Reklama

Reklama

O podróży konnej do najbardziej świętego miasta

W tureckim mieście Adiyaman wzbudził sensację, bo mieszkańcy wzięli go za popularnego aktora Engina Altana, w Hayacie - zaniepokojenie służb. Kristian Bergier wyruszył na niezwykłą wyprawę z Augustowa do Ziemi Świętej, przez Bliski Wschód, by znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Urodzony w Szwecji Polak jedzie do Jerozolimy konno i nie jest to łatwa podróż.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Jesteś w tej chwili w Erbil, w Kurdystanie. Czy jest tam bezpiecznie?

Kristian Bergier: - Ogólnie czuje się bezpiecznie, choć wiem, że w każdej chwili może się tu coś wydarzyć. Ludzie mnie bardzo przyjaźnie przyjęli, pomagają mi, są serdeczni. Czuję się tu dobrze, a jutro ruszam dalej.

Jak długo już jesteś w drodze?

- Wyruszyłem w tę moją pielgrzymkę dwa lata temu, ale miałem dłuższe przerwy. Jedną z powodów rodzinnych, drugą, kiedy złamałem  rękę, trzecią, kiedy urodziło mi się dziecko. W tej chwili jestem w drodze jedenaście miesięcy.

Reklama

Jaką trasę przebyłeś do tej pory?

- Przemierzyłem Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Grecję, Turcję i dotarłem do Kurdystanu. Teraz wybieram się do Iranu, żeby nie iść przez Bagdad. Później chciałbym znowu wejść do Iraku, do Basry, ale mam problem uzyskaniem wizy. Dalej chciałbym dotrzeć do Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej i w końcu przez Jordanię do Izraela, do Jerozolimy, która jest na dzień dzisiejszy celem mojej podróży. To jest mój plan, ale wszystko się może zmienić. Na początku chciałem przejść przez Syrię do Jordanii, ale zrezygnowałem. O ile wejście do Syrii byłoby możliwe, nie widziałem możliwości wyjścia.

Wiem, że długo się przygotowywałeś do tej podróży. Czy szczegółowo opracowywałeś trasę, planowałeś noclegi i konieczne formalności?

- Idę na żywioł i po drodze rozwiązuję problemy. Przygotowania były długie, bo najpierw musiałem zarobić na tę pielgrzymkę, następnie nauczyć się jeździć konno i poznać zasady opieki nad końmi oraz podstawy weterynarii. Ponieważ jestem z końmi sam cały czas, muszę umieć zadbać o ich zdrowie, wiedzieć, jak je podkuć. Musiałem też kupić sprzęt i same konie. Te przygotowania zajęły mi siedem miesięcy, po sześciu kupiłem konie.

W dawnych czasach infrastruktura była przygotowana dla ludzi podróżujących konno, ale od dawna już tak nie jest. Jak sobie radzisz?

- Wyruszyłem z Augustowa i przejście przez całą Polskę było czasem najintensywniejszej nauki. Wtedy najczęściej zachodziłem do wiosek i tam prosiłem o pomoc. Ludzie przyjmowali mnie serdecznie, pomagali mi, dzielili się swoją wiedzą. A wiedzę mają ogromną, bo niejednokrotnie wychowywali się z końmi i mieli z nimi do czynienia przez całe życie. W tej chwili konie już trochę znikają ze wsi, ale nadal jest ich sporo. I wciąż są ludzie, którzy się na nich znają.

Kiedy wyszedłem z Polski, przeważnie spałem w namiocie. Unikałem dróg i większej cywilizacji. Posługiwałem się mapą i kompasem, od czasu do czasu schodząc do wiosek, by zaopatrzyć siebie i konie. Zimą byłem bardzo uzależniony od pomocy, bo nie było trawy i musiałem prosić o siano i słomę dla koni. Ale ludzie bardzo mi pomagali, często sami pytali, czy czegoś mi nie trzeba. Bez nich taka podróż byłaby w dzisiejszych czasach niemożliwa. Podczas tej pielgrzymki cały czas polegam też na pomocy Pana Boga. I najczęściej ją otrzymuję. Kiedy trzeba nagle znajduje się weterynarz, albo kowal. Albo ktoś, kto zna potrzebną osobę.

Czy ludzie wszędzie są tak skłonni do pomocy?

- Ludzie bardzo pozytywnie reagują, kiedy widzą osobę, szczególnie obcokrajowca, na koniu. Konie podobno mają magiczną moc i rozpuszczają serca ludzi. I nawet ci, którzy są z reguły negatywnie nastawieni do innych, kiedy zobaczą konie, uśmiechają się i stają się przychylni. Oczywiście są różnice. Tu, w Kurdystanie, ciężko iść drogą, bo cały czas ludzie się zatrzymują. Chcą porozmawiać, zrobić zdjęcie, pytają, czy mogą pomóc. W Turcji zresztą jest podobnie. Zauważyłem jednak, że w miejscach, gdzie jest niebezpiecznie, gdzie ludzie są zagrożeni wojną, jak w zachodniej Turcji, albo gdzie jest dużo złodziei, jak w Rumunii czy Bułgarii,  ludzie są bardziej ostrożni i podejrzliwi.

A napotkałeś na trudności ze strony władz, służb?

- Tak. Problemy się zaczęły w Turcji. Najpierw nie wpuszczono mnie z Bułgarii do Turcji. Udało mi się przekroczyć granicę w Grecji. To był pierwszy formalny biurokratyczny problem. Później pojawiło się więcej kłopotów z policją i wojskiem. Podejrzewali mnie, że idę na dżihad, na walki w Syrii, że pracuję dla PKK lub YPG.

 We wschodniej Turcji bardzo często mnie sprawdzali, przyjeżdżało wojsko. Czasami nocą potrafili okrążyć mój namiot w 12 - 15 żołnierzy, a później mnie przesłuchiwali. Najpoważniejsze problemy zaczęły się, kiedy dotarłem do prowincji Hatay, gdzie toczą się walki między władzami a kurdyjskimi siłami YPG. Tam codziennie miałem co najmniej pięć przesłuchań, które trwały po 2- 3 godziny. Interesowały się mną różne służby: antyterroryści, wojsko, policja,  żandarmeria - wszyscy przesłuchiwali mnie po kolei. To było nieprzyjemne, ale z drugiej strony rozumiem, że na tamtych terenach toczą się walki.

Kiedy przekroczyłem granicę Iraku, przesłuchano mnie pierwszego dnia i od tamtej pory już nie miałem żadnych problemów. Spałem nawet w gościnie u wojska, u peshmergów. Tu już mnie nie podejrzewają i są bardzo życzliwi, nie miałem też żadnych problemów biurokratycznych, na granicy spędziłem  40 minut  i wszedłem do Kurdystanu. 

Czy na wypadek trudności masz zawsze przygotowany plan B?

- Wczoraj słyszałem kurdyjskie powiedzenie "Jak ktoś jest spragniony, to znajdzie wodę". Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć. Ale cały czas pamiętam o tym, że jestem na pielgrzymce. Staram się, próbuję, ale jeśli mi się nie uda, szukam innego sposobu. Słucham drogi, słucham znaków, nie idę na upartego, nie za każdą cenę muszę dotrzeć do Izraela. Może cel tej pielgrzymki jest inny, może gdzieś indziej mam dojść. Jestem otwarty na drogę i na inspiracje, które ona niesie. Na razie chcę przejść przez Irak. Jeśli się nie uda, to może znajdę jakiś statek. Wiem, że jest prom z Iranu do Bahrajnu, skąd mógłbym próbować dostać się do Arabii Saudyjskiej. Jak będzie, zobaczymy.

Mówisz o swojej wyprawie pielgrzymka. To znaczy, że chodzi o coś więcej niż poszukiwanie przygód?

- To jest wyprawa o mocno religijnym podłożu. Przez wiele lat byłem osobą poszukującą najlepszej drogi do Pana Boga. Szukałem w różnych religiach, czytałem na ten temat, podróżowałem, rozmawiałem. I jakoś logiką nie potrafiłem tego rozstrzygnąć. W końcu pomyślałem, że jeżeli ruszę na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, to wtedy Pan Bóg pokaże mi tę właściwą drogę. Wierzę, że jeśli mamy jakieś myśli, które nie dają nam spokoju, a są jednocześnie moralnie usprawiedliwione, to mogą one pochodzić od Pana Boga. Potraktowałem to jako inspirację i poszedłem za tą myślą. Tak więc to jest również duchowa podróż. Oddanie swojego życia w ręce Pana Boga i pozwolenie Bogu, aby mnie prowadził. Nie mogę oczekiwać czegokolwiek po tej podróży, mogę tylko i wyłącznie iść za tym, co słyszę. A jaki jest cel, gdzie dotrę, jak to wszystko się ułoży, to już nie jest w moich rękach.

 Czyli nadal poszukujesz?

- Tak, jestem osobą poszukującą. Ale po przejściu przez Polskę, Europę i dotarciu na Bliski Wschód nadal praktykuję katolicyzm i jestem z tego bardzo zadowolony. Tak jak i z mojej relacji z Panem Bogiem. Znalazłem bardzo wiele dobra wśród wielu kultur i religii, zauważyłem też, jak bardzo  intensywnie Pan Bóg działa w naszym życiu. 

Idziesz przez różne kraje, poznajesz różne kultury. Czy nie masz problemów z tym, żeby się dogadać?

- W większości krajów jakoś potrafiłem się dogadać. Na Słowacji po polsku. Moja żona jest Węgierką, więc na Węgrzech dzwoniłem do niej, jeśli potrzebowałem pomocy w porozumieniu się. W Rumunii można się dogadać po hiszpańsku. W Turcji było gorzej. Przeważnie angielski znają tylko ludzie w miastach. Musiałem nauczyć się podstaw języka, bo spędziłem tam prawie 5 miesięcy. I po jakimś czasie szło mi lepiej. Przeważnie potrzebuję tych samych rzeczy: owsa, pszenicy, słomy, wody, miejsca na nocleg. I wszędzie padają podobne pytania: skąd jestem, gdzie jadę, po co, czego potrzebuję. Nie trzeba znać wielu słów, żeby sobie poradzić. Do tego ludzie, którzy mają doświadczenie z końmi, dokładnie wiedzą, czego potrzebuję. Nie muszę nic mówić, oni wiedzą, że konie potrzebują schronienia na noc, siana, wody. Tu w Kurdystanie dużo ludzi mówi po angielsku, wiec nie mam problemów z dogadaniem się.

 Na koniach też się znają?

- W Turcji konie zniknęły, ale jest dużo zwierząt gospodarskich. Natomiast Polacy dużo lepiej znają się na koniach. W Kurdystanie są konie i inne zwierzęta. Jest też kultura gościnności i jeśli czegoś nie wiedzą, to za chwilę do kogoś zadzwonią i jakoś pomogą.

Konie kupiłeś  specjalnie na wyprawę. Możesz o nich opowiedzieć?

- Jeden ma dominującą krew hanowerską, drugi małopolską. Są starsze, mają 13 i 14 lat. Kupiłem je specjalnie na wyprawę, ale nie są to jakieś specjalne konie, nie były też drogie. Nie wybierałem długo, kupiłem je za drugim podejściem. Kiedy z pięciu koni na padoku podeszły do mnie dwa siwe i wiedziałem, że to konie dla mnie.

Nawiązała się między wami więź?

- Jest między nami specjalna relacja, bardzo długo podróżujemy razem.  Jednak ja zawsze będę człowiekiem, a one będą końmi, więc są przede wszystkim związane z sobą. Nie spuszczają się z oka. Jak tylko jeden się oddali, to drugi wpada w panikę i wyrywa się, żeby go dogonić. Przeważnie jadę na jednym koniu, a drugi nie jest uwiązany, biega sobie swobodnie. Ale jak nie będę miał jednego konia pod kontrolą, to one mnie zostawią i pobiegną. Już kilka razy były takie sytuacje, na szczęście w Europie, że musiałem dzwonić na policję i szukać ich. Za każdym razem udawało się je odszukać, choć dwa razy przy okazji mnie okradli. Ale cieszę się, że konie się odnalazły. To najważniejsze.

Zobacz także:


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy