Reklama

Reklama

Anna Jurksztowicz: Sama, nie samotna

Jej głos wielu osobom kojarzy się z dzieciństwem. Z okazji 35-lecia pracy artystycznej wydała właśnie płytę "Jestem taka sama". Z Anną Jurksztowicz rozmawiamy między innymi o tekstach z jej najnowszego albumu i o tym, jak z zachowaniem zdrowego dystansu utrzymać pogodę ducha nawet w trudnych, pandemicznych czasach.

Katarzyna Drelich, Styl.pl: Często pani słyszy, że pani głos przywołuje w pamięci słuchaczy ich młode lata? 

Anna Jurksztowicz: - Jak najbardziej! Doszło już nawet do tego, że dorośli mężczyźni mówią, że mój głos kojarzy im się z ich dzieciństwem. Ale na tym też polega urok 35-lecia pracy artystycznej, że kilka pokoleń wychowało się na tych piosenkach. I muszę przyznać, że te najstarsze mają do tej pory cały czas ogromną siłę. Te aktualne też mają dobry odbiór, ale tamte, które nagrywałam jako dwudziestolatka, cały czas rządzą.  

Reklama

Nieprzypadkowo zapytałam o głos, bo z tego co wiem, zaczynała pani od renesansu. Na początku swojej wokalnej drogi śpiewała pani przecież w zespole muzyki dawnej.  

- Mam wrażenie, że od zawsze bardziej śpiewałam, niż mówiłam. Ze światem od najmłodszych lat bardziej komunikowałam się śpiewem. Bardzo wcześnie zaczęłam występować w różnych zespołach i tak też trafiłam do zespołu muzyki dawnej, gdzie śpiewałam twórczość renesansową. Uważam, że bardzo mnie to ukształtowało jeśli chodzi o gust muzyczny i wrażliwość, a także sprawiło, że mając 12 lat już zaczęłam myśleć o tym, że śpiew będzie moim zawodem na całe życie. Później trafiłam do szkoły muzycznej na wydział operowy. Tam poznałam ludzi, którzy założyli zespół gospelowy i szukali wokalistów. Zupełnie przypadkowo, nie wiedząc nawet czym jest muzyka gospel, poszłam na próbę. Los tak chciał, że w ciągu dwóch lat zostawiłam operę. Zajęłam się najpierw muzyką jazzową, a później zafascynowała mnie piosenka artystyczna. Dlatego swoją drogą nie obrażam się, jak ktoś nazywa mnie po prostu piosenkarką, bo uwielbiam ten gatunek.  

Często wspominając artystom o czasie ich zawodowej pracy, spotykam się z niemałym oburzeniem i prośbą, żeby nie wypominać im tych lat. A w przypadku pani najnowszej płyty mam wrażenie, że to 35-lecie to powód do dumy, ukoronowany tym albumem.  

- Absolutnie nie mam się czego wstydzić. Te 35 lat to mój posag, majątek, wiedza i doświadczenie. Nie ma mowy, żebym ten wiek mojej kariery ukrywała.  

Czy gdyby nie Opole, ta kariera potoczyłaby się inaczej?  

- Wtedy była jedna telewizja, która to wydarzenie emitowała. Zapewniało to ogromną popularność, bo festiwal oglądała cała Polska. Ta wygrana miała ogromny wpływ, teraz prawdopodobnie bardziej by się to rozproszyło, a zwycięstwo mogłoby rozejść się po kościach. 

W tamtych czasach Opole było znakiem jakości wykonawców. Często spotykam się z opinią, że dzisiejsze festiwale nie niosą za sobą tak wysokiego poziomu, jak kiedyś.  

- To faktycznie też się zmieniło. Chociażby fakt, że premiera piosenki musi trwać trzy minuty, co nie jest dobre dla utworu. Z tego robi się bardziej przegląd. W dalszym ciągu są wspaniałe recitale, debiuty, choć poziom się mocno uśrednił. Ale wciąż Opole jest najlepszym festiwalem piosenki, jaki mamy.  

Choć przez lata pisała pani wiele tekstów, celowo chowała je do szuflady i wolała korzystać z tekstów osób, które piszą je zawodowo. 

- Kiedyś to było oczywiste, że piszą dla nas wybitni twórcy. I wielu było piosenkarzy, którzy korzystali z umiejętności mistrzów słowa. Dzisiaj praktycznie każdy pisze sam, ale nie każdy jest Przyborą czy Młynarskim, co słychać. Pisanie własnych tekstów też jest cenne, ale nie wszystko nadaje się do publikacji. 

Dlaczego dopiero teraz zdecydowała się pani na publikację swoich tekstów?  

- Mam dużo swoich dzieł z dawnych lat, które dojrzewały w szufladzie. Może kiedyś nabiorę wiary w siebie i je opublikuję. A co do tekstów na najnowszej płycie - po prostu uznałam, że to jest ten moment. Na mojej poprzedniej płycie "Muzyka duszy" też znajdują się moje autorskie pozycje, więc powoli wychodzę z ukrycia.  

To nawiążę do słów z piosenki "Jadę do ciebie" z najnowszej płyty: "O której do mnie nie przyjedziesz dziś, o której mam na ciebie nie czekać?". Gdzie tkwi tajemnica ujęcia tak - powiedzmy wprost - pochmurnego tekstu w tak pogodną, rytmiczną muzykę? Bo brzmi to bardzo przekonująco.  

- Trzeba nabrać dystansu! Jak człowiek czekał już tak wiele razy na kogoś, kto już tak wiele razy odmawiał, bo coś mu wypadło, to na początku jest rozgoryczenie, a później można przywyknąć i z pewnej odległości spojrzeć na tego typu sytuacje. To w ogóle jest dla mnie bardzo ważne - żeby zachowywać pogodę ducha, nie tracić poczucia humoru i nigdy nie przestawać śmiać się z siebie. I, jak widać, właśnie w tę stronę poszłam.  

Z jednej strony pogoda ducha, ale z drugiej strony element dekadencki. W piosence "Piękno" został wykorzystany tekst Charlesa Baudelaire’a, prekursora dekadentyzmu. A to jednak kontrast do tej pogody ducha.  

- To prawda. Tę pozycję zaproponował Andrzej Seweryn. Zapytałam go, co chciałby recytować na mojej płycie, ponieważ został zaproszony jako jeden z najpiękniejszych męskich głosów jakie znam, a także jako mój przyjaciel. Wybrał go jeszcze zanim powstała muzyka. Najpierw zdecydowaliśmy się na poezję z tomu "Kwiaty zła", w którym poeta pisze do kobiety, zatem wszystkie te wiersze nadają się do recytowania przez mężczyzn. Z kolei ja też myślałam o tym, jaki mógłby być mój wokalny udział w tej poezji i znalazłam wiersz "Piękno", który cudownie wpisuje się w naszą rzeczywistość. Wyszło z tego małe arcydzieło przez to, że utwór pokazuje też prawdziwy sens miłości. Bo kiedy jesteśmy szaleńczo zakochani? Wtedy, kiedy nie mamy spełnienia. Dopiero wtedy tworzymy, to jest największa inspiracja dla poetów. No, a jak wiadomo, kiedy jest spełnienie to już gorzej z tworzeniem.  

I z natchnieniem.  

- Dokładnie. Dlatego uważam, że ten wiersz świetnie opisuję artystyczną rzeczywistość. Ja się tam wcieliłam w zimną, piękną kobietę, której pierś stworzona jest tylko po to, żeby wzbudzać zachwyt w poecie oraz "miłość wieczną i niemą, jak sam sens istnienia".  

To jest płyta, która ze względu na odniesienia do literatury być może trafi tylko do pewnego grona odbiorców. Czy przy tworzeniu materiału kieruje się pani tym, żeby muzyka trafiała do "mas"?  

- Wiadomo, że to jest elitarna muzyka. Moją intencją jest, żeby jak najwięcej osób trafiło do naszej elity. Z producentem płyty, Krzysztofem Napiórkowskim, określiliśmy naszego słuchacza jako "inteligenta". Jest to propozycja dla kogoś, kto czyta, wyciąga wnioski i ma swoje opinie. Chcielibyśmy, żeby to grono było jak najszersze i to nastąpi oczywiście z czasem.  

Tytuł albumu to "Jestem taka sama". Jest pani taka sama, jak na początku swojej muzycznej drogi?  

- Te słowa wymyślił Jacek Cygan pięknie ujmując w nich moją osobę. Pracujemy razem 35 lat, więc zna mnie doskonale. Poprosiłam go, by stworzył tekst tej piosenki i kiedy czytałam go po raz pierwszy wiedziałam, że to jest genialnie napisane.  Tam wszystko się zgadza.   

- Jestem taka sama jak inne kobiety, nie tylko tak, jak byłam kiedyś. I oczywiście nadal chciałabym szukać pięknych dźwięków, harmonii, tekstów. To jest mój biznesplan, żeby takie rzeczy odnajdywać. Również poszukiwać inspiracji, bo czasami ona przychodzi dla innych niezauważona, a dla mnie to może być punkt wyjścia. Właśnie na tym też polega bycie artystą, że widzi się więcej niż inni i ukazuje ludziom aspekty, których sami nie dostrzegają. Chciałabym też, żeby mój głos dalej brzmiał, dalej się rozwijał. Teraz Placido Domingo na stare lata z tenora stał się barytonem, ale dalej śpiewa. Ma prawie 80 lat! Czyż to nie jest piękne?  

To może za kolejne -dzieści lat młodzi ludzie wciąż będą pani mówić, że jest pani głosem z ich dzieciństwa?   

- I młodzi ludzie, i prababcie!   

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje