Reklama

Reklama

„Wygłupiacie się, a za dwie godziny pakujesz jej ciało do worka”. Ukraina, jakiej w mediach nie zobaczysz

Ogrom zdjęć docierających z ogarniętej wojną Ukrainy, buduje złudne poczucie, że „widzieliśmy już wszystko”. Z tego fałszywego przekonania wyprowadzają zdjęcia Justyny Mielnikiewicz, cenionej fotografki, która konflikt za wschodnią granicą portretuje w sposób czasem czuły, czasem intymny, zawsze nieoczywisty. Jej prace, zgromadzone na wystawie „W Ukrainie”, można oglądać w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie.

O Ewie, która przestała być programistką

Ewa pisze tak: "Tam patrzysz na jedną z twoich uśmiechniętych i żywych towarzyszek. Wygłupiacie się, jecie prosty posiłek. A za dwie godziny pakujesz jej martwe ciało do czarnego plastikowego worka. Nie całe ciało, tylko jego części, które, jak ci się wydaje, można by zidentyfikować jako jej. (...). Nie możesz uzyskać wsparcia od grupy, ponieważ wszyscy są zdruzgotani. Korzystasz z mediów społecznościowych, aby porozmawiać z kimkolwiek, ale widzisz, że większość twoich znajomych straciła członków rodziny i przyjaciół. (...). Wszyscy już kogoś stracili".

Reklama

Zobacz również: Putin nie jest Stalinem, ale Bucza będzie następnym Katyniem

"Tam" z listu Ewy oznacza front.

W chwili, w której dziewczyna pisze list, znajduje się w okolicach Kijowa, gdzie ma przewozić zwłoki z odzyskanych wsi i zbierać dowody rosyjskich zbrodni. Na front nie chce wracać, tłumaczy że jest cywilem, który choć posiada techniczne przeszkolenie, emocjonalnie nie jest w stanie sprostać temu zadaniu.  "To, w co mnie wrzucono, to zbyt dużo dla mojego serca" - tłumaczy i dodaje, że "przeprasza za ciszę".

Oprócz listu jest i zdjęcie, można na nim zobaczyć, jak wygląda Ewa, że ma buzię o regularnych rysach, długie blond włosy i szczupłą sylwetkę. Leży na ziemi z rozrzuconymi rękami, ręce kogoś innego zasuwają lub rozsuwają zamek w jej wojskowej kurtce. Fotografię wykonano podczas szkolenia udzielania pierwszej pomocy dla pracowników jednej z firm zarejestrowanych w jednostkach obrony terytorialnej. Ewa pracowała w niej jako programistka.

 Autorką fotograficznego portretu Ewy jest Justyna Mielnikiewicz, a zdjęcie otwiera jej monograficzną wystawę "W Ukrainie", zorganizowaną w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Jak tłumaczy kuratorka ekspozycji, Monika Rydiger, to sama Mielnikiewicz prosiła, by wystawa zaczynała się właśnie od tej pracy.

 - Dla fotografki to zdjęcie było bardzo nośne, mocne, chciała uczynić z niego motyw spajający wystawę - tłumaczy Rydiger.  - Rolę odegrała tu symboliczna historia - losy cywila, który choć ma techniczne przeszkolenie, mentalnie nie jest przygotowany do konfrontacji z rzeczywistością wojny. To ponad jego psychiczne siły

Na wystawie w Międzynarodowym Centrum Kultury zgromadzono dziewięćdziesiąt fotografii z lat 2014-2019 oraz z 2022 roku. Kadry z Ukrainy uporządkowane są według geograficznego klucza czy raczej - klucza, oddającego przebieg działań wojennych. Są więc sekcje: Kijów, Dniepr, Donieck, Charków, Czarnobyl, Lwow, Zaporoże i Bucza. W każdej z nich umieszczono serię zdjęć, uzupełnionych o historie portretowanych osób. Warstwę fotograficzną wystawy dopełniają obiekty przestrzenne, nagrania wideo, i ścieżka audio.

Wszystko to składa się na przekaz inny niż ten, który na co dzień oglądać możemy w mediach. Bo choć Justyna Mielnikiewicz, podobnie jak prasa, telewizja czy portale internetowe, przekazuje nam obrazy wojny za wschodnią granicą, robi to z zupełnie inny sposób. W sposób cichy, czuły, intymny, a chwilami również - jak dziwnie w kontekście wojny by to nie brzmiało - ujmujący.  To wizualny język, przed którym  nie chroni emocjonalny pancerz, który w samozachowawczym odruchu zbudowaliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Zobacz również: Alona Ruban: Te kobiety często przyjechały z jednym bagażem

O kobietach, które miały tylko butelki z benzyną

On jest niemłody, ona też nie, razem siedzą w czerwonym samochodzie, który również ma już swoje lata. On z przodu, w białej koszuli z tradycyjnym haftem, ona z tyłu, starannie uczesana. To Ludmyła Krawczenko z mężem Wołodymyrem i ich samochód, którym od 2014 roku jeździli na linię frontu. Gdy w lutym tego roku Rosjanie wkroczyli do ich kraju, Ludmyła w raz z koleżankami zorganizowała obronę terytorialną. Za jedyną broń miały myśliwskie strzelby i koktajle Mołotowa.

Wystawa "W Ukrainie" zaczyna się od zdjęcia kobiety i cała jest pełna kobiecych portretów i kobiecych historii.  - Gdy przejdziemy przez wystawę, bardzo szybko zauważymy, że bohaterkami większości sfotografowanych historii są właśnie kobiety - tłumaczy Monika Rydiger. - Mężczyźni chwycili za broń, a one zostały na tyłach, próbując zorganizować sobie w miarę normalne życie, zadbać o dzieci, pracować, śledzić wiadomości i wspierać walczące oddziały.

W MCK są więc zdjęcia kobiet, zmierzających w stronę polskiej granicy, trzymających dzieci na kolanach lub szukających w telefonach informacji o tym, jak kontynuować podróż. Są zdjęcia kobiet siedzących w pociągach  - martwiących się o bliskich, którym prawdopodobnie nie uda się wsiąść do tego samego środka lokomocji, kobiet stłoczonych przy wejściu do metra, kobiet towarzyszących w ostatniej drodze mężom i synom. Są zdjęcia kobiet osuwających się na ręce bliskich albo przeciwnie - kobiet posągowych, patrzących prosto w obiektyw.  

Jest i zdjęcie młodej okularnicy, w różowym kapturze, z kolczykiem w nosie, która na policzku wytatuowała sobie trzy litery: мир - pokój. Ta dziewczyna to Ada, która wraz z mężem Stepanem od kilku lat tuła się po Ukrainie w poszukiwaniu bezpiecznego i szczęśliwego domu. Mieszkali już w Charkowie, Odessie i Lwowie. Większość członków ich rodzin wciąż politykę Putina.

Zobacz również: Dobro nie znosi słowa "ale"

O mężczyźnie, który miał pieska i trumny

Jest w tym portrecie klasyczne piękno, jakby był nie fotografią, a olejnym obrazem. Na pierwszym planie - mężczyzna z białym pieskiem na kolanach, na drugim planie - stojaki. Na pierwszym planie - bukiet kwiatów, na drugim planie - trumny na stojakach.

Mężczyzna z pieskiem to Petro Korol, a na drugim planie fotografii widać jego zakład pogrzebowy Pamjat’King. W lodówkach na Petra czekają ciała cywili, którzy zginęli podczas okupacji Buczy. Na razie nie ma ich kto zidentyfikować.

"W Ukrainie" Justyny Mielnikiewicz to wizualna kronika najważniejszych i najbardziej dramatycznych momentów wojny. Obok zdjęć z Buczy są tu też fotografie z Czarnobyla, Borodzianki, Kijowa. Na żadnym z nich nie widać wojennych działań, widać tylko ich skutki, głównie te, które zostawiają ślady na ludzkich twarzach.

 - Dla mnie najważniejsze w fotografii są ludzkie emocje - mówi w wywiadach Justyna Mielnikiewicz, a oglądając jej zdjęcia chciałoby się dodać: "i szacunek dla portretowanych".

Justyna Mielnikiewicz jest polską fotoreporterką na stałe mieszkającą w Gruzji. Współpracowała z tytułami takimi jak: "The New York Times", "Le Monde" czy "Newsweek". Często fotografuje tematy związane z życiem na terenie byłego Związku Radzieckiego. Jak czytamy na stronie MCK: "Temat Ukrainy podjęła po raz pierwszy w 2008 roku, fotografując prorosyjskich Kozaków i proukraińskich Tatarów na Krymie. Po roku 2014 zrealizowała kilka mniejszych projektów, a w 2019 wydała album fotograficzny "Ukraine Runs Through It". Opowiada w niej o Majdanie i wojnie, która rozpoczęła się w 2014 roku, ale przede wszystkim o codzienności w ogarniętym walkami kraju".

O zdjęciach i relacjach

Mimo iż Mielnikiewicz w swoich fotografiach dokumentuje skutki wojny, trudno użyć wobec niej określenia "fotografka wojenna" czy "reporterka wojenna". Po pierwsze jej zdjęcia, nawet te reporterskie, budzą silne skojarzenia z klasycznym malarstwem, zarówno w kwestii  kompozycji jak i kolorystyki. Po drugie, fotografie Mielnikiewicz nie mają w sobie nic z pośpiechu i naskórkowości, charakterystycznych dla współczesnego sposobu relacjonowania wydarzeń.

- Jest dokumentalistką, ale ma też niesamowity instynkt wizualny, umiejętność chwytania naprawdę świetnych ujęć. To coś, co -  jak ja to nazywam -  "kłuje" w zdjęciu, przyciąga uwagę - mówi Monika Rydiger.  -  Co ważne, Justyna Mielnikiewicz nie tylko wysłuchuje historii ludzi, ale też buduje z bohaterami swoich fotografii relacje, zapisuje sobie ich numery telefonów, dowiaduje się, co się z nimi dzieje. To bardzo uczciwe, pełne szacunku podejście.  

I jeszcze jedna historia, na wystawie opowiedziana w kilkunastu kadrach. Mężczyzna i kobieta w średnim wieku, podróżują zdezelowanym samochodem. Razem z nimi z Mariupola ucieka dwójka dzieci, pies i królik. Mężczyznę na ostatnim z punktów kontrolnych na drodze do Zaporoża zatrzymują Rosjanie. Zabierają mu telefon, w telefonie znajdują smsy - ich zdaniem podejrzane. Kobieta była przekonana, że to koniec, że jej mąż trafi do aresztu, że się rozdzielą. Kiedy już bezpieczni rejestrują się w Zaporożu jako uchodźcy wewnętrzni, najpierw długo odpowiadają dziennikarzom na pytania, a później stają na uboczu, padają sobie w ramiona i zaczynają całować.

***

Wystawa "W Ukrainie. Justyna Mielnikiewicz"

Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie

Wystawę można oglądać do 6 listopada

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy