Reklama

Reklama

Sonia Bohosiewicz: Nie taka leniwa

„Leniwą żoną” ogłosiła się w Internecie. Nam Sonia opowiada o pracy, dzieciach i domowym kieracie. Zdradza też, co znajdzie się w jej książce i jaka będzie jej... płyta.

Spotykamy się tuż po zakończeniu czwartej transzy serialu "Diagnoza". Sonia Bohosiewicz (43) śmieje się, że jej serialowa Wanda Jureczko powoli staje się postacią kultową. "Nigdy nie miałam ponad 1000 komentarzy pod moim zdjęciem na Instagramie, a jak wrzuciłam post o Wandzie, to ludzie szaleli", mówi ze śmiechem.

Zdradza, że przerwa w nagrywaniu bardzo jej się przyda, bo ma ostatnio naprawdę sporo na głowie. Właśnie skończyła pisać książkę, kończy też pracę nad płytą, jednocześnie prowadząc popularny kanał internetowy i będąc mamą na pełen etat. Jak ona to robi?

Reklama

Pani rewolucja

Nie każdy wie, że od niedawna Sonia jest gwiazdą Internetu. Stworzyła kanał na YouTube, na którym jako "Leniwa żona" dzieli się z kobietami swoimi patentami na prowadzenie domu. Zdradza tam m.in. przepisy na błyskawiczne desery. Po co? Aby wesprzeć inne żony i matki, które zamiast żyć, spędzają każdą chwilę w kuchni.

"W dzisiejszych czasach kobiety mogą robić bardzo wiele. Już nie musimy siedzieć w kuchni i zajmować się wyłącznie obiadem dla męża i dziećmi. Możemy pracować, brać udział w wyborach, zajmować ważne funkcje w kraju, nosić spodnie, skakać ze spadochronem, polecieć w kosmos i jeszcze dalej - możemy już wszystko to, co kiedyś mogli tylko mężczyźni, więc nie ma czasu na siedzenie w kuchni!

Trzeba uwijać się jak najszybciej, bo świat oferuje tak strasznie dużo, że szkoda czasu, żeby go marnować. »Leniwa żona« to pomysł na to, jak coś zrobić szybko, efektywnie i efektownie, a potem rzucić się w wir innych fantastycznych przyjemności, które kiedyś były nam zakazane", tłumaczy. I dodaje z uśmiechem: "Ta leniwość jest oczywiście przekorna". Faktycznie, Sonia jest ostatnią osobą, której można zarzucić lenistwo. Zanim jeszcze zeszła z planu "Diagnozy", już szykowała książkę kucharską. A gdy kończyła ją pisać, już zabierała się za nagrywanie płyty jazzowej. Ta kobieta naprawdę nie potrafi usiedzieć w miejscu. Nie umie też milczeć, gdy widzi, że w naszym kraju dzieje się źle.

Ostatnio zabrała głos w sprawie przemocy, tak niestety powszechnej w Polsce. W tej kwestii też chciałaby przeprowadzić rewolucję: "Kiedy byłam mała, w czasach PRL-u, bicie dzieci było normalne i naturalne. Nikt nie traktował tego jak zła, odwrotnie - wydawało się, że to jest powinność dorosłych, by wychować dziecko poprzez rygor.

Ojciec matka, rodzina, nauczyciele - wszyscy bili, bo wydawało im się, że tak jest dobrze, bo sami też tak zostali wychowani. Dziś już wiemy, że to złe i do niczego dobrego nie prowadzi, że to krzywdzi młodego człowieka, obniża jego poczucie własnej wartości, rozdziela rodzica od dziecka. Już o tym wiemy, a jednak nadal gdzieś widać i słychać pozostałości po myśleniu, że bicie dzieci to nie bicie.

Bywa, że ktoś mówi: »Ja dostawałem od ojca i żyję, i zobacz na jakiego człowieka wyrosłem«, »Raz na jakiś czas nie zaszkodzi«, »Klaps to przecież nie jest bicie«. To wszystko bzdury! Absolutnie nie wolno bić! I to myślenie musi się zmienić, umrzeć z pewnym pokoleniem. Tak jak przed laty ludzie doszli do tego, że czarni są równi białym i to spowodowało zmianę. Choć ona też następowała powoli.

To myślenie się zmieniało powolutku, tak jak myślenie o przemocy musi się wreszcie zmienić. Nie wolno nikogo uderzyć, to jest przemoc i niezależnie od tego, czy się ktoś zdenerwował, jeśli uderzył dziecko, kobietę, psa czy drugiego mężczyznę, nie wolno tego robić. A gdy ofiara mówi głośno, że jest bita, nie poddawajmy jej słów w wątpliwość. W zdecydowanej większości ofiary mówią prawdę", grzmi Bohosiewicz. Gdy sama jest świadkiem przemocy, nie odwraca wzroku. "Zawsze reaguję.

Niezależnie, czy coś widzę na ulicy, w pięknym domu, czy w tramwaju. Nie przechodzę obojętnie. Bo tylko taka postawa spowoduje, że będzie to piętnowane i ludzie nie będą się tak zachowywali. Jeśli ktoś szarpie dziecko za rączkę albo za ucho, jeśli ktoś popycha kobietę, grozi jej, to trzeba na to zareagować. Zwyczajnie po ludzku, trzeba drugiemu człowiekowi pomóc", mówi.

To, co najważniejsze

To oczywiście rodzina. "Czas z rodziną jest dla mnie bardzo ważny. I staram się być z nimi jak najwięcej. Oczywiście bywa, że przepraszam ich i jeśli muszę odebrać telefon, wychodzę do drugiego pokoju. Ale czas z synami jest tylko dla nich. Mój nauczyciel z liceum w Żorach mawiał, że czasami 40 minut poświęcone komuś naprawdę jest o wiele bardziej wartościowe niż trzy godziny, ale udawane. Gdy ktoś do ciebie przyjdzie, wyłącz telefon i telewizor, zaparz herbatę i usiądźcie naprzeciwko siebie. Tego się trzymam.

Tak też traktuję moje dzieci - nie zawsze udaje mi się spędzić z nimi całego dnia, ale ten czas, który jest dla nich, spędzamy razem czy to na zabawie, czy na przytulaniu. Jesteśmy ze sobą naprawdę". Pytana, czego chciałaby nauczyć Teodora (10) i Leonarda (7), odpowiada bez wahania: "Empatii. Kiedy ona jest, to i jest zrozumienie dla drugiego człowieka, patrzenie na niego uważnie. Empatia daje też spojrzenie w siebie. Zauważanie tego, co się wokół dzieje, czy komuś robimy krzywdę, co jest dobre, a co złe. To coś, czego nam naprawdę potrzeba".

Justyna Kasprzyk

Zobacz również:


Show

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy