Reklama

Reklama

Renata Przemyk: To dopiero pierwsze 30 lat

Renata Przemyk jest niezwykłą postacią na polskiej scenie muzycznej. Jako jedna z nielicznych od 30 lat stoi na niej nieprzerwanie, co jakiś czas zaskakując słuchaczy nowym repertuarem, nowymi brzmieniami. Wzrusza... Na 4 września wyznaczono premierę płyty "Renata Przemyk i mężczyźni", na której swoje największe przeboje śpiewa w duetach, m.in. z Adamem Nowakiem, Buslavem, Czesławem Mozilem, Johnem Porterem, Veniem, Markiem Dyjakiem czy Wojciechem Waglewskim.

Magdalena Tyrała, Styl.pl: Jak dobierałaś utwory na swoją najnowszą płytę?

Renata Przemyk: - Przede wszystkim pod kątem panów, którzy ze mną tę płytę nagrywali. Chodziło o to, by wszystko i wszyscy do siebie pasowali, aby każdy z nich mógł się w tym poczuć naprawdę komfortowo i dobrze, żebyśmy mogli zaśpiewać wiarygodnie każdą z tych piosenek, ze wszystkimi możliwymi emocjami. Zazwyczaj był to od razu strzał w dziesiątkę. Proponowałam piosenkę z myślą, że będzie idealnie dopasowana i tak faktycznie było. W innych przypadkach były dane do wyboru dwie albo trzy, by pojawiła się przestrzeń do poszukiwań tej właściwej.

Reklama

Wolisz współpracować z mężczyznami czy z kobietami również ci po drodze?

- Praktycznie zawsze pracowałam z mężczyznami. Wszyscy muzycy, a także cała ekipa techniczna składała się z właśnie z nich. Jeśli z kolei chodzi o menedżerki, zawsze były nimi kobiety. Po 15 lat z każdą to chyba nie jest zbyt częsta zmiana, biorąc pod uwagę 30 lat mojej pracy artystycznej. Pod koniec zeszłego roku rozpoczęłam współpracę z trzecią kobietą na tym stanowisku. Zaczynając z kimś współpracę muszę czuć, że jest przede wszystkim zaufanie, szacunek, profesjonalizm. Jak dotąd udawało mi się to uzyskać zarówno z jednej, jak i drugiej strony.

- Generalnie mam ogromne szczęście do ludzi. Zawsze udawało mi się trafić na takich, z którymi fantastycznie mi się współpracowało. Jeżeli nawet pojawiały się drobne nieporozumienia, bardzo szybko się kończyły. Ludzie, z którymi miałam do czynienia, przede wszystkim lubili tę muzykę, brali na siebie część odpowiedzialności za nią. Stojąc na scenie muszę mieć pewność, że z tyłu są ludzie, którym mogę zaufać.

- Dopiero w trakcie pandemii wielu ludzi uświadomiło sobie, że cała branża muzyczna nie składa się tylko z artystów, których zwykle widać, ale też ogromnego zaplecza, którego nie widać od razu, a które pracuje na wspólny sukces, abyśmy mogli tworzyć i występować. Naprawdę zawsze miałam to duże szczęście, że pracowałam z fajnymi ekipami. Z niektórymi pracuję od kilkunastu lat nieprzerwanie. To o czymś świadczy. Relacje w tej branży to podstawa. I to jest dla mnie najważniejsze, daje mi ogromny spokój, pewność, że każdy zajmuje się swoją pracą w najlepszy możliwie sposób, dzięki czemu ja mogę spokojnie zająć się sobą i tym, by dać z siebie wszystko.

Renata Przemyk 30 lat temu a teraz - jak się zmieniłaś?

  - Pierwsze skojarzenie to to, że dojrzałam i myślę, że w tym miejscu, w tym momencie mojego życia to już nie jest powiedziane na wyrost. Bardzo duże znaczenie ma dla mnie samoświadomość. Zaczynałam jako kompletna amatorka. W duszy mi grało, kochałam muzykę, była to moja pasja, ale wszystkiego uczyłam się po kolei, w pracy, na scenie. A na scenie uczymy się najbardziej, najwięcej i najszybciej, bo w dużej intensywności, w ferworze walki i nie ma tam miejsca na pomyłki. A jeśli już są, trzeba nauczyć się z nimi radzić.

- Przez lata musiałam nauczyć się, jak zapanować nad tremą, nad dźwiękiem, ale przede wszystkim, jak współpracować. A to też nie jest takie proste. Jestem indywidualistką i w tym dobrym, ale też i w złym znaczeniu. Przez długi czas nie umiałam się podzielić odpowiedzialnością, uważałam, że nikt nie zrobi czegoś tak dobrze, jak ja sama. Zresztą obecnie w sukurs idzie mi technologia, jej rozwój, programy komputerowe. Zaaranżować coś teraz nie będąc biegłym muzykiem, nie znając wystarczająco dobrze nut to nie jest problem, mogę je teraz komuś wydrukować i pokazać, wcześniej mogłam to zrobić wyłącznie grając na instrumencie.

- Jestem też coraz bardziej świadoma swoich możliwości, bardzo rozwinął mi się głos przez te wszystkie lata. A było ryzyko, że będzie zupełnie inaczej. Kilkanaście lat temu miałam problem z zatokami, przechodziłam operację, pojawiły się wówczas prognozy, że mój głos nie będzie tak mocny jak wcześniej. Obecnie jest dużo mocniejszy. Okazało się, że praca, wiara we własne możliwości, nie poddawanie się, baczna obserwacja, dążenie do tego, by zapanować nad głosem, nad pracą sceniczną, w zupełności wystarczy.

- Pomysłów nigdy mi nie brakowało, trzeba było tylko umieć znaleźć dla nich formę, dogadać się ze współpracownikami, co z latami idzie mi coraz lepiej. Nauczyłam się rozmawiać, rozumieć i przede wszystkim... słuchać. Tych 30 lat było dla mnie naprawdę pożytecznych, choćby pod tym względem. Jestem też dużo spokojniejszym człowiekiem. Umiem się cieszyć życiem, dźwiękiem ale i w ogóle sztuką. Myślę, że to wszystko słychać w mojej muzyce.

"Rzeźba dnia" to jest ta płyta, na której zdecydowałaś swoją muzykę połączyć ze swoimi tekstami. I jest to jest pierwsza totalnie twoja płyta.

-  Z drobnym gościnnym udziałem Anny Saranieckiej, która już cały czas będzie dla mnie wzorem do pisania tekstów. Obie zawsze miałyśmy podobnych mistrzów, poetów: Osiecką, Przyborę, taki podobny sposób konstruowania frazy i to, że każda piosenka musi mieć puentę, że jest to opowieść, która jest zamkniętą całością. Byłam zapewne pilną uczennicą. I faktycznie "Rzeźba dnia" jest dla mnie do tej pory tą najbliższą płytą. Tu też odważyłam się na mocne rozwiązania aranżacyjne.

I jest to pierwsza płyta z optymistycznym przekazem. Jest taka jasna...

- Tak, dużo jest tam jasnych momentów. Jest tam również wszystko to, co przeczytałam i wysłuchałam. Myślę, że to kwintesencja tego, co do tej pory zrobiłam i przeżyłam muzycznie.

Od 30 lat masz też niezwykłe i liczne grono wiernych fanów. Pojawiają się też ci coraz nowsi, dużo młodsi. Od 30 lat jesteś szczerze kochana.

- Gdyby ktoś zapytał mnie o największy życiowy sukces, poza córką, z której obecności w moim życiu jestem najbardziej szczęśliwa, to właśnie to bym wymieniła. Moim sukcesem są ci wierni od 30 lat słuchacze. Tylko dzięki nim jestem na tej scenie i mogę robić to, co kocham przez tyle lat.  Przychodzą wciąż na moje koncerty i mówią mi o tym. To jest absolutnie niezwykłe.

 - Kilka miesięcy temu po koncercie w Poznaniu przyszedł do mnie mężczyzna w ramonesce, w wieku zbliżonym do mojego i mówi: "Renata, ja w tej kurtce, tylko fryzurę miałem inną, bo kiedyś nosiłem irokeza, byłem na twoim koncercie w Jarocinie, gdy ty występowałaś na zaproszenie Armii". To była jedna z nielicznych dla mnie okazji, aby dowiedzieć się, jak publiczność odebrała mnie wtedy w 1989 roku na tamtej scenie, więc wstrzymałam kolejkę po autografy. "Na początek nas wmurowało, a potem pojawiła się taka energia, jak z kosmosu" - opowiadał mężczyzna. To jest dla mnie niesamowite, że wciąż przychodzą ludzie, którzy już dawno temu zaczęli mnie słuchać, przyprowadzają swoje dzieci, a nawet już i wnuki. Przychodzą ludzie, który otrzymują bilet na koncert w prezencie urodzinowym. Są ludzie którzy przyprowadzają rodziców, przyjaciół i są to ludzie w przeróżnym wieku. To jest tak ogromnie satysfakcjonujące.  Są też tacy, którzy dołączali przy poszczególnych płytach i zostali ze mną przez kolejne lata. Wiem, że są też poczęte dzieci przy mojej muzyce i to jest cudowne. Z częścią z nich się zaprzyjaźniłam i do tej pory się odwiedzamy, na całym świecie. Można powiedzieć, że stworzyło się coś w rodzaju społeczności.

Jak wpłynęła na ciebie pandemia?

- Moja jubileuszowa płyta miała ukazać się w 20 marca, a jest początek września, czyli już w sumie pięć miesięcy poślizgu. Przesunęliśmy termin premiery płyty na początku o kilka tygodni. Myśleliśmy, że tyle wystarczy, by móc połączyć premierę z trasą koncertową ją promującą, która ostatecznie została odwołana dla naszego wspólnego bezpieczeństwa, ale też ku mojej rozpaczy. Mieliśmy z Magdą (menedżerką - przyp. red. ) ustaloną fantastyczną trasę, duże festiwale, duży galowy koncert na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, koncerty z udziałem moich cudownych gości.

A spiąć wszystkich grafiki zapewne też nie było łatwo.

- Wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Byliśmy już w takim rozpędzie, że miała miejsce część działań promocyjnych. Miałam wrażenie, jakbym się zatrzymała na szybie i po niej spływała. Jednak trzeba było się do tego, co się działo, dostosować. Starałam się w związku z tym dobrze ten czas wykorzystać i teraz jestem bliska wiary w to, że wszystko jest po coś. Natomiast nie zawsze od razu wiemy, po co. Trzeba było się skonfrontować z różnymi sytuacjami na wielu płaszczyznach.

- Zdecydowaliśmy, że teraz podarujemy ludziom tę płytę, aby mogli jej w końcu posłuchać, licząc się z tym, że nie będziemy jej jeszcze promować na koncertach. Nie będzie jej można posłuchać na żywo w tak szerokim zakresie, jak to było w planach na początku. To odmrożenie nie jest w stanie nam póki co tego umożliwić, bo są wciąż jeszcze tak duże obostrzenia, więc będziemy musieli poczekać, aż wszyscy wyzdrowieją, do momentu, kiedy będzie absolutnie bezpiecznie. To jest w tej chwili najważniejsze.

Co cię najbardziej porusza w tym świecie?

 - Mnie wystarczy tylko dotknąć, a już mi łzy lecą. Jest ogromna ilość i tych złych, ale też tych dobrych bodźców. Dlatego uczę się medytacji, by zapanować nad tym wzruszeniem i poruszeniem, umieć pogodzić się z tym, na co nie mam wpływu, odpowiednio działać tam gdzie mam wpływ i mogę, i tak jak w tej przypowieści... umieć odróżnić jedno od drugiego.

- Momenty, gdy dorastają nasze dzieci są niezwykle poruszające - każdy kolejny krok, sukces, nabity guz, pierwszy chłopak. Ale też te negatywne zdarzenia, ta bezsilność, jeśli nie mamy wpływu na to, co się dzieje na świecie i tylko zastanawiamy się czy coś możemy jeszcze zrobić, by zmienić rzeczywistość.

- Teraz żyjemy w czasach pandemii, ale i przed nią ludzie chorowali. Od zawsze staram się wspierać akcje charytatywne. Jest mnóstwo potrzebujących chorych, zarówno dzieci, jak i dorosłych, ale też i zwierząt, głód na świecie, przemoc. I czasem człowiek zatrzymuje się na ścianie, bo bezsilność jest uczuciem nie do zniesienia. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, jasne, ale niech każdy z nas zrobi to, co jest na miarę jego możliwości, a świat będzie trochę lepszy. To, co mnie niepokoi, to fakt, że pandemia zachorowała świat, przestaliśmy w czasie jej trwania widzieć wszystkich tych, którzy do tej pory potrzebowali pomocy. To jest dla mnie bolesne.

Gdzie szukasz ukojenia?

- Uspakaja mnie wieś. Odkąd mieszkam na wsi, a trwa to już 20 lat, zauważam zmieniające się pory roku nie tyle na kartkach kalendarza, co z obserwacji. Wzrusza mnie każdy listek, robaczek, zwierzątko. Porusza mnie obserwacja życia moich kotów, biegające po moim ogrodzie sarny i bażanty. To jest dla mnie kompletny odjazd, niezwykły azyl. Jestem uważna.

W co wierzysz?

- W Boga, w miłość i w ludzi. Jestem raczej naiwnym typem, dlatego liczę się z tym, że będę w swoim życiu jeszcze dostawać po tyłku, ale chyba nie potrafię inaczej.

O czym marzysz?

- Staram się, by marzenia przechodziły już w plany. Nauczyłam się, że można je traktować bardziej konkretnie i wtedy mają dużo bliżej do spełniania się.

Rozmawiała: Magdalena Tyrała

Zobacz również:

Hania ma 17 miesięcy i SMA1 - rdzeniowy zanik mięśni. Innowacyjna terapia genowa kosztuje ponad 9 milionów złotych. Środki potrzebne są jak najszybciej, bo warunkiem przystąpienia do leczenia jest rozpoczęcie go przed ukończeniem drugiego roku życia. Niestety, w prowadzonej od sześciu miesięcy zbiórce, nadal brakuje ponad czterech milionów złotych.

JEŚLI MOŻESZ, WESPRZYJ ZBIÓRKĘ: www.siepomaga.pl/haneczka

Przeczytaj historię Hani: Bez terapii genowej Hania nie ma szans. Pomóż dokończyć zbiórkę

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy