Reklama

Reklama

Anna Karczmarczyk: Maski są dobre na scenie, w życiu lepiej nam bez nich

Uwielbia szczere kobiety, bo sama jest konkretna i szczera. Uważa, że świadomość własnych plusów i minusów daje kobietom siłę. Anna Karczmarczyk, aktorka filmowa i teatralna w przełomowym momencie w życiu kobiety: właśnie została mamą, we wrześniu skończy 30 lat.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Jak wypada bilans trzydziestolatki?

Anna Karczmarczyk: - Patrzę wstecz z czystą przyjemnością, przez te trzydzieści lat wydarzyło się wiele fantastycznych rzeczy! Tych mniej przyjemnych również trochę było, ale to dobrze, bo to one nas uczą życia. Dziś moje pomyłki mnie bawią, także to, jak przeżywałam zdarzenia, których nie było sensu przeżywać w ogóle.

- Moje wpadki i upadki nabrały nowego znaczenia. A to, co mi się udało, cieszy podwójnie: spełniłam swoje marzenie, zostałam aktorką, która gra - bo to też ma znaczenie. Zrealizowałam kilka fantastycznych projektów zawodowych, ale ten najlepszy to moje życie prywatne. Ułożyło się tak, jak zawsze chciałam: spotkałam mężczyznę swojego życia, zostałam mamą, więc naprawdę myślę, że bilans trzydziestolatki wychodzi na plus.

Reklama

Mówią o pani: szczęściara. Kariera potoczyła się świetnie, role, nagrody. Tak bez cierni, czy to jeden z mitów?

- Po pierwsze, zawód aktorki nie jest wcale taki miły i uroczy. Ciągle jesteśmy poddawani ocenie i "wyceniani" trochę jak bydło  na targu. Efekt końcowy tego, co robimy, w jakich projektach bierzemy udział, nie do końca zależy od nas. Nie raz miałam taką sytuację: pół roku poświęciłam na castingi, byłam blisko, tuż obok roli marzeń, która zmieniłaby moją karierę na światową i w finale odpadałam, jako ta druga.  Nie dlatego, że źle zagrałam, przeciwnie, mówiono mi, że jestem "świetna", ale... "zbyt znana, mam za duży biust" albo "za ładna". 

- W takiej chwili pojawia się gorycz i bunt: jak można zabrać komuś tyle czasu, a potem strzelić w twarz takim tekstem? Był moment, że się załamałam, musiałam się skupić na sobie i ogarnąć się emocjonalnie. Czułam się zupełnie niepotrzebna. Z jednej strony wyjątkowa, bo wiem, że wiele umiem, z drugiej wiecznie odrzucana. Ale ten zawód, to pewien rodzaj uzależnienia, większość z nas aktorów po prostu go bardzo kocha, więc, mimo trudów, go uprawiamy. Taki trochę masochizm, bo obnażamy się, pracujemy na swoich lękach, traumach, pewności i niepewności. 

Upadł drugi mit: "piękna" kobieta, aktorka  ma łatwiej w życiu!

- Być może ogólnie łatwiej jest żyć ładnym kobietom, nie wiem, nie doświadczyłam tego, chociaż mówią, że jestem ładna. Ja raczej spotykam się z tą drugą stroną medalu. Ładnej aktorce jest bardzo trudno zdobyć pracę, bo jest postrzegana przez swoją fizis, a nie umiejętności. Polskie kino woli aktorki charakterystyczne, a, cokolwiek to znaczy, te "ładne" się do nich nie zaliczają, bo ... są ładne!  Wpada się w kliszę "ładna aktorka", która tu zagra prostytutkę, tam księżną, całe życie te same role i bardzo trudno wyjść z tej bańki.

Ale pani grała już dość zróżnicowane role.

- Zawsze bardzo walczę o to, żeby nowa postać była inna niż te, które grałam ostatnio. W większości przypadków udaje się znaleźć na to sposób, dyskutujemy o tym z reżyserami. Bardzo lubię tak zwane próby "stolikowe", czyli ten etap pracy nad filmem, kiedy po przeczytaniu scenariusza wszyscy mówią o tym, jak widzą bohaterów. Każdy człowiek inaczej patrzy na świat i od każdego można czegoś zaczerpnąć, by stworzyć postać.

Ja lubię pani Karolinę z "Zakochanych po uszy". Zasadnicza, szczera,  przy tym nie pozbawiona humoru. Czy to osobowość bliska pani  własnej?

- Staram się, żeby w każdej postaci, którą gram, było trochę ze mnie. Ponieważ postacie są wymyślane, bywa tak, że widz ma mieszane uczucia: niby aktor fajnie gra, ale jakoś nie przekonuje. Ja mam na to taki sposób: zawsze przynajmniej jedną ze swoich cech wrzucam w postać, żeby ją jak najbardziej uwiarygodnić.

- Jestem tak jak Karolina, bardzo konkretna i ten konkret przyjemnie mi się grało. Ona na początku jest zimna, lustrująca i nie wchodzi za blisko w relacje -  bardzo mi się to w niej podobało. Ale  chodziło też o to, żeby ją przełamać, dokonać zmiany. Udało się. Zresztą uwielbiam grać z Piotrkiem Nerlewskim, to była świetna zabawa kreować tę rolę.

Jak pani radzi sobie z hejterskimi komentarzami w mediach?

- Nie robią już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, chociaż chciałabym umieć w ogóle się nie przejmować. Prowadząc instagram zauważyłam pewną rzecz: ludzie zamieszczają hejterskie komentarze po to, by wylać z siebie  swoje bolączki i frustracje. Bardzo potrzebują być wysłuchani i zauważeni. Nie jestem w stanie odpowiadać wszystkim i czasem, kiedy nie odpowiadam, zaczyna się hejt. Wpisy bywają nieprzyjemne.

- Kiedy pierwszy raz wrzuciłam zdjęcia z brzuszkiem, dostałam komentarz w rodzaju "ale paskudny ten wystający pępek." Zrobiło mi się przykro. Mąż mówi: "głupi ten człowiek, nie przejmuj się." Pomyślałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, widocznie ten wpis był po oto, żebym sobie  porozmawiała z mężem i poczuła jego wsparcie.

Wiele komentarzy wzbudził plakat spektaklu "Przystojniaczek" Carlesa Arberoli, grany w Teatrze Kwadrat.  Pokazała pani trochę nagiej sylwetki.

- Uważam, że nagość użyta w konkretnym celu nie jest, za przeproszeniem, pokazaniem pośladków na plaży w Dębkach, więc trochę inaczej powinno się ją postrzegać. Nie jestem fanką nagości niepotrzebnej, ale to według mnie było celowe. Naszą inspiracją było bardzo znane zdjęcie Annie Leibovitz, pokazujące Yoko Ono i Johna Lennona. Jesteśmy w nieco innym ujęciu, by oddać wymowę sztuki. Moja postać jest marzeniem sennym bohatera, którego gra Marcin Korcz i plakat idealnie oddaje to, co dzieje się później na scenie. Jest piękny i dobrze promuje sztukę.

"Przystojniaczek" jest komedią, w serialach też grywa pani zabawne osoby. Lubi pani role komediowe?  

- Ja się cały czas uczę komedii. Uważam, że dobra komedia to wyzwanie. Rozważając etat w Teatrze Kwadrat myślałam: całe studia grałam ciężkie kobiece postacie, Ninę Zarieczną Czechowa, Balladynę Słowackiego... A komedii nie grałam nigdy. Dla własnego rozwoju fajnie by było w tej komedii się odnaleźć, nauczyć... I jestem w Teatrze Kwadrat, nadal się uczę, bo to trudny gatunek teatralny. Za to jedyny, który pozwala natychmiast wyczuć reakcję widza. Nikt się nie krępuje, żeby się głośno śmiać, a jak żart się nie podoba, to też od razu da się wyczuć.

- W dramacie masz kilka godzin ciszy na widowni, w komedii wiesz od razu, że jest dobrze - i to daje wielką satysfakcję aktorom, a widzom chwilę rozrywki. Śmiech jest bardzo potrzebny w naszych czasach. Żyjemy szybko, mamy mnóstwo zobowiązań.  Marzenia? Może spełnimy po osiemdziesiątce. Tylko czy zdążymy? Trudno nam szczerze się pośmiać, wyluzować, nie mieć telefonu przy sobie. To wszystko sprawia, że nie jesteśmy tak radośni, jak choćby pokolenie naszych babć. One, mimo trudów życia, potrafiły się śmiać i dostrzegać piękno w najdrobniejszych przedmiotach.

Babcie! Podobno wnuczki najwięcej przejmują właśnie z babć, u pani też to się sprawdza?

- Na pewno fizycznie jestem bardzo podobna do jednej z babć, dowodzą tego zdjęcia. Jeśli chodzi o charakter, coś w tym może być. Moje babcie miały trudne życie, musiały bardzo wcześnie podejmować  ważne decyzje. Jedna wyniosła się z domu mając dwanaście lat, druga piętnaście, zaczęły pracować. Mam po nich upór, pewność podejmowania decyzji, szczerość. Babcie są zero-jedynkowe, walą prawdę prosto w oczy, ja też, więc trochę ta teoria się zgadza. Ale z mamą też mam bardzo dobry kontakt.

Czyli  w rodzinie istnieje silną więź między kobietami? A myślałam, że jest pani "córeczką tatusia"

- Jestem! I mamusi też, taki oryginalny typ. Ale to prawda, kobiety w mojej rodzinie: mama, babcie, siostra i ja, jesteśmy silnie połączone. Lubimy ze sobą być, nawet nie potrzebujemy za dużo gadać, żeby nam było ze sobą dobrze. Bardzo to sobie cenię, bo czasem dużo fajniej posiedzieć razem i pomilczeć, popatrzeć sobie w oczy, w niebo, niż ględzić.

- Ja w ogóle mam dar łączenia kobiet, taki "Gen Factor X". Dowód: mój wieczór panieński. Przyjaciółki mam rozsiane po świecie i po różnych zawodach. Przybyły z lekką nutką niepewności, bo się nie znały, a impreza była wyjazdowa. Obce babki odcięte od świata w lesie na kilka dni - na pozór trudna sprawa. Tymczasem od razu się w sobie zakochały i teraz utrzymują kontakt. Generalnie kocham kobiety. Nie wszystkie, ale te, które same ze sobą szczere, uwielbiam. Świadomość swoich plusów i minusów, sprawia, że kobiety potrafią lepiej ze sobą egzystować, bo nie muszą niczego udowadniać. Tak mam w rodzinie i w przyjaźni - żadna z nas nie zakłada maski i dobrze nam ze sobą.

A jak jest z solidarnością kobiet  w aktorskim świecie?

- Akurat tutaj zakładają wiele masek i są chyba najmniej solidarne. Kiedy dochodzą do pewnego statusu, wydaje im się, że muszą odrzucić kobiecość i założyć męskie spodnie, bo nie będą szanowane i słuchane. Nie upominają się o swoje prawa. Ja  w wywiadach głośno mówię o  tym, że płaca aktora i aktorki za tę samą pracę różnią się drastycznie i to jest nie fair. Fajnie byłoby to raz uregulować, na przykład ustalić widełki za rolę pierwszoplanową - taką samą dla kobiety, jak dla mężczyzny.

- Trzeba o to walczyć, tak jak Benedict Cumberbatch. On nie zagra w filmie, jeśli aktorka, która obok gra główną rolę, nie dostanie tyle samo pieniędzy. Kiedy o tym mówię, koleżanki piszą: bardzo dobrze, że powiedziałaś. No tak, odpowiadam, ale czemu wy siedzicie cicho? Dostajesz mniejszą gażę, a wydatki masz większe, bo musisz mieć zawsze zrobione włosy, paznokcie i tak dalej. Dlaczego? Argumentem jest to, że aktorów mężczyzn jest mniej, a to po prostu nieprawda.

Pani weszła w ten świat bardzo wcześnie: debiut w serialu "Na wspólnej" jako trzynastolatka. A jako siedmiolatka wystąpiła pani w "Bajkowej Miss". Odważny skok! Co  panią chroniło?

- Rodzice. Ta decyzja, że zostanę aktorką wyszła ode mnie, to ja zmuszałam rodziców do pewnych  ruchów w tym kierunku. nie było nigdy nacisku z ich strony. Chciałam poznawać wciąż nowe dzieci i ta Bajkowa Miss to był na to sposób. Potem dużo statystowałam, bardzo mi się to podobało, rodzice musieli mnie wozić i godzić to ze zmianową pracą. Ale decyzja siedmiolatki okazała się trafna. Cieszę się, że intuicja mnie nie zawiodła, gdy obierałam drogę zawodową. Miałam niesamowite szczęście, bo różnie z tymi wyborami bywa.

A teraz rodzina jest z pani dumna?

- Bardzo. Tata - typ intelektualisty, drukarz, a przy tym literat i poeta -  śledzi i weryfikuje wszelkie informacje wypisywane na mój temat. Rodzina to ważna sprawa, jest fundamentem wszystkiego, co robimy i tego, kim się stajemy. I to od nas zależy, jaką rodzinę stworzymy. Ja bardzo się cieszę, że mam taką rodzinę jaką mam. A co będzie potem? Nie myślę, bo to wielkie wydarzenie przyćmiewa na razie wszystko inne. Zobaczymy. Jestem otwarta na wszystko, co mi przyniesie świat.

Zobacz także:

Poznajcie przyszłe europejskie królowe

Paweł Lęcki: Lubię moich uczniów

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje