Reklama

Reklama

Powtórka z miłości

Tym razem to już naprawdę koniec, myślały, rozstając się z partnerami. A potem dawały im następny szansę, i jeszcze jedną, i kolejną. Razem nie dawało się żyć, ale osobno było jeszcze gorzej. Każde rozstanie i powrót były trudną lekcją, mówią Anna, Zosia i Malwina. O co walczyły? Z czego nie chciały rezygnować? I dlaczego nie potrafiły inaczej?

Kto, jeśli nie my?

W garderobie Anny (33 lata) po prawej stronie ubrania w rozmiarze 38. Po lewej 36. Po prawej sukienki w kwiaty i kolorowe bluzki. Po lewej szarości i czernie. Ania: - Po rozmiarze można poznać, co słychać w moim związku. Rozstanie - waga w dół o pięć kilo. Powrót - rozkwitam.

Para jeszcze z czasów studiów medycznych: anestezjolożka Ania i kardiochirurg Paweł. Uśmiechnięci trzydziestolatkowie. Duet idealny. Tylko ich najbliżsi wiedzą: związek po przejściach. - Nasze małżeństwo to rodzaj wiecznie negocjowanego układu - opowiada Ania. Lata 90. Ania i Paweł są nierozłączni. Ich znajomi zmieniają partnerów, oni zawsze razem. Plany na życie: Wspólna praca, mieszkanie, pies, potem dziecko. Po roku związku wprowadzają się do kawalerki na Żoliborzu. Trzy miesiące później Paweł wiesza na wydziale ogłoszenie: "szukam pokoju do wynajęcia".

Reklama

- Szybko oblaliśmy test jako para - opowiada Ania. - Ja pragnęłam romantycznych wieczorów. Paweł wolał wypad z kolegami. Ja liczyłam każdy grosz, bo nie chciałam spędzić życia na 18 metrach, on przepuszczał stypendium na sportowy kajak. "Wyluzuj - mówił. - Jesteśmy za młodzi na stabilizację i rozsądek.

- Dorośnij", odgryzałam się. Nie chciał. Byli osobno, ale ciągle jakby przypadkiem spotykali się na wydziale. Zeszli się po pół roku. Było dobrze, aż do pewnego ranka. Ona wymiotuje. - "Chyba nie jesteś w ciąży? - pyta Paweł. - Nie, a gdybym była? Przecież myśleliśmy o rodzinie - mówi Ania. - Zmieniłem zdanie, nie chcę teraz dziecka". Łzy, ból, w końcu ona oznajmia: - "Rozstańmy się, zanim się unieszczęśliwimy". Wytrzymują bez siebie dwa miesiące. Spotykają się na imprezie u znajomych. Paweł podchodzi: "Wygłupiliśmy się, Anka. Sama powiedz, kto, jak nie my?". Eksplozja namiętności trwa trzy miesiące. Potem znajomi zapraszają ich na swój ślub. - "Zobacz jacy są szczęśliwi - mówi ona.

- Dają sobie poczucie bezpieczeństwa. - Ja ci go nie dam - szepce Paweł, patrząc jej w oczy. - To oddaj mi klucze" - Ania w gniewie wychodzi z kościoła. Sama. Po drugim rozstaniu z Pawłem wyjeżdża na narty. Chce zapomnieć. - Ktoś ze wspólnych znajomych doniósł mu, że dobrze się bawiłam - opowiada Ania. - Po powrocie czekał z kwiatami. Wychudzony, poszarzały. "Piłem przez trzy tygodnie. Nie daję rady bez ciebie. Chcę wrócić, wiele przemyślałem...". Marzyłam, żeby usłyszeć te słowa, ale tym razem postawiłam warunki: "Możemy zamieszkać razem, ale dopiero jako małżeństwo. I chcę mieć dziecko". Zgodził się od razu. Do ślubu szłam w drugim miesiącu ciąży.

Razem, czyli osobno

Opieka nad córką daje Ani w kość. Paweł ciągle na dyżurze albo pisze doktorat. Prawie nie rozmawiają. W końcu ona wyznaje: "Siedzę już w domu dwa lata. Mam dosyć". Mąż reaguje cudownie, kupuje wycieczkę na Teneryfę: "Mama zajmie się dzieckiem. Wszystko załatwiłem. Wreszcie będzie tak jak kiedyś, tylko we dwoje". Paweł ma gest: hotel przy plaży jest z klasą. Pierwszą noc się kochają. Potem cały dzień pływają w morzu, opalają, jedzą kolację w knajpie nad morzem. Jest romantycznie i namiętnie. Dla Ani to spełnienie marzeń. Następny dzień znów są razem, choć Paweł jest trochę rozdrażniony. - "O co chodzi? - pyta w końcu Ania. - Nie spędzę urlopu na plaży - słyszy od męża.

- Przecież sam wybrałeś to miejsce - mówi zaskoczona. - Tak. Dla ciebie. Ale nie wytrzymam kolejnych podobnych do siebie dni. Jutro idę w góry". Rano Paweł wkłada buty trekkingowe i rzuca: "Idziesz ze mną?". - Przed wyjazdem nawet nie powiedział, że ma takie plany - wspomina Ania. - Wzięłam tylko sandały! Poszłam, ale wróciłam z poranionymi stopami. I tak skończył się nasz wspólny urlop. On po śniadaniu szedł na kolejną wycieczkę, ja nad morze albo do spa. Nie tak wyobrażałam sobie wakacje we dwoje. On wyglądał na zadowolonego. Opowiedział nawet rozpromieniony, że wszedł na jakąś górę, a po drodze widział dużą jaszczurkę. Gdy wybuchnęłam płaczem, zrobił zdziwioną minę i wyszedł.

Po tygodniu nie mogliśmy na siebie patrzeć. Nawet na posiłki schodziliśmy osobno. Gdy spotkaliśmy się w pokoju, zapytał raz: - "O co właściwie ci chodzi?! - To miały być wspólne wakacje, a nie skauting dla chłopców! ", wykrzyczałam. Więcej rozmów nie było. W samolocie powiedziałam: "Powinniśmy się rozstać. Tylko skinął głową. - OK. Odpocznijmy chwilę od siebie, przeprowadzę się do brata.

- Nie zrozumiałeś, składam papiery w sądzie", wybuchnęłam, choć wcale tego nie przemyślałam. Po prostu doprowadziło mnie do szału, że on o mnie nie walczy. Dwa dni później nocował już u brata.

Pomyślałam "to koniec", ale córce powiedziałam: "Tatuś niedługo wróci. Musi coś załatwić". Paweł nie wpadał, nie odwiedzał dziecka. Po dwóch miesiącach dostałam od niego e-mail: "Obudźmy się, zanim się stracimy. Ja nie chcę rozwodu". - "Co państwa łączy? - pyta psycholożka. - Wspólnych mianowników jest coraz mniej - mówi Ania. - Ja w sobotnie poranki chcę się snuć po domu w piżamie. On biegnie na squasha. Ostatnio wymyślił, że pojedzie do Brazylii na trekking po dżungli. A ja marzę, żeby wybrać się w ciche, bezpieczne miejsce i mieć chwilę na książkę, rozmowę. Kiedyś chodziliśmy razem do teatru, kina. Dziś coraz częściej słyszę, że... - Przy tobie nie czuję się sobą..." - Paweł kończy za nią zdanie, spuszcza głowę.

Rytuał nadziei

Przez trzy miesiące spotykają się z mężem tylko na terapii. Ból, łzy i szok, gdy Paweł wyznaje: "Jest kobieta, która potrafiłaby dzielić moje pasje. Miesiąc temu pielęgniarka z oddziału pojechała ze mną na trekking po Kaukazie". Gdy Ania mówi "wybieraj", Paweł odpowiada: - "Nie muszę wybierać. To była jednorazowa przygoda, odreagowanie. Przepraszam. Chcę być z tobą. To się już nie powtórzy.

W obecności terapeutki Ania zaczyna płakać: - Ja też chcę być z tobą. Ale dla ciebie wspólne bycie to chwila, potem ważniejsze są twoje sprawy, twoja niezależność. Mijasz mnie zadowolony z siebie. Nie potrafisz nawet dostrzec, kiedy mam chandrę! Paweł mówi spokojnie: - Kocham cię, ale mamy inne potrzeby. Może powinienem czasem sam gdzieś wyjeżdżać. Potrzebuję silnych wrażeń, adrenaliny. Bez tego zaczyna mnie nosić. Daj mi więcej swobody, ja dam ci więcej uwagi. Spróbujmy". Rok później kończą terapię i znów są razem.

- Ile razy przez ostatnie dziewięć miesięcy miałam ochotę powiedzieć mu "nie wytrzymam z tobą ani dnia dłużej"? - zastanawia się Ania. - Ze dwa. Ale nie powiedziałam. Dotarło do mnie, że nie powinnam z tym igrać, bo... bez Pawła nie potrafiłabym żyć. Jest jedynym mężczyzną, który mnie interesował. Bywa, że jesteśmy nieprzystawalni, ale też wiele się zmieniło.

Paweł w sobotę przestał wychodzić z domu, bawi się z córką, czasem nawet dla nas gotuje. Może zrozumiał, że tym, czego potrzebuję, jest jego obecność, uwaga. Ja zgodziłam się, że raz w roku pojedzie gdzieś na "męską wyprawę". Razem zapisaliśmy się na jazdę konną. Wyprawa do stadniny to nasz stały niedzielny rytuał. Ostatnio mąż powiedział: może na świecie jest gdzieś lepiej pasująca do mnie połówka, ale nie chcę jej szukać. Potrzebowaliśmy kilku rozstań, żeby być razem. I niech tak zostanie.

Trudne przebudzenie

Zosia, 29 lat. Rozstawała i schodziła się z Arturem dziewięć razy, zanim przestała wierzyć we wspólną przyszłość. Dwa zaręczynowe pierścionki. Platynowy krzyżyk. Broszka, która należała do Poli Negri. - Każde świecidełko to wyraz skruchy. Nie pamiętam, ile razy wierzyłam: "ostatnie". Myślę, czy wystawić je na aukcji w internecie - mówi. - Byliśmy razem siedem lat. Co kilka miesięcy mówiłam: "To naprawdę już koniec". Ale nie potrafiliśmy żyć oddzielnie.

Siódma rocznica Zosi i Artura. Czteroletni Michał płacze: - "Kiedy tata wróci? Chcę, żeby mi czytał". Zosia stroi się dla niego. Artur staje w drzwiach z jej ulubionymi niezapominajkami. Szczęśliwa rodzina świętuje w świeżo wykończonym domu. Łosoś i wino. W telewizji program znanego dziennikarza. "Przespałabyś się z nim? - zaczepia Artur. - A może już to zrobiłaś".

Chwilę później Zosia odkrywa w koszu na śmieci butelkę po wiśniówce. Już wie. Artur pije rzadko, ale jeśli już, to dużo. Zawsze po alkoholu staje się zazdrosny i agresywny. Po chwili na podłodze ląduje jego talerz. "Wyjdź z domu, uspokój się", mówi Zosia. Przerabiali już ten scenariusz kilka razy. Dzień później on zawsze przeprasza. Zosia próbuje mu przypomnieć "ostatni raz i zapewnienia, że nigdy więcej". Ale on nie słucha, wrzuca niezapominajki do toalety. W końcu ona nie wytrzymuje: "Mam dość takiego życia. Tym razem nie żartuję. Chcę, żebyś odszedł".

Prawie ideał

- Każde nasze rozstanie kończyło się romantycznym godzeniem - mówi Zosia. Wyznania. Seks. Wakacje na Sardynii. Rejs po Morzu Śródziemnym. "Miłość na dobre i na złe", mówił Artur, ilekroć postanawiali z Zosią: Bądźmy jednak razem. On obiecywał: "Pójdę na terapię, spacyfikuję tę złość". Gdyby nie ten problem, byłoby idealnie. Zosia poznała Artura, gdy była jeszcze studentką szkoły aktorskiej. Wpadł jej w oko w schronisku górskim. - Jeździł na nartach jak szatan. Żartował jak Woody Allen. Wyglądał jak James Bond. I był we mnie wpatrzony - wspomina Zosia. "Takiego faceta spotyka się w życiu raz", mówiła przyjaciółkom.

Zazdrościły. Po ich trzecim rozstaniu zaczęły współczuć. Schemat zawsze był ten sam. Idylla. Seks. Czułość. Telefony: "Ciepło ci? Jadłaś coś?". A potem drobiazg wywoływał burzę. Na przykład jej gazeta otwarta na wywiadzie z jakimś znanym facetem. Wyzwiska. Zosia wybiega z mieszkania Artura w środku nocy. Przez tydzień odbiera błagalne maile: "Nigdy więcej nie zawiodę". Potem słyszy: "Wyjdź za mnie". Nawet nie pamięta, o co się pokłócili miesiąc wcześniej. Trzeci, piąty, siódmy raz - podobny scenariusz: atak złości, potem powrót anioła. Za którymś razem padają słowa, na które Zosia czekała: "Chcę mieć z tobą dziecko. Tylko z tobą". Artur ma łzy w oczach. Zosia:

- Przy nikim nie przeżywałam takiej huśtawki emocji, ale też nikt mnie tak mocno nie kochał. Gdy zaszłam w ciążę, byłam pewna: będzie lepiej. "Po co z nim jesteś? - pytały koleżanki.

- Przecież widać, że się nie zmieni. Chcesz tak żyć? - Nie jest przeciętniakiem - tłumaczyła Zosia przyjaciółce za każdym razem, kiedy znowu byli z Arturem razem. - Miał trudne dzieciństwo, jego matka odeszła z domu, gdy miał siedem lat. Psycholog powiedział mu, że reaguje agresywnie z lęku przed porzuceniem... A poza tym to naprawdę wyjątkowy facet, zaradny. Nie jakiś tam dzieciak".

Prawo do normalności

Artur jest pewny siebie, przedsiębiorczy. Ma sklepy ze sprzętem wysokogórskim i firmę PR. Gdy było dobrze, traktował Zosię jak królową: "Moja kobieta nie będzie piła zwykłej wody. Tylko perrier - mówił. - Jesteś najlepsza, najpiękniejsza, dostaniesz rolę". Tulił ją w przypływie dobrego humoru. - Był aniołem stróżem, który trzymał mnie na krótkiej smyczy - mówi Zosia. Po studiach grywałam małe role w teatrze. Artur mówił: "Po co ci to, chcę cię mieć dla siebie, w domu". I zawsze był cudownym ojcem. Dla Zosi to się liczy, bo swojego taty nie poznała. Artur był pierwszym ważnym dla niej mężczyzną.

- Przy nim uwierzyłam, że zasługuję na miłość - wyznaje. - Mówiłam: Chcę ci robić śniadanie, chcę, żebyś zabierał nas do wesołego miasteczka. Lubił spełniać moje życzenia. Dbał o dziecko. Pamiętam, jak wstawał w nocy, żeby podać synowi lekarstwo. Ale nagle w takiej idylli coś pękało. Awantura o nic. Agresja bez związku z sytuacją. Najpierw zaczęła myśleć o rozstaniu. Potem rozmawiać o tym z przyjaciółkami, matką. "Wracaj do domu, córeczko", usłyszała, gdy zapłakana zadzwoniła po kolejnej awanturze.

Impulsem do podjęcia decyzji był telefon z przedszkola: "Z pani synkiem coś jest nie tak. Siedzi w kącie, płacze, zaczął się jąkać. Czy państwo mają w domu jakąś trudną sytuację? - Zosię zatkało. A potem zaczęła płakać: - Nie chcę tak przeżyć życia. Artur jest nieprzewidywalny. Syn ma prawo do normalności. Nie chcę, żeby wyrósł na emocjonalnego kalekę jak jego tata". Rozstanie jest świeże. Od wyprowadzki z domu męża minęły dopiero cztery miesiące. Czy będzie powrót? Zosia kręci głową: "Dla mnie już skończyły się rozstania i powroty. Nigdy więcej nie chcę żyć pod cudze dyktando".

Przyjaciel czy mąż

Malwina za trzy miesiące po raz drugi poślubi Jarka. Szczupła 40-latka jest projektantką wnętrz. Ślub w stylu lat dwudziestych w pałacu w Jabłonowie wymyśliła i zaplanowała sama. Wciąż tylko nie wie, czy powinni z Jarkiem kupić nowe obrączki. Przecież noszą nadal stare.

Jest taki film wideo. Na ekranie data 22 listopada 1994. W USC Malwina w sukience z India Shopu szybko powtarza małżeńską przysięgę. Jarek z namaszczeniem, łzami w oczach. On chce ją pocałować w usta, ona szepce: "Rozmażesz mi szminkę". Ten ślub zaskoczył znajomych Malwiny. Nie zdziwił przyjaciół Jarka. Byli dziwną parą.

Ona opowiadała przyjaciółkom: "Sean Connery to on nie jest. Ale za to w wieku 26 lat zrobił doktorat". On zarzucał znajomych opowieściami: "Jest cudowna, zaskakująca. W życiu z nikim tak ciekawie mi się nie rozmawiało". Poznała go jako studentka romanistyki, on był starszym o kilka lat doktorantem. Przynosił na zajęcia stary adapter i winyle: Edith Piaf, Serge'a Gainsbourga. Któregoś dnia powiedział: "Właśnie zaczyna się przegląd filmów francuskich. Wybierzesz się?". - Poszłam - wspomina Malwina - z chęci odwetu. Jean-Pierre, Francuz, z którym była przez rok, porzucił ją właśnie dla starszej kobiety.

- "Trudno się w tobie nie zakochać - Jarek wyznaje już po kilku spotkaniach. - Chodźmy gdzieś potańczyć" - Malwina zmienia temat. - Nie nudziłam się z Jarkiem. Czułam się adorowana. Ale chyba zbyt intensywnie. Jarek był jak dywanik rozłożony u moich stóp. A ja chciałam kogoś, o kogo też musiałabym się starać. Potrzebowałam napięcia, namiętnej gry emocji, jakichś niedopowiedzeń.

Mam słabość do niereformowalnych drani, zawsze ekscytowali mnie trudni faceci. Kiedy ktoś taki z czegoś dla mnie rezygnował, miałam satysfakcję: "jestem wyjątkowa". Jarek draniem nie był. "Może w związku nie musi być dzikiej żądzy", myśli Malwina, kiedy pierwszy raz kocha się z Jarkiem. - Jak mówią bohaterki "Seksu w wielkim mieście", to był seks z litości - opowiada. - Nagroda dla Jarka za wytrwałość i oddanie. Za pomoc w remoncie. Za wspólny wyjazd w Pireneje. Za błyskotliwe liściki zostawiane za wycieraczką auta. Ale gdzieś z tyłu głowy odzywało się wypierane rozczarowanie: "I co, to już wszystko? Życie bez szalonej namiętności? Tak letnio, przyjaźnie, nijako?".

Do zakochania jeden krok

"Przyjaciel czy kochanek?", zastanawia się na randkach Malwina. Za to znajomi i rodzina są zachwyceni: Ależ ty masz szczęście. Taki inteligentny facet z klasą. Ona chce wierzyć. - To prawda, był ideałem, niczego nie mogłam mu zarzucić. Facet, na którego zawsze mogę liczyć, tylko czemu tak mało czułam? Zostaliśmy oficjalnie parą. Gdy prowadził wykłady, widziałam wzrok wpatrzonych w niego studentek. To działało na mnie jak afrodyzjak, bardziej niż wszystkie jego starania. Nie mogę stracić takiego faceta, przekonywałam siebie, byłabym głupia.

Gdy wprowadzałam się do kawalerki Jarka, miałam na palcu pierścionek zaręczynowy. Przyjęłam jego oświadczyny. Żeby odwołać je po miesiącu: "Musimy się rozstać. Nie będziesz ze mną szczęśliwy. Prędzej czy później zacznę szukać czegoś więcej, potrzebuję silnych wrażeń". Mama powiedziała wtedy: "Jesteś głupia. O takim mężczyźnie marzą kobiety". Odparowałam: "Ale nie ja". Po zerwanych zaręczynach Malwina romansuje z żonatym mężczyzną. Ma 25 lat i orientuje się, że jest w ciąży. Kochanek namawia na aborcję. Wygłasza cyniczne komentarze. - Chciałam się truć - wspomina Malwina. - W trzecim miesiącu poroniłam.

Kiedy obudziłam się w szpitalu, przy łóżku zobaczyłam Jarka. "Pomogę ci, zajmę się tobą". Gotował makarony, rozśmieszał, zdobywał moje ulubione czeskie filmy. Byłam zazdrosna, kiedy się śmiał, rozmawiając późną nocą z jakąś studentką. Poczuła, że traci "wyłączność". Zaczęła walczyć o Jarka. "Nie spotkam wspanialszego mężczyzny", przekonuje samą siebie. Trwałam w iluzji, że jestem o krok od zakochania, przecież mi się śnił, przecież byłam zazdrosna. Rozmarzony wzrok w oczach Jarka pojawił się już po kilku tygodniach jej starań. Dwa miesiące później jechali do Aten w podróż poślubną. Na zdjęciach: mąż i żona pod Teatrem Dionizosa. Na skuterze. Ona karmi go lodami.

- Pamiętam, o czym wtedy myślałam: Jesteśmy jak niemiecka para z folderu turystycznego. Niebawem zanudzę się na śmierć - wspomina Malwina. - Co wieczór prowokowałam konflikty: drażniło mnie, że Jarek je na stojąco, za długo czyta, że zbyt ostrożnie prowadzi skuter, składa spodnie w kant. "To małżeństwo jest pomyłką", Malwina po powrocie wyznaje koleżance. Pociesza się na imprezie u znajomych. Szuka ostrych emocji. Rano budzi się w łóżku poznanego nocą mężczyzny. Kolejny weekend, kolejne zdrady. - Po kilku takich numerach przyznałam: "Sypiam z innym". Jarek powiedział tylko: "Weź stąd, co chcesz". Sprawa rozwodowa trwała krótko.

Po rozstaniu z Jarkiem Malwina ma kilku kochanków. Żaden nie jest "dość doskonały". Nie daje nikomu szansy. Pewnie dlatego nikt nie zjawia się w szpitalu, kiedy przechodzi operację mastektomii. - "Kogo wpisać do karty jako najbliższą rodzinę? - pyta pielęgniarka. - Nikogo" - powiedziałam i nagle zaczęłam płakać. "Jestem widmem kobiety. Bez piersi. Bez włosów. Odrzuciłam miłość wiernego faceta, dla którego naprawdę byłam ważna. Kretynka! Nie zasłużyłam na wsparcie!".

Nie odbierałam telefonów. Chciałam, żeby świat zapomniał o mnie. We śnie widzi Jarka. - Okazało się, że to nie był sen - uśmiecha się dziś Malwina. - On tam naprawdę był. "Dowiedziałem się od znajomych. Nie możesz przechodzić przez to sama". Trzymał mnie za rękę. "Będę twoją prywatną pielęgniarką. Biorę tylko 20 zł za godzinę. No dobra, za dychę też wpadnę", żartował. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć, że straciłam takiego faceta dla mrzonek o namiętnych porywach. Kretynka!

Powtórka z miłości

Malwina: - Pozwoliłam mu wtedy, chyba pierwszy raz w życiu, zaopiekować się sobą. Zobaczyłam w Jarku silnego faceta z kilkudniowym zarostem, który zdecydowanym tonem zarządzał: "Dopóki nie staniesz na nogi, mieszkasz u mnie". Jarek śpi na kanapie w salonie. Stan Malwiny poprawia się, wyniki są coraz lepsze. - Symulowałam czasem złe samopoczucie - uśmiecha się przepraszająco. - Żeby Jarek otulił mnie kołdrą, pogłaskał po włosach, położył się obok. Ale on wracał na sofę. Znowu się starałam.

Zaczęłam mówić: "My. Nasze". On uważnie używał liczby pojedynczej. Czułam, że naprawdę zaczyna mi na nim zależeć. Czytałam jego publikacje naukowe, prawiłam komplementy: "Na kongresie w Paryżu będziesz gwiazdą. Tylko wróć do mnie szybko". Udawał, że nie słyszy - wspomina. - Twarda sztuka - śmieje się Malwina. Statusu "tylko przyjaciele" Jarek bronił pół roku. Mówił: "Ułożysz sobie życie beze mnie", a ja chciałam wierzyć: "Kłamie. Boi się, że znowu go zranię". Dziś wie: - Od nikogo w całym życiu nie dostałam tak wiele. Potrafił znów mi zaufać, choć kiedyś skłamałam. Bezwarunkowe oddanie - tak rozumiał miłość. I ja zaczęłam się tego od niego uczyć. Czy jestem w nim zakochana? - zamyśla się Malwina.

- Myślę, że to coś więcej. Dojrzałam do miłości. Jarek nie musi już kochać za nas oboje. W notatniku przygotowań ślubnych Malwina zapisała słowa przysięgi: "Potrzebuję cię, bo cię kocham. A nie - kocham cię, bo cię potrzebuję". - Tak było, kiedy wychodziłam za Jarka po raz pierwszy - mówi ze wstydem. Ale wszystko jest teraz inaczej.

Marta Bednarska

Twój STYL, nr 4/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy