Reklama

Reklama

Igor Brejdygant: "Rzeczywistość widzę dość filmowo"

"Mam przekorę w sobie, która mnie konstytuuje. Wyjątkowo nie lubię sztampowego myślenia. Jak ogół zaczyna coś uznawać za prawdę objawioną, to zawsze idę w drugą stronę" – mówi Igor Brejdygant. Autor takich hitów jak „Rysa”, „Układ” i „Szadź” w rozmowie z Interią opowiedział o pracy scenarzysty i pisarza oraz o nowym serialu Polsatu.

Materiał zawiera linki partnerów reklamowych.

Dagmara Kotyra, INTERIA: Powieść "Wiatr" w księgarniach, "Sieroty" w sprzedaży, a do tego już 30 listopda w Polsacie premiera serialu "Matka". Pojawia się w nim zagadka kryminalna, ale głównym bohaterem nie będzie policjant. Czego widzowie mogą się spodziewać? 

- Igor Brejdygant: Co prawda "Wiatr" i "Sieroty" to powieści, a "Matka" to scenariusz, ale w żadnym z tych trzech ostatnich moich utworów policjant nie jest głównym dochodzeniowcem. W przypadku Matki widzowie mogą się spodziewać, że to tytułowa bohaterka będzie prowadzić bardzo osobiste dochodzenie. Będzie to jednak robiła przy niejakim wsparciu policji. Ja zawsze taką figurę stosuje, bo w innym wypadku, to by było nierealistyczne. Matka jest dziennikarką śledczą i stąd jej predyspozycje do prowadzenia dochodzenia, ale znajomości w policji też są jej potrzebne. Ma tam człowieka, z którym zna się od lat. 

Reklama

Skąd pomysł na thriller psychologiczny z samobójczą śmiercią dziecka w tle? 

- Długa była droga tego pomysłu. Wyszedł on od "Opowiem Ci o zbrodni", czyli opowiadań true crime, które piszę cyklicznie od pięciu lat. Potem pojawił się pomysł, żeby dziennikarka była prowadzącą śledztwo, a nie policja. Początkowo pisałem z Pauliną Murawską, później Dorota Szcześniak pomagała jako producent kreatywny i próbowaliśmy wymyślić sprawę, która będzie osobiście dotyczyła dziennikarki śledczej. No a cóż może być bardziej osobistą sprawą dla kobiety niż tragedia jej dziecka. Rodziło się to bardzo powoli i etapami. Kilka lat trwał cały proces twórczy. 

Jak dokładnie wyglądał proces tworzenia scenariusza? 

- No więc tak jak powiedziałem, zaczęliśmy od "Opowiem Ci o zbrodni". Spotkaliśmy się z Dorotą Szcześniak bodajże w 2018 roku, to jeszcze było na długo przed pandemią i najpierw we dwójkę się zastanawialiśmy, jak się odbić od tamtego pomysłu, a później dołączyła do nas Paulina Murawska. Jakiś czas siedzieliśmy w writers room’ie z Pauliną. Kilka miesięcy wymyślaliśmy ten koncept. Później była taka mniej więcej roczna czy półtoraroczna przerwa. Ja wtedy pisałem "Rysę" oraz "Układ" i następnie wróciłem do tego pomysłu, ale już w innym składzie. Z Bartkiem Janiszewskim, który dołączył później, napisaliśmy scenariusz, przy którego pisaniu byłem scenarzystą wiodącym. 

Czyli ten proces rozkłada się nawet na lata. 

- Tak, tutaj do zdjęć upłynęły zaledwie 3-4 lata, ale na przykład teraz wyszły "Erynie" w TVP, które pisałem dziewięć lat temu, więc to są często bardzo długotrwałe procesy. Wolno mielą żarna produkcji filmowej. 

Jest pan nie tylko scenarzystą, ale także pisarzem - autorem takich hitów jak "Układ", "Rysa" czy też "Szadź". Jak pan łączy te dwie prace? 

- Różnie z tym bywa. Czasami tak jak w przypadku mojej pierwszej powieści "Paradoks" piszę powieść na podstawie własnego scenariusza, czasami piszę scenariusze na podstawie czyichś a czasem na podstawie własnych powieści, tak jak to miało miejsce właśnie w przypadku "Szadzi", "Rysy" i "Układu". Zdarza się jednak i tak, że te dwie rzeczy robię równoległe. Rano piszę powieść, a po południu scenariusz do zupełnie innej historii. Nawet to dość lubię, dlatego, że to daje rodzaj płodozmianu. Jak się zmęczę jednym, to jem obiad i siadam do drugiego. W jakimś sensie odświeża mi to głowę. Choć w jednym i drugim przypadku opowiadamy historię, u mnie najczęściej jest to historia kryminalna, to jednak są to inne sposoby układania świata. Jeśli chodzi o "Matkę", to kryminał jest tutaj machiną napędzającą historię, ale niemniej istotna jest warstwa psychologiczno-obyczajowo-społeczna, w której ludzkie dramaty i relacje są niemniej ważne od intrygi kryminalnej. 

Co jest łatwiejsze - pisanie scenariusza od podstaw, czy na bazie powieści? 

- Każdy kij ma dwa końce. Pisząc na podstawie powieści, wydaje się, że zasadniczo jest prościej, bo intryga jest ułożona i nie trzeba jej kreować od zera. Scenariusz jest jednak znacznie precyzyjniejszą formułą. To znaczy wielkie powieści noblistów jak "Czarodziejska Góra", czy powieści Olgi Tokarczuk też mają niezwykle precyzyjną strukturę, ale scenariusz rządzi się trochę inną precyzją, wszystko musi w nim logicznie wynikać z rzeczy, które się zdarzyły wcześniej, bo widzowi nie umykają żadne nieścisłości. W związku z tym pisanie scenariusza od zera jest o tyle prostsze, że tę strukturę i logikę układa się samemu. W powieści bywa, że są różne skróty lub coś jest przykryte słowami. Tam to przechodzi, ale w filmie a bardziej jeszcze może nawet w serialu się nie obroni. To jest trochę jak ze starym domem. Łatwiej jest postawić nowy niż odrestaurować istniejący. Czasem łatwiej byłoby jednak napisać nowy scenariusz niż adaptować istniejącą historię powieściową.

Gdyby musiał pan wybrać tylko jeden zawód, to na który by się pan zdecydował? 

- Szczerze mówiąc, nie chciałbym nigdy musieć stanąć przed tego typu wyborem. Mam okresy, kiedy wolę uprawiać jedną z tych dyscyplin, po których następuje znów czas wzmożonej chęci na robienie tego drugiego. Pisanie scenariuszy jest pracą grupową, podczas której trzeba być gotowym na mnóstwo kompromisów i mieć w sobie zgodę na zmiany, które nie do końca często są nam na rękę. Pisząc scenariusz, można oczywiście zgadzać się na wszystko, kiwać głową, uśmiechać się i wpisywać, co każą, ale ja tak nie potrafię, bo przywiązuje się do tego, co wymyślam. Nie jest to jednak, przynajmniej tak chciałbym uważać, tak zwane przywiązanie ślepe. Przywiązuję się do struktury i jej elementów, bo w jakimś sensie stanowią harmonijną całość, zmiana jednego rzutuje na zmianę wszystkiego. Powieść wymaga natomiast ogromnego skupienia i napisania bardzo wielu słów, ale pracuje się bardziej samemu ze sobą. Później oczywiście jest etap m.in. redakcji, korekty, ale to zmian jest bez porównania mniej i są mniej bolesne od tych przy pisaniu scenariuszy. Mówiąc najkrócej, do pisania scenariuszy ciągnie mnie bardziej w okresach, gdy wzrasta we mnie chęć do socjalizowania się, powieści piszę, gdy lepiej mi sam na sam ze sobą. 

Napisanie opowieści, która nie tylko zaciekawi, ale także zaskoczy, to bez wątpienia trudne zadanie. Co pana inspiruje do tworzenia? 

- Mam przekorę w sobie, która mnie konstytuuje. Wyjątkowo nie lubię sztampowego myślenia. Jak ogół zaczyna coś uznawać za prawdę objawioną, to zawsze idę w drugą stronę. Opisujemy procesy, relacje, zjawiska, emocje, które dla ludzi muszą być zrozumiałe i dotykać problemów, które ich jakoś dotyczą, ale w samej istocie pomysłu musi być coś zaskakującego, więc zawsze szukam czegoś pod prąd. Nie bez kozery mój pierwszy serial nazywał się "Paradoks". Szukam tych paradoksów w świecie, bo one mnie najbardziej interesują. Po pierwsze jako inne, bo lubię inność, a po drugie w nich jest jakaś prawda. Łatwiej zwrócić uwagę na zjawiska, które przedstawia się w ciekawy i paradoksalny sposób, niż na takie, które płyną w historii dziejącej się wedle znanych reguł. 

Ale nie bazuje pan na prawdziwych wydarzeniach? To wszystko to wymysł wyobraźni, prawda? 

- W jakimś sensie jednak bazuję, bo wyobraźnia używa rzeczy, które poznała głowa i z nich dopiero klei nowe, fikcyjne konstrukcje. Teraz pytanie, czy to są większe, czy mniejsze kawałki znanej rzeczywistości poklejone w tę całość. Wszystko, co piszę, przynajmniej w 50 proc. bazuje na czymś, z czym się zetknąłem. Dotyczy to ludzi, miejsc, dialogów, sytuacji, wszystkiego. Natomiast jeśli pyta pani czy piszę true crime, to co jakiś czas, a konkretnie raz do roku od pięciu lat piszę opowiadania do cyklu pod tytułem "Opowiem Ci o zbrodni" i to są historie oparte na zdarzeniach, które niestety wydarzyły się naprawdę. Jednak głównie zajmuje się pisaniem historii fikcyjnych, które wydaje mi się, że w zasadzie wymyślam, choć mają miejsce czasami zaskakujące sytuacje, jak przy jednym z odcinków wspomnianego wcześniej "Paradoksu". Byłem przekonany, że wymyśliłem tę historię od zera. Byłem nawet pytany w telewizji, czy nie można powiedzieć, że bazuje na podstawie autentycznego zdarzenia, ale zaprzeczyłem. Po czym do produkcji zadzwonił pan, który się nazywał tak jak główny bohater i twierdził, że przeżył historię, którą opisałem. I nie było to zdarzenie z gatunku religijnych objawień, tylko po prostu wcześniej przeczytałem artykuł w gazecie, a następnie zapomniałem o tym i byłem przekonany, że tę historię wymyśliłem całkowicie z wyobraźni.

Czyli to wynika z nieświadomości. Ciężko jest przecież pamiętać, o czym się czytało lata temu. 

- Tak, z absolutnej nieświadomości. Ja wszystko składam z rzeczy, z którymi miałem styczność. Na przykład spotykam mężczyznę, który mówi w określony sposób i później używam go w historii, choć przeważnie w zupełnie innym kontekście. Okazuje się jednak niestety, że czasami cytuje nieświadomie trochę zbyt duże kawały rzeczywistości. 

Zapewne u każdego pisarza to wygląda zupełnie inaczej. Jedni tworzą szkice i plany, inni idą na żywioł, siadają i piszą, a jak to jest w pana przypadku? Czy zaczynając pisać powieść, zna pan już jej zakończenie? 

- Tak, zakończenie znam. Istnieją takie nieliczne przypadki twórców, którzy tworzą na żywioł. Siadają, piszą pierwsze zdanie i później się okazuje co dalej, ale akurat w kryminale ważna jest struktura i szkic. U mnie on ma najpierw trzy strony, a później w trakcie pisania, rozrasta się równolegle z powieścią. Zawsze wiem, kto zabił, ale to nie zmienia faktu, że to się czasem może omsknąć w jakąś stronę. Raczej nigdy nie okazuje się, że zabił ktoś inny, ale na przykład wychodzi, że osoba, która zabiła, zrobiła to z zupełnie innego powodu, niż mi się wydawało na początku. Bardzo dużo rzeczy w trakcie pisania się modyfikuje, tworzy od nowa. Wszystkiego w szkicu przewidzieć się nie da, ale zasadniczą strukturę mam i gdy siadam do pisania, wiem już, kto zabił. 

Ile trwa praca nad książką? W tej sytuacji decyduje wena i natchnienie? 

- Wena i natchnienie oczywiście są przydatne w naszej pracy, ale to z reguły jest chwilowe. To, co wena może podrzucić w jakimś momencie to pomysł, natomiast jakbym czekał na nią podczas pisania, to nie wiem, czy przez całe życie, udałoby mi się napisać choćby jedną powieść. To dość mozolna praca, podczas której zakładam sobie pewien minimalny limit znaków do napisania i czasami go znacząco przekraczam, ale zdarza się, że z trudem się do niego doczołguję. Czasami podczas pisania przychodzi dzień, kiedy to wszystko jakoś lepiej idzie. Pewnie wtedy mogę powiedzieć, że jest wena. 

Napisanie powieści czy scenariusza zajmuje panu miesiące, czy lata? 

- Napisanie powieści zajmuje mi około pół roku. Potem są jeszcze m.in. prace redakcyjne, ale powiedzmy, że od podpisania umowy do wydania powieści upływa mniej więcej rok. Przy czym ostatnie miesiące to jest bardziej praca wydawnictwa niż moja. Natomiast w kwestii scenariusza ciężko powiedzieć, bo to jest wieloetapowa praca, w której jak już mówiłem, bierze udział wiele osób. W przypadku powieści można rzeczywiście napisać szkic i później się już siedzi i pisze ileś tysięcy znaków dziennie. Jeśli pracuje się na cztery ręce, to napisanie scenariusza do ośmioodcinkowego serialu też trwa minimum pół roku. 

Czy gdy pisze pan powieść to towarzyszy panu myśl, że to będzie dobry materiał na serial? 

- Nie, taka myśl mi nie towarzyszy. Skupiam się na opowiedzeniu historii, którą sobie zamyśliłem. Ona mi się cały czas gdzieś wymyka, a ja próbuje nad nią zapanować. To jest mnóstwo pracy, żeby doprowadzić historię do końca. I nie myślę wtedy o filmie czy serialu, ale za to chyba mogę powiedzieć, że myślę filmem albo serialem. W ogóle widzę świat w dość filmowy sposób. Ponad 30 lat jestem związany z filmem, więc rzeczywistość widzę dość filmowo. 

Czy istnieje przepis na dobry serial albo przepis na dobrą powieść? 

- Nie, na szczęście nie. Gdyby istniał, to już dawno w Dolinie Krzemowej powstałoby oprogramowanie, które tworzyłoby za nas. Ja lubię element ryzyka w życiu. On dodaje mi adrenaliny, która trochę mnie napędza. W ogóle traktuje życie jako dużą niewiadomą i to mi się przenosi na tworzenie. Oczywiście, pojawia się też w takim miejscu pytanie, co to jest dobry serial, czy dobra powieść. Do pisania takiego nie najgorszego nawet tasiemca kryminalnego, w którym w każdym odcinku jest rozwiązywana historia, istnieje bardzo usystematyzowana rama opisująca, jak należy to zrobić, żeby działało. A pomimo to niektóre z tych tasiemców udają się bardziej, a inne mniej. Wiele czynników na to wpływa. 

Wspomniał pan o adrenalinie podczas pisania, ale zapewne towarzyszy ona panu również w dniu premiery. 

- No pewnie, że tak. To, że coś podoba się mnie, gremium producenckiemu, czy też wąskiemu gronu odbiorców, które przy tym pracowało, to jest jedno. Później to przekazujemy dalej, czyli do szerokiego widza i czy to się przyjmie, czy to się spodoba, to jest niewiadoma - jakkolwiek byśmy nie byli pewni siebie, a ja akurat szczególnie pewny siebie nie jestem. Znamy wiele pozycji, które miały być ogromnym sukcesem, a były plajtą oraz projekty, na które nikt szczególnie nie zwracał uwagi w czasie produkcji, a okazały się hitami. Poza tym adrenalina towarzyszy mi w różnych momentach życia i bardzo to lubię.  

***

Tekst powstał z okazji premiery serialu Polsat Box Go "Matka". To trzymający w napięciu thriller psychologiczny w znakomitej obsadzie. W rolach głównych między innymi Olga Bołądź, Łukasz Simlat, Marcin Kowalczyk i Olaf Lubaszenko. Pomysłodawcą i scenarzystą jest Igor Brejdygant, autor takich hitów jak "Rysa", "Układ" czy "Szadź". Premierowe odcinki produkcji zobaczycie TUTAJ


Zobacz także:

Justyna Mazur-Kudelska: „Nie ma niczego innego, tak bardzo źle ocenianego, jak zabójstwa dzieci”

Renata Kuryłowicz: "Wszyscy jesteśmy workami kości"

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Igor Brejdygant

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy