Reklama

Reklama

Marta Dębska o sztuce biegania w górach. „My, kobiety, nie powinnyśmy bać się mierzyć wysoko”

Jej przygoda z bieganiem rozpoczęła się w 2014 roku. Marta Dębska, autorka bloga Zielonebieganie.pl, zaczęła biegać, bo... chciała utrzymać stałą wagę i nie przytyć. Dziś święci triumfy w górskich ultra, podkreślając, że to właśnie na szlaku czuje się najlepiej. Przy kawie plotkujemy o Nowym Sączu, rozmawiamy o bieganiu w górach i odpowiadamy na pytanie: jak być szczęśliwą na własnych zasadach?

Spotykamy się w Nowym Sączu, mieście, z którego zdecydowana większość młodych ludzi ucieka, aniżeli pragnie się przeprowadzić. Marta Dębska podjęła jednak decyzję. Porzuciła "przepełnione pieniędzmi i pogonią za karierą" życie w Warszawie, by odnaleźć spokój blisko gór. Wioskę pod Krynicą, w której obecnie mieszka, nazywa swoją "ukochaną dziurą na końcu świata", w której żyje na własnych zasadach. Od 2014 roku przemierza świat biegowym krokiem.

Aleksandra Tokarz, Interia: Jakie jest twoje ulubione miejsce na Sądecczyźnie?

Reklama

Marta Dębska, biegaczka ultra, autorka bloga Zielonebieganie.pl

- Jestem zakochana w Beskidzie Niskim, zwłaszcza pod kątem starych, drewnianych cerkwi i opuszczonych chyży. Nie mam takiego jednego, konkretnego miejsca. Ale na rowerze uwielbiam jeździć na szarlotkę do Regietowa. To miejsce jest poza światem. Jedziesz rowerem i nagle rozpościerają ci się pola, góry i tam nic nie ma. Jest kilka chatek i ogromna stadnina koni huculskich. Dosłownie czujesz, jak przenosisz się w czasy, gdy na tych terenach mieszkali Łemkowie.

Lubisz bezludne miejsca. Do tego stopnia, że postanowiłaś zmienić Warszawę na małą wieś pod Krynicą.

- W Warszawie skorzystałam tyle, ile mogłam przez te wszystkie lata. Wycisnęłam z tego, co mogłam. Teraz, widzę swój rozwój tutaj. Jest to o tyle ironiczne, że większość młodych ludzi stąd ucieka do wielkiego miasta.

- Nie mówię, że Warszawa jest zła. Mówię, że zdecydowanie się nią przesyciłam. Postanowiłam poszukać swojej "dziury" i świętego spokoju. A że moją pasją jest bieganie po górach, nie mogłabym tego realizować na Mazowszu, w mieście. Dążyłam do tego, żeby znaleźć swoje spokojne miejsce, w którym nie będzie tylu bodźców, które będą mnie wybijały z tego, czego tak naprawdę chcę w życiu.

Jak to było z tą przeprowadzką? Siadłaś pewnego wieczoru i pomyślałaś: "Zbieram manatki i przeprowadzam się"?

- Uciekałam w góry od wielu, wielu lat. Nie uciekałam przed czymś konkretnym, bo teoretycznie w Warszawie nie działo mi się nic złego. Uciekałam raczej przez wizją życia, którą mi narzucano - życia przepełnionego przedmiotami, wyjściami do restauracji, samochodami, wszystkim, co było materialne. To zupełnie nie moja para kaloszy.

- Żeby odzyskać pewną równowagę pakowałam się do samochodu i uciekałam na trzy, cztery dni od tego schematu warszawskiego życia, które mi nie pasowało. W zeszłym roku, w maju, przelała się czara goryczy. Nawarstwiło się tyle rzeczy, głównie ze sfery osobistej, że nie mogłam już dalej uciec od tego, kim naprawdę jestem. Nie mieć już tych masek, które mnie niszczyły. Tłumaczyłam sobie, że wszystko jest okej, mam perspektywy, samochód, super pracę. Całe życie było super, ale w głębi serca to było totalnie nie to, czego chciałam.

"Porzuciłam 'szczęśliwe', przepełnione pieniędzmi, depresją, zaburzeniami odżywiania, bezsennością, pogonią za karierą i toksycznymi relacjami życie". Tak wspominasz swój czas w wielkim mieście.

- Wiesz, wszyscy mamy swoje bolączki, konkretne sprawy, które w głębi serca nam nie pasują, mimo że w mediach społecznościowych możemy pokazać siebie jako osobę szczęśliwą. Tak jest z tą Warszawą. Jest taką "szklaną kulą". Mieszkałam w wielu miejscach w Polsce, ale nigdzie nie ma takiej mentalności jak w stolicy.

- Początki mojego mieszkania w Warszawie wspominam jako pracę po 10-12 godzin, utożsamianie się z nią, życie na full obowiązkami i “perspektywami", które ta praca miała nieść. Byłam skoncentrowana na tym, żeby jak najwięcej z tej Warszawy wynieść i niesamowicie się w tym zatraciłam. Nie chciałam przyznać się przed sobą, że w głębi jestem introwertyczna i potrzebuję tej swojej "dziury" na ziemi. Że potrzebuję pójść rano w góry, czy wypić spokojnie kawę na ganku, obserwując jak poranna mgła unosi się nad okolicznymi górami. W Warszawie było tak wiele bodźców, decyzji, które musisz podjąć i nie myślisz o tym, czego ty chcesz, tylko co jest od ciebie oczekiwane. Wiedziałam już, że jak stamtąd nie wyjadę, to oszaleję.

"Na stałe wyprowadziłam się do wsi koło Krynicy-Zdrój, kupiłam 20-letnią Toyotę, jeżdżę wszędzie swoim rowerem, biegam". Tak teraz wygląda twoje życie. Jak to zrobić? Jak podjąć podobną, przełomową decyzję?

- Bardzo ważne jest to, żeby dać sobie kredyt zaufania. My tak bardzo chcemy mieć przewidywalne scenariusze w życiu, pewność, gwarancję, że nie dajemy sobie zaufania w naszym człowieczeństwie. A nawet jeśli zawrócisz, to co? Najważniejsze jest to, żeby nie chcieć idealnego scenariusza.

- Jak się tutaj przeprowadzałam to wiedziałam, że czeka mnie lawina problemów do rozwiązania. Bardzo długo w Warszawie przed tymi problemami uciekałam i kiedy tutaj przyjechałam, to mnie to całkowicie przytłoczyło. Powolutku zaczęłam je dźwigać i otworzyłam się na innych ludzi. Jeśli chcemy coś zmienić zastanówmy się co nam to da, jako człowiekowi i jakie mamy ewentualne ryzyka. Co stracisz? Jesteś w stanie to zaryzykować? Ja już nie miałam nic do stracenia. Decyzje wcale nie muszą być rewolucyjne, bolesne, z efektem "wow", ale to ty sam musisz poczuć w sobie, że nie masz wątpliwości, że coś nie działa na twoją korzyść i potrzebujesz zmiany.

Jak zaczęła się twoja przygoda z bieganiem?

- Wyjechałam do Stanów w ramach programu au pair i uwaga, będzie banał - nie chciałam przytyć. Tak się zaczęło. Kobieta, u której mieszkałam była biegaczką i wtedy powiedziałam do niej: "A może byś mi rozpisała plan na półmaraton?".

Dobrze rozumiem, że kontrola wagi popchnęła cię do tego, żebyś zaczęła przygodę z pasją, która dziś jest miłością twojego życia?

- Dokładnie. Dlatego też uważam, że bieganie w moich początkach było bardzo toksyczną relacją. To tak jak dużo dziewczyn chodzi na siłownię, żeby spalić kalorie. Ja myślałam w ten sam sposób. Zastanawiałam się, ile zjadłam konkretnego dnia i jak długo muszę biegać, żeby to spalić.

- W świetle mediów społecznościowych i kreowania perfekcyjnego ciała bez skazy i idealnych uśmiechów, wpadamy w kompleksy. Moje zaburzenia odżywiania zaczęły się tuż przed studiami. Pamiętam, że u mnie w domu zawsze była jakaś dieta. Wyrastałam w kulturze "Bravo Girl", wszędzie słyszałam o dietach kapuścianych, od dziecka widziałam wychudzoną Victorię Beckham czy Lindsay Lohan, dorastałam patrząc na takie dziewczyny. Zawsze wydawało mi się, że kobieta musi być na diecie. Mimo że zawsze byłam aktywnym dzieckiem, w wieku "nastu" lat zaczęłam myśleć, że chciałabym to, czy tamto zmienić.

- Zaczęło się od niewinnego odchudzania, a potem ciało chciało sobie to rekompensować. Było objadanie się i głodzenie. Standard. Były restrykcje, wprowadzanie idealnych diet. Moje zaburzenia odżywiania zaczęły się niewinnym odchudzaniem, potem przeszło to w anoreksję, potem w bulimię, a na końcu w ortoreksję, czyli wszystko musiało być bardzo “zdrowe". To była wisienka na torcie.

- Im częściej zaczęłam wychodzić w góry, tym ta relacja zaczęła się naprawiać. W górach zaczynasz dostrzegać swój niesamowity potencjał. Widzisz, że jak nie będziesz jadła, nie będziesz piła, to po prostu padniesz. Pierwsze biegi górskie to był 2016 rok w Krynicy. Mieszkałam jeszcze wtedy w Warszawie i przyjechałam na 30km w ramach Festiwalu Biegowego. Co to było za wydarzenie! Do dzisiaj pamiętam ile kosztowało mnie to siły! Śmiać mi się chce na myśl, że po pięciu latach od tego (na tamten moment) kosmicznie długiego biegu, przebiegłam swoje pierwsze stumilowce.

Po górach można chodzić, podziwiać krajobrazy. Ale po co po nich biegać? Już na samą myśl niejednemu zrobiłoby się słabo.

- Jestem na takim etapie, że nie wyobrażam sobie mieszkać "na płaskim" i "klepać" asfalt. Mnie po prostu totalnie nie pociąga zaliczanie nowych rekordów w maratonie, półmaratonie. To co ja pokochałam w bieganiu w górach to jest niesamowita szansa do zobaczenia siebie z innej perspektywy. Jesteś w górach, jesteś sama. Dzisiaj rano, jeszcze przed wschodem słońca wbiegłam sobie na Przehybę. Wtedy uświadamiasz sobie, że nie chcesz uciekać. Widzisz, że z każdym kolejnym krokiem świat należy do ciebie.

- Ja pokochałam bieganie w górach dlatego, że kocham ten spokój w górach i nigdzie nie odnajduję się tak dobrze, jak tam. Po drugie, zaczęło mnie nudzić chodzenie po szlaku. Naoglądałam się wielu filmików i zapragnęłam mieć taką wolność w nogach, jaką mają zawodowcy. Bieganie stało się dla mnie naturalnym sposobem przemieszczania się. Góry są dla mnie miejscem, gdzie jestem skonfrontowana ze sobą, ze swoimi słabościami i to właśnie tam zaczęłam szanować siebie, jako osobę. Góry pokazują ci, ile masz w sobie rozsądku. Wszystko cię boli, ale jak już zaczęłaś, to wiesz, że masz dotrzeć do końca. Możliwość przekonania się o własnej sile sprawiła, że pokochałam bieganie w górach. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak jesteśmy silni.

Czym w ogóle jest bieg ultra? I jak to jest biegać w górach?

- Technicznie rzecz ujmując jest to bieg dłuższy niż dystans maratonu, czyli powyżej 42,195 kilometrów. Pamiętajmy, że są różne biegi ultra. Dla mnie osobiście pojęcie "ultra" nie jest kwestią dystansu, a czasu, który spędzisz na określonej trasie. 40 kilometrów na płaskim, a 40 kilometrów w górach to są zupełnie dwie inne rzeczy. Możesz zrobić 21 kilometrów, co jest dystansem półmaratonu, na płaskim i zrobisz to powiedzmy w 2 godziny. Ale ten sam dystans, na przykład tutaj w Beskidach, pętelka z Rytra na Przehybę, Wielki Rogacz i z powrotem zajmie ci już na przykład 3,5 godziny.

- Dziś patrzę na biegi ultra bardzo racjonalnie z nutą romantyzmu. Ultra dla mnie jest całym procesem dojścia do finalnego pojawienia się na mecie. "Ultrasem" jest dla mnie osoba, która chce być w górach, a nie być w nich, żeby przebiec bieg. Mentalność "ultrasa" to założenie: wiem, że będzie ciężko i będę musiał zdobyć w sobie taką siłę, żeby udźwignąć nie tylko ból fizyczny, ale też psychiczny.

- Żyjemy w takim świecie, że szukamy tak ekstremalnego dyskomfortu, żeby poczuć szczęście. To jest pewien paradoks. Jest nam tak dobrze w życiu, mamy zapewnione podstawowe potrzeby, że możemy się pokusić o to, żeby wyjść na tak absolutnie ekstremalną ścieżkę. I to trzeba lubić. Bieganie po górach sprawiło, że mocno otworzyłam się również podróżniczo. Warto podkreślić to, że na szlaku w górach, bardzo często widzimy mężczyzn, na listach startowych dominują mężczyźni. Nas kobiet jest bardzo mało. Mam takie poczucie, że kobiety wciąż boją się tego biegania w górach. Wynika to w dużej mierze z braku wiedzy na ten temat.

- W naszej kulturze wpajane jest kobietom zdanie: "Nie idź, nie próbuj, wykorzystają cię, zgwałcą". Jest wiele narzędzi, którymi możesz dysponować, żeby się bronić. Ja biegam w górach od ośmiu lat i nic mi się nie stało. Najważniejsze jest włączenie myślenia. My kobiety nie powinnyśmy bać się mierzyć wysoko. Bez względu na to, czy są to wysokie góry, czy wysokie cele zawodowe, osobiste czy rozwojowe. Nam też się należy. Jesteśmy wystarczające. Uwierzmy w siebie.

Jaki był najdłuższy bieg w twoim życiu?

- Bieg Siedmiu Szczytów organizowany podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego na dystansie 240 kilometrów. Biegłam 49 godzin bez przerwy. Nie obyło się wtedy bez problemów. Po mniej więcej 30 godzinach zaczęłam się gorzej czuć, a potem okazało się, że mam covida. Połowę tego biegu zrobiłam nieświadomie chora.

Jak zacząć biegać? Wstać rano i chcieć odkopać się z ciepłej pościeli, wyjść na zewnątrz i pomyśleć sobie: "Świetnie, idę pobiegać!"?

- Ze wszystkim w życiu jest chyba tak, że jak musisz coś zrobić, to jest to traumatyczne. "Muszę dzisiaj napić się zielonego koktajlu". Fuj. Już na samą myśl jest nam niedobrze. Takie samo mamy podejście do biegania. Bieganie utożsamiamy z czymś traumatycznym, czymś co przepala płuca, jest interwałami, z czymś co sprawi, że padniemy na kolana.

- Sęk w tym, żeby trzeba nauczyć się biegać tak, żebyśmy nie mieli zadyszki. Na początek warto wprowadzić się na tę ścieżkę marszobiegami. Przejdziesz sobie 3 minuty, a potem 3 minuty lekkiego truchtu. To wystarczy.

- Dla mnie receptą na to, żeby polubić bieganie, jest to, żeby zacząć na spokojnie. Będzie cię to wręcz nudziło, ale nie będziesz miał poczucia: "O Boże, boję się". Często boimy się uczucia zmęczenia, tego, że wszystko nas boli. Na spokojnie, małymi krokami, nie narzucajmy sobie zbyt wielkiej presji. Jeżeli masz czas po pracy 15 minut i jest to jedyna wolna chwila, którą możesz wycisnąć w ciągu dnia, to idź na te 15 minut - 1 minuta marszu i 1 minuta biegu. Wróć i zastanów się, czy coś ci to dało, jak się czujesz, czy oderwałeś się na chwilę od rzeczywistości. Twoim celem nie musi być maraton czy świetny czas. Po co ci to? Chodzi o to, żebyś znalazł w sobie ciekawość i luz.

Udowodniłaś, że można być szczęśliwą na własnych zasadach. Co zrobić żeby odnaleźć siebie i być szczęśliwym z sobą samym?

- Wydaje mi się, że sposobem dojścia do tego, czego naprawdę chcemy w życiu jest znalezienie tej minuty ciszy w ciągu dnia. Żeby usiąść samemu ze sobą, w ciemnym pokoju albo wyjść na spacer, głęboko oddychać i zastanowić się czy naprawdę odpowiada mi to, co mam oraz jak żyję. Jeśli coś mi nie pasuje, to jakie są sposoby na to, żeby z tego wyjść. Ja przez wiele lat tłamsiłam w sobie moją naturę osoby, która jest nieidealna, ale prawdziwa. Zaakceptujmy to, że ludzie nie muszą nas lubić.

- Ja zaczęłam od tego, że odpowiedziałam sobie na pytanie: czego nie chcę? To otworzyło mi drogę do tego, czego naprawdę pragnę. A pragnę być tym, kim jestem w środowisku wspierającym, w środowisku, w którym mogę się realizować prywatnie i zawodowo. I nie ukrywam - tam gdzie są góry.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: bieganie poradnik | góry | Jak być sobą

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy