Reklama

Reklama

Zabłąkane kule. Alex Kotlowitz o epidemii przemocy w Stanach Zjednoczonych

Popkulturowy obraz Chicago niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Dziś po broń sięgają tu nie gangsterzy, a dzieciaki. Zwykle z powodu konfliktów, do rozwiązania których wystarczyłyby pięści albo krótka pyskówka. „Młodość, broń i desperacja to fatalna mieszkanka ” – mówi Alex Kotlowitz, autor książki „Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago”.

Aleksandra Suława: Sprawdziłam statystyki: czterech zabitych, dziesięciu rannych. Normalny weekend w Chicago?

Alex Kotlowitz: - Jeśli w ciągu dwóch dni giną cztery osoby, nie sposób nazwać takiego stanu rzeczy "normalnym".

Jakim więc?

- Co najmniej niepokojącym. Chicago, tak jak całe Stany, mają za sobą paskudny rok. Poziom przemocy dramatycznie wzrósł z powodów, wśród których najbardziej oczywistym jest pandemia. W Chicago mieliśmy lepsze i gorsze lata, jednak ubiegłoroczne statystyki są niemal takie, jak te sprzed 20-25 lat, gdy miasto przechodziło przez jeden z najmroczniejszych okresów. Niepokoi mnie nie tylko skala, ale i ciągłość zjawiska: wygląda na to, że po prostu zaakceptowaliśmy taki stan rzeczy. Stwierdzamy: "w Chicago są strzelaniny, w których giną członkowie gangów" i odpuszczamy walkę o poprawę sytuacji.

Reklama

W Polsce z broni palnej ginie ok. 20 osób rocznie. Każde tego rodzaju zabójstwo, popełnione w przestrzeni publicznej, trafia więc na czołówki gazet. A w Stanach? Jak musi wyglądać strzelanina, żeby stać się tematem?

- To musi być strzelanina w "dobrym sąsiedztwie". Często wspominam pierwszą stronę "Chicago Sunday-Times" sprzed kilku lat, opatrzoną nagłówkiem "Morderstwo pod dobrym adresem". Jasne, kto chciałby czytać o morderstwie pod marnym adresem? Przecież wiadomo, że w złej okolicy dzieją się złe rzeczy.  Ostatnie statystyki, jakie widziałem, pokazują, że w kraju mamy 300 milionów sztuk broni, czyli mniej więcej jedną sztukę na obywatela. Większość strzałów wymierzonych w drugiego człowieka jest jednak oddawana nie w przypadkowych miejscach na terenie całego kraju, ale w głęboko wyizolowanych przestrzeniach, fizycznie, ekonomicznie i rasowo, pod takimi właśnie "marnymi adresami". W miejscach, w których możliwości są minimalne, a frustracja maksymalna. Nie ma dobrych szkół, nie ma dobrej pracy, na ulicach stoją znaki z napisami w stylu "zakaz handlu narkotykami", "zakaz działalności gangów". W takim sąsiedztwie echo strzelaniny niesie się tylko po najbliższej okolicy.

Do twojego domu dociera?

-Słuchając takich opowieści można odnieść wrażenie, że Chicago to miasto, w którym wszyscy strzelają do wszystkich. Prawda jednak jest taka, że da się przeżyć w tym miejscu całe życie i ani razu nie doświadczyć przemocy. Większość jej aktów dokonuje się w południowo-zachodniej części metropolii. Ja akurat żyję na granicy: przemoc nie dotyka mnie na co dzień, ale na przykład podczas lata, które opisuję, ktoś został zabity kilka bloków od mojego domu. Zanim pójdziemy dalej, chcę podkreślić jedną rzecz: broń nie jest problemem samym w sobie. To tylko objaw problemu, jakim jest wciąż utrzymująca się w naszym kraju dyskryminacja, często krzyżowa, łącząca w sobie takie aspekty jak: sytuacja ekonomiczna, kolor skóry, pochodzenie i wykształcenie.

Można żyć te kilka bloków za symboliczną granicą i nie być dotkniętym przez przemoc?

- To niemal niemożliwe. Oczywiście, nie każdy pada ofiarą, ale  niemal wszyscy są matkami, synami, braćmi, czy przyjaciółmi ofiar. Policja, przyjeżdżając na miejsce zbrodni, często od razu zakłada, że sprawcy i ofiary byli członkami gangów, nawet gdy chodzi o kilkunastoletnie dzieci. Praca nad tą książką pokazała mi, jak głęboko agresja wnika w ciała, przenika do kości nie tylko jednostki, ale całe społeczności. Ludzie w biednych dzielnicach doświadczają rodzaju kolektywnej traumy, takiej jak ta, która dotykała populacje w czasie II wojny światowej. Różnica jednak jest taka, że wojna ma swój koniec, na który można czekać, a sytuacja w Chicago nie. Myślisz o wszystkim, co spotkało cię w życiu, a potem patrzysz na swoje dziecko i zadajesz sobie pytanie: a co złego przydarzy się jemu?

Czytaj dalej na następnej stronie >>>


Można dorosnąć w takiej okolicy i nie stać się członkiem gangu?

- Trudno, nawet jeśli masz silną motywację. Zwłaszcza jeśli jesteś młodym chłopakiem, jak na przykład Marcelo, jeden z moich bohaterów. W szkole piątki, w weekendy spotkania z kolegami z gangu - on sam nie należał do grupy, ale nadal krążył w jej otoczeniu. Któregoś dnia Marcelo ruszył z kolegami w miasto, żeby "zostawić plamę", to znaczy tyle, co obrabować kogoś, zostawić po sobie ślad. Nie miał na to zbytniej ochoty, ale trudno było odmówić kumplom. Przez kilka godzin rozbijali się po mieście. Wieczorem całą czwórkę aresztowano i oskarżono o dwa rozboje, usiłowanie kradzieży i kwalifikowane pobicie. Takiego podwójnego życia nie da się długo ciągnąć.

A można wybrać jego drugie oblicze? To jaśniejsze?

- Opowiem ci jeszcze jedną historię, tym razem o Pharoahu. O nim pisałem w mojej pierwszej książce, "There are no children here". Kiedy się ukazała, chłopak miał 12 lat i był trochę podobny do Marcela: chciał się uczyć, był ambitny, ale mieszkał na jednym z osiedli komunalnych. Te osiedla to jedne z najsmutniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. Fakt, że oferujemy ludziom jako pomoc życie w takich skupiskach naprawdę kiepsko świadczy o nas, jako o narodzie. Przez mieszkanie rodziny Pharoaha przewijały się tłumy ludzi, trudno było skupić się na nauce. Spytał więc, czy nie mógłby pomieszkać u mnie przez dwa tygodnie, żeby przygotować się do egzaminów. Dwa tygodnie zamieniły się w sześć lat. Przez cały ten czas chłopak czuł się rozdarty między dwoma światami: tym, w którym żył obecnie i tym, w którym spędził dzieciństwo. W końcu, z własnej inicjatywy, żeby zerwać z tą dychotomią, wyjechał do szkoły z internatem. Kilka dni po tym, jak opuścił dom, znalazłem w jego pokoju reklamówkę z pieniędzmi. Od razu pomyślałem, że to własność jego brata, który poprosił go o przechowanie torby, w której jak później się okazało, było 18 tysięcy dolarów.

Stare życie ciągnie?

- Tutaj nie chodzi o jakiś magnetyzm życia w niebezpiecznej okolicy. Myślę, że jednym z największych błędów, jakie popełniamy w walce z epidemią przemocy jest przekonanie, że jeśli wyrwiemy młodych z ich naturalnych środowiska, wszystko się ułoży. Nie ułoży się. Ludzie są głęboko lojalni wobec swoich rodzin i przyjaciół, nigdy nie zerwą z nimi więzi i trudno im się dziwić. Ja też nie zerwałbym relacji z moimi bliskimi. Zresztą, w społecznościach w których przemoc jest powszechna, więzi jeszcze bardziej się wzmacniają: trzeba troszczyć się o siebie nawzajem.

Silne więzi to silny ból po stracie. Podejrzewam, że na takim osiedlu mało kto może skorzystać z luksusu psychologa. Co zostaje?

- Gesty. Skrót R.I.P. widzi się wszędzie: wyskrobany na elewacjach, wytatuowany na skórze, nabazgrany na kartonikach, pozostawionych w miejscu, w którym ktoś zginął. Na to ostatnie przynosi się i inne rzeczy: pluszaki, zdjęcia, laurki albo butelki z alkoholem - w zależności od wieku i historii ofiary, bo w Chicago giną i dorośli ludzie, i kilkuletnie dzieci. Są i działania: jedna z kobiet wytatuowała na ręce elektrokardiograficzny zapis ostatnich uderzeń serca jej syna, inna wciąż przechowuje zakrwawione ubranie córki. Są i takie, które rozpoczynają amatorskie śledztwa, w poszukiwaniu zabójców swoich dzieci. Część z nich próbuje się organizować: w Chicago działa kilka grup, zrzeszających matki ofiar. Organizują marsze, pieką ciasta, chodzą na rozprawy. To wszystko działa jak terapia. Według mnie na szczególną uwagę zasługuje wybór kobiety imieniem Lisa - ona zabójcy swojego syna postanowiła wybaczyć. W sądzie wygłosiła oświadczenie, w którym wstawiła się za zabójcą tłumacząc, że tylko przypadek sprawił, że to on jest sprawcą, a jej syn ofiarą. Sprawy mogły przybrać zupełnie inny obrót i dziś to jej ukochany Darren siedziałby na ławie oskarżonych.

Darren zginał, kiedy próbował kupić kilka gramów marihuany. Jego kolega dotknął broni, ukrytej w kieszeni, sprzedawca zaczął strzelać, broń Darrena nie zadziałała. Do dzisiaj nikt nie potrafi powiedzieć, o co właściwie poszło. Od dziecka uczą nas szacunku do majestatu śmierci, ale kiedy to czytałam, trudno było nie myśleć: głupia śmierć.

- Kiedy pisałem moją pierwszą książkę, gangi w Chicago były naprawdę potężne, teraz jednak są raczej zbiorowiskiem niewielkich grup funkcjonujących w obrębie kwartałów. W ich działalności nie chodzi o nic wielkiego, nie zawiera się tu transakcji, jakie kojarzymy z filmów. Gra toczy się za to o źle pojętą godność, honor, o to, że ktoś jest na kogoś wściekły albo obraził czyjąś dziewczynę. Nic, czego nie można by załatwić za pomocą słów lub pięści. Broń sprawia jednak, że błahe sprawy stają się sprawami życia i śmierci.

W filmach mamy zwykle panów w średnim wieku, a tutaj? Sami nastolatkowie. Z gangów się wyrasta?

- Bycie impulsywnym to nieodłączna część młodości, a kiedy do tej cechy dodasz broń, robi się naprawdę niebezpiecznie. Odwiedziłem kiedyś więzienie o zaostrzonym rygorze w Illinois. Większość osadzonych tam mężczyzn odbywała wyroki za naprawdę ciężkie przestępstwa. Mieli po 40, 50, 60 lat i byli zachwycający: bystrzy, ciekawi świata, zaangażowani, z poczuciem humoru. To oczywiście nie umniejsza wagi ich zbrodni, ale pokazuje jak z biegiem czasu może zmienić się człowiek. Część z nich może coś zrozumiała, większość jednak po prostu dojrzała, uspokoiła się, nabrała perspektywy. Na przykład jeden z moich bohaterów, Eddie, chłopak, który najpierw przyłączył się do gangu, by chronić swoich młodszych braci, a potem został skazany za morderstwo. Co roku, w rocznicę strzelaniny, pości i odwiedza rodziny, które straciły kogoś bliskiego w wyniku aktu przemocy albo uwięzienia. Ma żonę, jest dobrym ojcem. Wymyślił program, w ramach którego pomaga młodym ludziom. Nie on jeden zresztą podejmuje takie działania. Mądrość i perspektywa naprawdę przychodzą z wiekiem. Starsi próbują ustrzec młodych przed tym, co sami zrobili.

Czytaj dalej na następnej stronie >>>

O ludziach takich jak Eddie, Lisa, Pharoah, piszesz od 30 lat. Teraz jesteś "swój", ale kiedyś byłeś "z zewnątrz". Dlaczego ktokolwiek zgodził się z tobą rozmawiać?

- Ja wciąż jestem "z zewnątrz": rasowo, klasowo, pokoleniowo. Kiedy zaczynałem pracę nad pierwszą książką, potrzebowałem kogoś kto mnie wprowadzi. Takich osób szukałem wśród pracowników tamtejszych instytucji pomocowych, miejsc do których dzieciaki przychodziły po szkole, grały w koszykówkę, odrabiały lekcje. To oni oprowadzali mnie po osiedlach, przedstawiali innym i mówili, że jestem w porządku. Ja sam byłem absolutnie transparentny, nigdy nie kręciłem, jasno mówiłem, na czym polega moja praca i co chcę osiągnąć, zawsze miałem notatnik na wierzchu. To dlatego opowiadali akurat mnie. A dlaczego w ogóle chcieli opowiadać? Pewnie dlatego, że nie podobało im się, w jaki sposób media dotychczas opisywały ich historie. Ludzie żyjący w wykluczonych społecznościach byli ignorowani przez tak długi czas, że mają wrażenie, iż nikt ich nie słucha. Ja dałem im nie tyle głos, bo oni mają swój głos, ale mikrofon, dzięki któremu ich słowa mogły nieść się dalej, poza ich własne ulice, osiedla, dzielnice. Tworząc z nich książkę, czułem niesamowitą złość. Wkurzało mnie, że choć lubimy mówić, że potrzeba sprawiedliwość jest elementem amerykańskiej tożsamości, fundujemy naszym rodakom warunki tak niesprawiedliwe, że zakrawające niemal o zbrodnię.

Sam byłeś kiedyś świadkiem morderstwa?

- Widziałem na własne oczy kilka strzelanin, ale broń nigdy nie była wymierzona we mnie. Kiedyś mnie obrabowano, ale to akurat nie wydarzyło się w Chicago, tylko w Teksasie, kolejnym pełnym przemocy miejscu. Jednak nawet takie pośrednie doświadczenia zostawiają ślad. Większość bohaterów opowiedziała mi o najgorszych momentach swojego życia, momentach w których skrzywdzili kogoś albo ktoś z ich najbliższych został skrzywdzony. Kiedy kończyłem pracę nad książką, byłem w głębokiej depresji, jest na to nawet psychologiczne określenie: "trauma z drugiej ręki". Nie będę udawał, że stałem się jednym z nich, nie przeszedłem przez to, co oni, nie byłem nawet blisko. To pozwoliło mi jednak trochę zrozumieć, z jakim dramatem musza się zmierzyć.

Chicago, o którym rozmawiamy, wcale nie jest najniebezpieczniejszym miastem w Stanach. Jak wygląda życie w tych, które znajdują się na szczycie rankingu?

- Podobnie do życia w niektórych dzielnicach Chicago. W East St. Louis, Detroit, Baltimore, też znajdziesz niebezpieczne połączenie wykluczenia, biedy i łatwego dostępu do broni.

Z polskiej perspektywy chciałoby się powiedzieć: ograniczcie więc dostęp do broni. Możliwe?

- Jedną z najsmutniejszych rzeczy w moim kraju jest to, że broń tak głęboko wrosła w jego kulturę, że każda próba majstrowania przy dostępie do niej jest postrzegana jako atak na amerykańską tożsamość. Ja nie jestem za całkowitym zakazem, ale na Boga, powinniśmy wreszcie jakoś skutecznie kontrolować jej przepływ. Uważam jednak, że to nie kontrola wywołałaby największą zmianę. Gdybyś dała mi wybór: zakaz dostępu do broni czy walka z nierównościami, wybrałbym to drugie. Przemoc jest jak wirus, który rodzi się z frustracji, wstydu i potrzeby okazania siły.

Zmiana prezydenta, na którą wszyscy patrzą z nadzieją, w Chicago również budzi optymizm?

- Ameryka ma za sobą cztery mroczne lata. Mieliśmy prezydenta, który przez całą kadencję nie tylko był skoncentrowany wyłącznie na własnym dobrostanie, ale również zamroził jakiekolwiek dyskusje dotyczące poprawy warunków życia mniejszości. Celował w rasistowskiej i antyimigranckiej retoryce, wzmacniając w tej sposób hejt, który pulsował w tym kraju od zawsze. Fakt, że nie tylko opuścił Biały Dom, ale również zniknął z Twittera i jest rzadziej obecny w mediach, daje nadzieję na zmianę. Tym bardziej, że Joe Biden zdaje się być doskonałe świadomy piętrzących się w kraju nierówności. Świetny przykład: Eddie wkrótce wybiera się do Białego Domu, ma wziąć udział w panelu dyskusyjnym i opowiedzieć o antyprzemocowych działaniach. Przez cztery lata prezydentury Trumpa czułem, że siedzę w pomieszczeniu, z którego ktoś wyssał całe powietrze. Teraz mogę wziąć oddech, ale jeszcze nieśmiało. Jestem pełny nadziei, jednak mam też wrażenie, że Ameryka nie jest już tym krajem, który wydawało mi się, że znam.

Alex Kotlowitz, "Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago", wyd. Czarne

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: USA | dostęp do broni | Chicago | broń palna w USA | USA strzelanina

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy