Reklama

Reklama

Aktorki zaczynają się buntować. Chcą zarabiać więcej

Godziny spędzone w charakteryzatorni, poświecenie na treningach, miesięczne przygotowania do roli, kilkanaście godzin dziennie na planie. Ile zarabiają polskie aktorki? Zgodnie twierdzą, że za mało. Joanna Kulig ma odwagę mówić o tym wprost.

Dzięki wybitnej roli w filmie "Zimna wojna" Joanna Kulig (36) została okrzyknięta nadzieją światowej kinematografii, coraz częściej mówi się też o jej szansach na statuetkę Oscara. 

Do pracy na planie przygotowywała się miesiącami, trenując na siłowni, ćwicząc śpiew i od rana do nocy ucząc się tańca od zespołu Mazowsze. To ona firmowała film swoim nazwiskiem, gdy pokazywano go w niemal każdym zakątku świata. 

I, jak twierdzą krytycy, to ona została jego najjaśniejszym punktem. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy jeden z dzienników podał, że za swoją wybitną rolę otrzymała wynagrodzenie dużo niższe od swojego partnera filmowego, Tomasza Kota. 

Reklama

Okazało się, że talent Joanny, którym zachwycały się Juliette Binoche i Julianne Moore, został przez producentów wyceniony na gażę o 10 tysięcy złotych dziennie mniejszą niż gaża Tomasza Kota, który w filmie ma dużo mniej kwestii, nie ma też sekwencji muzycznych ani tanecznych. Sytuacja Joanny Kulig nie jest jednak odosobniona. 

Małgorzata Kożuchowska (47), twarz serialu "Rodzinka.pl", też jest dla producentów mniej cenna niż jej serialowy mąż, Tomasz Karolak. Aktorka zarabia od niego dwa tysiące mniej za każdy dzień zdjęciowy, choć jej rola jest bardziej wymagająca i bardziej dynamiczna niż rola kolegi. 

W jednym z wywiadów Małgorzata wyznała, jak wyczerpująca bywała dla niej praca na planie: "Codziennie przychodziłam do pracy na 7.30. Zdjęcia trwały najczęściej do 18. Ponad trzy miesiące, dzień w dzień - tyle trwało nagrywanie pierwszego sezonu. 

Pamiętam, jak usłyszałam 'Koniec  zdjęć!", zgasły światła, a ja zamknęłam się w sypialni Natalii i Ludwika i po prostu popłakałam się. Ze zmęczenia, ulgi, stresu - tego nie wiem. Ale łzy płynęły jak grochy", wyznała. 

Jakim więc cudem nie jest za swoją pracę sprawiedliwie nagradzana?

Aktorki się buntują. "To w naszym zawodzie norma", mawia Anna Dereszowska (37), która już cztery lata temu próbowała nagłośnić problem dysproporcji w zarobkach mężczyzn i kobiet w filmowym świecie. 

Wtórowały jej wtedy Weronika Rosati i Jolanta Fraszyńska. Okazuje się, że mimo chwilowego medialnego szumu, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Renata Dancewicz o tym, że za rolę dostaje dużo mniej niż jej koledzy, mówi wprost: "Łajdacwo". 

A Sonia Bohosiewicz tak odnosi się do sprawy: "Godzinę dłuższa charakteryzacja i 12 godzin na obcasach, a do tego zarabiamy 30 procent mniej od facetów. Ja się nie skarżę, ja się wku_wiam". "Aktorek nie ma kto reprezentować w walce o równouprawnienie. Każdy jest skupiony na samym sobie. 

Duże nazwiska, które mogłyby lobbować na rzecz kobiet, nie mają czasu się tym zająć. A młodzi, których najbardziej to dotyczy, nie mają siły przebicia", mawia Dereszowska. I dodaje, że problem nierównego wynagradzania ze względu na płeć dotyczy nie tylko aktorów. Taka niesprawiedliwość dotyka niemal wszystkich zawodów (z wyjątkiem modelingu - tu to kobiety zarabiają dużo więcej niż mężczyźni). Statystycznie, w niemal każdym innym segmencie kobieta na tym samym stanowisku i takim samym zakresie obowiązków zarabia ok. 20 proc. mniej niż mężczyzna. "Jeszcze daleka droga do zrównania zarobków obu płci. 

Z badań wynika, że kobiety, mimo ciąży i urlopu macierzyńskiego, są dużo lepszymi pracownikami, bo są doskonale zorganizowane, są więc fantastycznymi menadżerami, liderami zespołu. Ale długa droga do tego, żeby pracodawcy zaczęli płacić im tyle samo, co facetom", wyznała kiedyś Anna Dereszowska.

W Hollywood idą zmiany. Choć bardzo powoli. Niedawno głośno było o skandalicznym zachowaniu producentów filmu "Wszystkie pieniądze świata", którzy poprosili parę głównych bohaterów, Marka Wahlberga i Michelle Williams, o dodatkowe 10 dni pracy. Wyliczyli, że nadgodziny Wahlberga warte są 1,5 miliona dolarów, a jego koleżanki...1000 dolarów. 

Podobna sytuacja spotkała Natalie Portman (laureatkę Oscara), która za rolę w komedii romantycznej u boku Ashtona Kutchera (laureata Złotej Maliny dla najgorszego aktora) zarobiła trzy razy mniej. Robin Wright za epizod "House Of Cards" zarabiała 80 tys. dolarów mniej, niż Kevin Spacey. Zrównano ich zarobki dopiero, gdy zaszantażowała producentów, że odejdzie z serialu. 

"Kobiety powinny być traktowane tak samo jak mężczyźni i zarabiać tyle samo", podkreśla Emma Stone. Wtóruje jej Meryl Streep, Charlize Theron i dziesiątki innych pierwszoligowych aktorek Hollywood, które postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o swoje. Joanna i Małgosia powinny pójść ich śladem. Są tego warte.

Zobacz także:



Show
Dowiedz się więcej na temat: Joanna Kulig

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy