeles, Nowy Jork, Gruzja...

- Jednak nomadka. Warszawa jest w moim sercu miejscem szczególnym, tu się urodziłam, tu się najlepiej czuję, ale daleki świat wciąż wydaje mi się piękny i pociągający. Nie muszę mieć koniecznie stałego meldunku, dobrze mi w podróży. Lubię inne miasta. Nowy Jork to mój drugi dom. Spędziłam tam dużo czasu, schodziłam Manhattan i zawsze z radością chłonę tamtą atmosferę. Za to nigdy się nie odnalazłam w Los Angeles, a mieszkałam tam dwa i pół roku. A Gruzja? Gruzja byłą niesamowitą życiową przygodą. Warto takie przygody powtarzać. Wiem, że jeszcze wiele podróży przede mną.

Co zmieniło w pani życiu macierzyństwo?

- Po urodzeniu dziecka odsunęłam od siebie rzeczy, które wydają mi się zbędne. Uporządkowałam sobie w głowie co jest dla mnie najważniejsze i na co chciałabym poświęcać czas i energię. Zanim urodziłam córkę, wszystko ogromnie przeżywałam: sukcesy i porażki zawodowe, wyzwania, występy. Nadal czerpię wiele radości z mojej pracy i pasji, ale od kiedy pojawiła się Ala, nie jest to już sprawa życia i śmierci, skrajnych emocji, takich wręcz ekstremalnych doznań. Podchodzę do wszystkiego z większym dystansem. Wpływ córki jest duży, bo w sercu mamy ona teraz jest najważniejsza. Inne rzeczy plasują się obok, mimo że nie jestem kobietą, która własne potrzeby i pasje spycha na drugi plan dla macierzyństwa. Te dwa obszary się przenikają, ale nie jest tak, że jeden zjada drugi. Po prostu nastąpiła w moim życiu zmiana perspektywy.

- Jestem aktywna zawodowo i wiem, że to jest dla Ali dobre. Kiedy wracam z planu po całym dniu nieobecności, wreszcie jestem i opowiadam co się działo w pracy, ona ogromnie się tym ekscytuje. Ja też kiedy byłam mała chciałam mieć mamę pracującą i spełnioną.

Popatrzmy zatem w przyszłość: czy nadchodzi nowy projekt?

- Rozmawiamy akurat w ostatnim dniu pracy na planie serialu "Korona Królów", w którym grałam przez ostatnie półtora roku. Rola Ragany, pogańskiej wróżki, wiedźmy wszechwiedzącej, osoby bliskiej Władysławowi Jagielle, dała mi wiele satysfakcji. Ale już za chwilę wyjeżdżam na zdjęcia do nowego filmu fabularnego braci Węgrzyn, będzie to film o Gierku i epoce gierkowskiej. Dostałam rolę, ale producenci poprosili mnie, żebym stworzyła także muzykę i piosenki do tego obrazu, więc mam w związku z tym dużo radości i nowe, piękne wyzwanie.

I nie musi pani dokonywać wyboru między aktorstwem a muzyką.

- Życie mi to samo zweryfikowało. Szczęśliwa jestem, że mogę pracować w zawodzie jako aktorka, ale też mogę pisać swoją muzykę i teksty, na własnych zasadach, nie jestem związana z żadną wytwórnią muzyczną. Jeśli zdecyduję się coś wydać, to sama. Przyszedł taki etap, że moja praca po tylu latach zaczyna przynosić owoce. Jestem zdrowa, mam piękną córkę, los jest dla mnie łaskawy.

Rozmawiała: Katarzyna Droga

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy