Reklama

Reklama

Anders Breivik. Nakręcony do zbrodni

O godzinie 15:25 pod budynkiem Kancelarii Premiera w Oslo eksplodowała bomba. Siedem osób zginęło na miejscu. Gdy lekarze bezskutecznie walczyli o życie ósmej ofiary, Anders Breivik był już w drodze na wyspę Utoya, by nadal zabijać. Tym razem bezpośrednio - strzałem z broni palnej. Masakra z 22 lipca 2011 roku, w której 77 osób straciło życie, stała się jednym z najtrudniejszych momentów we współczesnej norweskiej historii. Pytanie, jak mogło do tego dojść, wciąż pozostaje aktualne.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Stawia pani w książce tezę, że czyny Andersa Breivika nie są wynikiem jego prawicowych poglądów. Że jego poglądy są czymś niemalże przypadkowym. To dość kontrowersyjne ujęcie tematu.

Elżbieta Czykwin: - Ludzi, którzy podzielają poglądy Breivika, jest wielu i liczba ta narasta, ale nawet oni nie poparli jego działań i nie identyfikują się z nim jako osobą. Bez względu na poglądy niewiele osób decyduje się na tak straszliwe przekroczenie oporu przed zabijaniem, który jest u ludzi bardzo silną tendencją. Breivik przełamał go w tym dniu dwukrotnie i to na dwóch zupełnie innych poziomach.

Reklama

- Podkładając bombę w Oslo, nie miał bezpośredniego kontaktu z ofiarami. Masakra na wyspie Utoya, która nastąpiła 40 minut później, miała zupełnie inny wymiar psychologiczny. Breivik strzelał z niewielkiej odległości do bardzo młodych ludzi, bezbronnych, często rozebranych, relaksujących się na plaży lub w wodzie, uciekających. Dramatyzm tych czynów pokazuje, że musiało za nimi stać coś więcej, a poglądy były jedynie wymówką.

Wiele osób grających w World of Warcraft i Call of Duty 4 również nie dokonuje masakr. A jednak po tych wydarzeniach gry wycofano ze sprzedaży w Norwegii, pani również podkreśla ich znaczenie. Czyli gry miały wpływ, a poglądy nie?

- Tak uważam. Z całą pewnością przekroczenie oporu przed zabijaniem u Breivika było związane z silnym uzależnieniem od gier. Breivik przez dwa lata grał po kilkanaście godzin na dobę w szczególnie okrutne gry, które powinny być wycofane i ostatecznie zostały. W jego przypadku mamy do czynienia ze spiętrzeniem pewnych symptomów, które są wdrukowane w nasz system kulturowy, a które doprowadziły go do tego okropnego czynu. Te przyczyny są różnorodne i wszystkie występowały w dużym nasileniu.

Na wyspie Utoya Breivik oszczędził Adriana Praconia, bo - jak później zeznał - Pracoń miał według niego "prawicowy wygląd". Czy to nie świadczy jednak o tym, że poglądy miały znaczenie?

- To szczególna sprawa. Trudno jest powiedzieć, co znaczy "prawicowy wygląd", ale nawet jeśli Breivik tak odczytał osobę Praconia, to proszę pamiętać, że miała to być jego ostatnia ofiara. Breivik był już w tym momencie bardzo zmęczony. Adrian Pracoń jest zdeklarowanym gejem i jego wygląd mógł mieć znaczenie dla Breivika, ale w innym sensie niż opisał to w sądzie. Jeden z jego przyjaciół zeznał, że Breivik jest ukrytym gejem. Nie wiadomo oczywiście, czy to jest prawda, ani co tak naprawdę go powstrzymało.

Nazywa pani Breivika w kilku miejscach nieudacznikiem. Co to znaczy?

- To rzeczywiście nie jest dobre słowo. W Polsce być może tak byśmy go nie określili, ale w Norwegii był odbierany jako nieudacznik. Nie skończył szkoły, nie miał matury, zawodu, nie pracował. Miał ogromne ambicje i wyobrażenie o sobie, ale jego perspektywy były raczej marne. Podjął kilka prób, by zaistnieć w różnych środowiskach, ale wszystkie skończyły się niepowodzeniem.

- To człowiek, który nieustannie poruszał się na granicy moralności i nieustannie łamał zasady. Jako nastolatek był graficiarzem i nie tylko naruszał prawo, ale nie był też lojalny wobec swojej grupy. Graficiarze też mieli swój kodeks moralny i Breivik go złamał. Później próbował swoich sił w prawicowej Partii Postępu, ale i tam się nie sprawdził, nie zachowywał kodeksu koleżeńskiego. Zawiódł ojca, któremu obiecał, że zerwie z graffiti, ale tego nie dotrzymał. To była jedna z przyczyn, dla których ich kontakty się urwały.

Z drugiej strony można powiedzieć, że ojciec zawiódł jego.

- Tak. Zostawienie syna w okresie dorastania było okrutne. To rozstanie było dla Breivika źródłem bólu i osamotnienia. Nie miał nikogo, na kogo mógłby liczyć. Nastroje matki cierpiącej na chorobę dwubiegunową zmieniały się w stosunku do niego drastycznie i miał prawo jej nie ufać. Niejednokrotnie mówiła mu, że lepiej żeby nie żył, żeby go nie było. Takich słów usłyszanych od matki w dzieciństwie raczej się nie zapomina. Był samotnym i opuszczonym dzieckiem.

- Ogromny narcyzm Breivika wynika z tego, że musiał sobie zapewnić miłość własną, ponieważ nie był przez nikogo kochany. W sensie psychologicznym był niespełniony jako człowiek, neurotyczny i dysfunkcjonalny. Z drugiej strony był bardzo zdolny i inteligentny.

Odniósł sukces finansowy.

- Zarobił mnóstwo pieniędzy działając na granicy prawa. Sprzedawał kopie dyplomów różnych uczelni jako gadżety. Klienci często robili z nich nieuczciwy użytek, ponieważ informacja, że jest to falsyfikat była dodana drobną czcionką i łatwo ją było odciąć. Kiedy działalność jego firmy zaczęła budzić zainteresowanie służb, wycofał się z niej. Ale w jakimś sensie odniósł sukces finansowy. Bardzo mu na tym zależało. W swoim pamiętniku napisał: "Być bogatym, albo umrzeć". Dzięki temu nie musiał być wspierany finansowo jak inni terroryści.

Wierzy pani, że Breivik działał sam?

- To dobre pytanie, ale nie wiem. Na pewno pokonał nadspodziewanie wiele trudności. Według ustaleń sądu działał sam.

Przez dwa lata siedzi zamknięty w pokoju, grając w gry. Następnie kupuje farmę za miastem, podróżuje po Europie, by zdobyć materiały do konstrukcji bomby, nad którą pracuje wiele miesięcy. To kosztowna i wymagająca operacja.

- Pytania pozostają. Być może przerasta to siły jednego człowieka. Z drugiej strony perfekcjonizm może być oznaką neurotyzmu. Pragnienie doskonałości na każdym polu to charakterystyczny rys jego bardzo neurotycznej osobowości.

Opisuje pani historię rodzinny Breivika. Na to, kim się stał mogły mieć wpływ dramatyczne wydarzenia jeszcze sprzed jego narodzin.

- Breivik wychował się w rodzinie, o której powiedzieć "patologiczna" to mało. Problemy nawarstwiały się tu przez pokolenia. Jego matka, Wenche, miała koszmarne dzieciństwo. Jako kilkuletnia dziewczynka opiekowała się swoją matką sparaliżowaną w wyniku porodu, która obwiniała ją o swoje kalectwo i nienawidziła jej. Ojciec wcześnie zmarł, a rodzina była wykluczona z lokalnej społeczności. Wenche jako mała dziewczynka próbowała popełnić samobójstwo. Po tym jak wyrwała się z rodzinnego miasteczka, nie przyjechała nawet na pogrzeb matki. Sama miała zaburzenia, które wpłynęły na jej dzieci. Siostra Breivika w pewnym sensie powieliła los matki i w wieku kilku lat przejęła funkcje opiekuńcze w rodzinie.

To była specyficzna sytuacja. O ile matka miała niski status społeczny, to ojciec był dyplomatą.

- To też powodowało napięcie między wstydem i dumą. Matka była niewykształconą salową, ojciec należał do elity. Breivik aspirował do pozycji ojca, ale czuł, że w społeczeństwie norweskim zajmuje niską pozycję odziedziczoną po matce. Miał przy tym okazję otrzeć się o świat ojca. W dzieciństwie przez jakiś czas mieszkał w Anglii, gdzie ojciec był na placówce. Chodził do szkoły w najelegantszej dzielnicy Oslo, do przedszkola chodził z wnukiem króla. Miał poczucie przynależności do elity, a z drugiej strony wiedział, że jest nikim.

Wiadomo, że w pewnym momencie była rekomendacja, aby odebrać Andersa matce i skierować do rodziny zastępczej. Tak się jednak nie stało.

- Na pewno i matce, i Andersowi była potrzebna opieka psychologiczna. Zresztą Wenche zwróciła się o pomoc i szukała rodziny zastępczej na weekendy. Prosiła rodziców zastępczych, aby rozmawiali z dzieckiem o seksie, a niektóre jej prośby po prostu ich zszokowały. Proponowała np. kontakty seksualne zastępczego ojca z dzieckiem. Mały Anders miał kłopoty psychologiczne, dzieci z sąsiedztwa nazywały go "mechanicznym ludzikiem", bo jego ruchy nie były płynne. Środowisko, w którym się wychowywał, przyczyniło się w ogromnym stopniu do jego problemów.

- Państwo norweskie w tym przypadku zawiodło na całej linii. Również po zamachu. Breivik bez trudu przedostał się z Oslo na Utoyę po zdetonowaniu bomby. Nie zabezpieczono domu premiera. Choć tzw. mężczyzna z różą zawiadomił policję o podejrzanym zachowaniu Breivika, podał jego rysopis i numery rejestracyjne samochodu, to notatka utknęła na czyimś biurku. Nie zamknięto dróg, nie wysłano śmigłowca. Pilot, który usłyszał o wydarzeniach w telewizji, zgłosił się sam, ale został odesłany do domu. Podczas masakry nad Utoyą pojawił się śmigłowiec, jednak nie należący do policji, a do jednej ze stacji telewizyjnych. Operator kręcił Breivika strzelającego do przerażonych ludzi.

- Policjanci wysłani na wyspę najpierw nie mogli na nią trafić, a później napompować pontonu. Kiedy w końcu dotarli na miejsce, nie mieli już nic do roboty, bo Breivik wystrzelał całą amunicję, poddał się i pozostało go tylko aresztować. Miał już nawet przygotowane zdjęcie na tę okoliczność. Jako narcyz nie chciał być fotografowany po ciężkim dniu, rozczochrany i zmęczony. Na swojej fotografii jest wymuskany i w starannie dobranym stroju. To również pokazuje, że kierowały nim poważne zaburzenia, a nie ideologia.

Nie tylko w tym dniu chciał dobrze wyglądać. Jego stosunek do własnego ciała był dosyć szczególny.

- Ciało i wygląd zewnętrzny były dla niego bardzo ważne. Przeszedł operację plastyczną nosa, pudrował się, martwił zakolami. Kupował markowe ubrania i drogie perfumy, które zresztą jego miłośnicy ciągle posyłają mu do więzienia. Twierdził, że jego ciało jest świątynią. Nie utrzymywał kontaktów seksualnych, nie miał dziewczyny, nie umiał sobie ułożyć normalnych relacji z kobietą. Na to też mogła wpływać sytuacja rodzinna. Jego ojciec przechwalał się przelotnymi kontaktami seksualnymi z setkami kobiet. Zarówno matka, jak i siostra były zakażone chorobami wenerycznymi, co u siostry skutkowało nawet bezpłodnością. Anders potępiał ich styl życia, ale sam nie podjął żadnych poważnych prób ułożenia sobie relacji z kobietami.

Próbował się umawiać przez zagraniczne portale randkowe.

- Nawiązał kontakt z Białorusinką, którą nawet odwiedził w Mińsku. Ta kobieta twierdziła później, że między nimi nie zaiskrzyło, bo Anders był tak zajęty sobą, że szybko się zniechęciła i wkrótce wyszła za mąż za Amerykanina. Breivik nie potrafił nawiązać więzi damsko-męskich, a jego poglądy odnośnie kobiet są naprawdę żenujące. Uważa, że kobiety nie powinny kształcić się powyżej licencjatu i powinny być odgórnie "przydzielane" mężczyznom.

Wspomniała pani, że wielbiciele posyłają mu prezenty do więzienia. Kim są ci ludzie?

- Jest wiele kobiet, dla których wejście w relację z więźniem jest bardzo atrakcyjne. To zjawisko, nazywane hybrystofilią, jest niezwykle popularne w Ameryce, ale nie tylko. Dziewczynki traktowane w rodzinach trochę jak zabawka czy lalka, której się wszystko należy, nieustannie chwalone i przebierane, wyrastają na narcystyczne kobiety, poszukujące takich właśnie związków. Zalet może być sporo: nie ma codziennych obowiązków, mężczyzna jest pod absolutną kontrolą i nie może spotykać się z kolegami czy innymi kobietami. Z łatwością można manipulować emocjami partnera, porzucając go i powracając, opowiadając o zdradach, powodzeniu wśród mężczyzn, co u osoby pozbawionej wolności może budzić silny niepokój. W przypadkach bardzo groźnych przestępców można zaistnieć w lokalnych mediach. Breivik dostaje mnóstwo listów miłosnych.

Co kieruje naśladowcami Breivika? Z jakichś powodów jego poglądy i postawa wydawały im się atrakcyjne.

- Kieruje nimi pragnienie popularności, zostania bohaterem, "parcie na szkło", charakterystyczne dla narcyzów, a znane od czasów Herostratesa. Jest wiele rysów łączących takie osoby: problemy rodzinne, samotność, niezamierzony celibat, uzależnienie od gier komputerowych, nieprzepracowany kompleks Edypa, a przede wszystkim rozdarcie między dumą a wstydem.

Jak dokładnie działa mechanizm powodujący, że wyparty wstyd prowadzi do agresji?

- To tak zwana spirala wstydu, która zostaje włączona wtedy, kiedy człowiek w relacjach z innymi dochodzi do wniosku, że jest nikim, a chciałby być kimś lepszym. Uświadomienie sobie tego procesu otwiera możliwość przepracowania wstydu i uporania się z problemem. Jeśli wstyd zostaje stłumiony tak jak u Breivika, zaczynamy mieć do czynienia z "tykającą bombą". Najgorsze konsekwencje pojawiają się, kiedy dochodzi do poniżenia. Takim upokorzeniem może być odrzucenie przez kobiety, porzucenie przez ojca, albo inna porażka. Wtedy dochodzi do agresywnych zachowań. Przejawy agresji właściwie zawsze są poprzedzone upokorzeniem na bazie wstydu. Dotyczy to nie tylko jednostek, ale i całych społeczeństw.

Breivik ostatecznie został uznany za poczytalnego, choć pojawiła się też diagnoza, że jest schizofrenikiem. Tak sprzeczne diagnozy budzą konfuzję.

- W Polsce oczekuje się od psychiatrów, że dadzą jednoznaczną odpowiedź, choć zgodni jesteśmy co do tego, że np. interpretacje prawa mogą być różne. A przecież psychika ludzka jest nieporównanie bardziej złożona niż prawo karne. Sędzia prowadząca sprawę wzięła pod uwagę obie diagnozy. Ja początkowo byłam pewna, że sąd uzna go za niepoczytalnego i umieści w szpitalu, co mogłoby być dla niego lepszym rozwiązaniem niż więzienie, nawet tak luksusowe jak norweskie. Z drugiej strony, choć jego działania były moralnie nie do przyjęcia, to były bardzo spójne, precyzyjnie zaplanowane i konsekwentnie przeprowadzone.

Sam Breivik nie chciał być uznany za niepoczytalnego, bo to by zdyskredytowało jego poglądy.

-  Wydaje mi się, że Breivik walczy o swoje ja i o swoją heroizację. On chciałby być bohaterem. I dla niektórych niestety jest. Patrick Crusius, który na początku sierpnia zastrzelił 20 osób w El Paso, wychwalał Breivika w swoim manifeście, a sprawca zamachu w Christchurch w Nowej Zelandii miał jego nazwisko wyryte na lufie.

- Breivik upatrywał w transmisji telewizyjnej procesu szansę na realizację drugiej odsłony swojego planu. Nie chciał występować jako osoba, która się wstydzi, ale jako człowiek dumny ze swoich dokonań. Do dzisiejszego dnia nie okazał żadnego współczucia ani dla ofiar, ani dla ich rodzin. Poruszenie okazał jedynie przy projekcji własnego filmu. W jego przypadku nie ma żadnych szans na resocjalizację. Granica, którą przekroczył zabijając tak wielu ludzi, spowodowała tak daleko idące zmiany w jego mózgu i osobowości, że powrót do normalności nie jest już możliwy.

Z Elżbietą Czykwin rozmawiała Izabela Grelowska

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy