Reklama

Reklama

Chciałeś być ze mną, to masz!

Wszyscy sprzeciwiali się ich związkowi. Bo duża różnica wieku i zupełnie inne środowiska. Tymczasem w październiku obchodzili 23. rocznicę ślubu i nadal jedno za drugie oddałoby wszystko.

Henryka Krzywonos-Strycharska:

Był rok 1987. Postanowiłam wrócić z politycznego wygnania ze Szczecina do Gdańska. Wcześniej zachorowałam na raka, lekarze dawali mi rok życia. Stwierdziłam, że jak mam umrzeć, to tylko w rodzinnym mieście. Moje mieszkanie było puste. Nie miałam nic, spałam na podłodze. Z wyprzedaży w jakimś zakładzie pracy kupiłam kilka mebli. Kolega miał mi je przewieźć, ale coś mu wypadło. Pobiegłam więc do pobliskiego warzywniaka i poprosiłam kierowcę żuka o pomoc. Nie chciał, tłumaczył się zmęczeniem. Namówiła go dopiero kobieta ze sklepiku, wydawało mi się, że to jego żona. Przewieźliśmy meble pod mój dom i wnieśliśmy na górę.

Reklama

W podziękowaniu chciałam dać mu piwo. Odmówił, tłumacząc, że nie pije. Poprosił o kawę, ale jej nie miałam, więc zrobiłam herbatę. Siedzieliśmy, gadaliśmy. Spytałam: "Co pan robi?". Okazało się, że przed otwarciem sklepiku pracował w milicji. Odrabiał w ten sposób wojsko. Ja na to: "A ja jestem w Solidarności". Skojarzył moje nazwisko. I tyle. To był 14 lipca, następnego dnia zaprosiłam go na moje imieniny.

Pojawił się z siostrą (to była kobieta, którą wzięłam za jego żonę). Rozczulił mnie, bo przyniósł mi paczkę zagranicznej kawy. To był pierwszy prezent, jaki w życiu dostałam. Taki od serca i na czasie. Popłakałam się w kącie, ale szybko otarłam łzy. Gadaliśmy, jakbyśmy się znali od zawsze. Nie wiem, co nas połączyło. Chyba te rozmowy. Potem wszystko szybko się potoczyło.

Nie minęły trzy miesiące, a Krzyś zaproponował, abym za niego wyszła. Bałam się. Miałam trzydziestkę, a on tylko dwadzieścia lat. W końcu uległam: "Chcesz? Dobrze. Ale jak zapragniesz być wolny, od razu mi powiedz. Nie będę zła, zostaniemy przyjaciółmi". Jeszcze w trakcie ślubu miałam myśli: "Co ja tu robię? Powinnam uciec!". Wtedy byłam przekonana, że za dwa, trzy lata umrę.

Zaczęła się codzienność. Oboje nie mogliśmy znaleźć pracy. On dostał za mnie strasznie w tyłek. Nigdzie go nie chcieli przyjąć, bo był mężem Krzywonos. Otworzyliśmy kiosk Ruchu na stacji PKS w Gdańsku. Tam Krzyś ciężko pracował, ja mu pomagałam. Na koniec oszukano nas na fakturach za bilety autobusowe. Musieliśmy spłacać wszystko sami i znów zostaliśmy bez pracy. Ale we dwoje zawsze jakoś sobie radziliśmy.

Kiedy Krzysiek gdzieś wyjeżdża, nie śpię całą noc. Tak już jest. Stanowimy jedność, choć się różnimy. Nie umiem tego określić pięknymi słowami, ale wiem, że jesteśmy przyjaciółmi, kochankami, małżeństwem, rodzicami. Prawie się nie kłócimy, czasem sprzeczamy, ale nigdy sobie nie ubliżamy. Mogę mu wszystko powiedzieć i wiem, że mnie zrozumie. On przyjmuje mnie taką, jaka jestem, nie podkreśla wad, akceptuje.

Bywam cholerykiem. Szczególnie jak dzieje się komuś krzywda, od razu ruszam do boju. Krzysztof jest dojrzalszy, choć młodszy. Potrafi mnie przekonać do swojego zdania. Mocniej połączyła nas duża rodzina. Pragnęłam dzieci, ale nie mogłam mieć własnych po pobiciu przez SB. Myślałam o adopcji. Zgodził się, ale specjalnie o tym nie rozmawialiśmy.

Krzysztof Strycharski

Podczas zjazdu Solidarności z okazji 30-lecia byłem z Henią na sali obrad. Widziałem, co się z nią dzieje, gdy słuchała Jarosława Kaczyńskiego. Ręce skrzyżowane na klatce piersiowej i broda tak specyficznie jej chodziła. Pomyślałem: "Będzie draka". Są sytuacje, że do niej mówię: "Daj spokój", i zwykle mnie słucha. Tu nie dałem rady. Powiedziała, co jej leży na sercu. Taka już jest. Wali prawdę w oczy.

Gdy wyszliśmy, spytała, jak wypadła. "Narozrabiałaś, ale jestem z ciebie dumny", odpowiedziałem. "Chciałeś, abym przyszła, to masz!", zakończyła. Bolało mnie, że niektórzy działacze związkowi ją wygwizdali. Ktoś stwierdził, że Henia wystąpiła, bo promuje swój wywiad rzekę, który wydała Krytyka Polityczna. Może rozumiałbym zarzut, gdyby na tym zarabiała, ale ani żona, ani autorka książki grosza nie dostają, bo cały dochód przeznaczony jest na świetlicę terapeutyczną dla dzieci w Cieszynie.

Ten nagły szum wokół Heni trochę mnie przerósł. Po jej wystąpieniu w stoczni spałem pół godziny, za to ona całą noc doskonale. Dzwonili ludzie, gratulowali, a żona się dziwiła, bo uważa, że nic wielkiego nie zrobiła. Nie widzi też nic nadzwyczajnego w tym, że zatrzymała tramwaj i wzięła udział w strajku. Po prostu tak się postępuje. Zawsze dodaje, że to Ania Walentynowicz i Alina Pieńkowska były prawdziwymi bohaterkami.

Dziś wszyscy mówią o Heni, że jest wspaniała, nagle ją odkryto. A ona przez te lata nic się nie zmieniła. Piszą, że broni wolności słowa, a przecież ja mam tę jej wolność na co dzień, bo Henia zawsze mówi, co myśli. Gdy ktoś ją poznaje, wydaje się mu ostra, ale szybko łapie kontakt z ludźmi. Dla niej liczy się człowiek, nieważne z jakiej jest opcji, ale co ma w sercu. Mamy przyjaciół z każdej partii, związku.

Kiedyś przed laty zadzwoniła do niej Jolanta Kwaśniewska z propozycją współpracy na rzecz dzieci. Ale Henia od razu wypaliła: "Tylko niech pani nie myśli, że będę głosować na pani męża". Kwaśniewska na to, że chodzi tylko o dzieci, a one nie znają się na polityce. Tym Henię rozbroiła. Od lat razem działają - wysyłały chorych do Szwecji, razem otwierały szpital onkologiczny dla dzieci w Gdańsku.

Żona jest dla mnie całym światem. Gdy mam podjąć jakąś decyzję, myślę, co na to powiedzieliby Pan Bóg i Henia. Małżeństwo z nią to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. A mieliśmy świat przeciw sobie. Rodzina i znajomi mówili, że taka różnica wieku nas zniszczy. Minęły już 23 lata od chwili, gdy zgodziłem się pomóc nieznajomej przy przewożeniu mebli. Kiedy popatrzyłem na to skromne mieszkanie, żal mi się jej zrobiło. Spytała, ile ma mi zapłacić. Odpowiedziałem, że wystarczy, jeśli będzie moją klientką w warzywniaku. Mnie się wtedy dobrze powodziło.

Nie wiem, dlaczego następnego dnia poszedłem na jej imieniny, choć widziałem ją raz w życiu. Tam od razu zauważyłem, że rozumiem się z nią, jak z nikim innym. Wszystko mi się w niej podobało: głos, charakter. Oświadczyłem się szybko. Najpierw pomagała mi w kiosku warzywnym, całkiem dobrze nam szło. Jest pracowita i skrupulatna.

Monika Głuska-Bagan

PANI 11/2010

Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu Pani

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy