Reklama

Reklama

Anna Starmach: Życie pięć smaków

Krakowska rodzina, ojciec marszand, znawca malarstwa. Mała Ania zamieniała się na obrazki z Jerzym Nowosielskim. Jednak gdy decydowała o przyszłości, ze sztuką wygrała... kuchnia. Anna Starmach skończyła Le Cordon Bleu, najlepszą szkołę kulinarną. Ale to też była szkoła życia. Rozmawiamy o smaku, nie tylko tym do wyszukanych potraw.

Trzydzieści dwa lata, krakowskie korzenie, dobre wykształcenie. Córka znawców sztuki, żona Piotra, mama półrocznej Jagienki. Znana z pięknego uśmiechu i życzliwości dla kucharzy amatorów w programie MasterChef. Swój styl kreowała sama, kierując się wyczuciem smaku, które... no właśnie. Człowiek się z nim rodzi czy nabywa z wiekiem? Z czego wynikają jej estetyczne wybory, jakim życiowym doradcą jest gust? O tym rozmawiamy w słoneczny dzień w Krakowie. Przychodzi w dżinsach i kraciastej bluzce. Naturalna, nierzucająca się w oczy. Ma ochotę na cappuccino, mówi mi, że dla niej to dobry znak. Od razu jestem zaintrygowana...

Reklama

To jakaś kawowa wróżba?

Anna Starmach: Trochę tak. Gdy organizm podpowiada mi: "zamów cappuccino", znaczy, że jestem w łagodnym nastroju, dzień będzie spokojny. Kawa z mlekiem łączy się dla mnie z błogością, a gdy intuicyjnie wybieram czarną, prawdopodobnie siedzi we mnie jakaś złość, irytacja, słabość. Wtedy poprawiam sobie nastrój ciastkiem. Moje ulubione to szarlotka z lodami waniliowymi i maliny pod kruszonką - proste rzeczy. Nie musi być spektakularnie podane, ale powinno być apetycznie.

Treść ważniejsza niż forma - to zasada dobrego smaku według Ani Starmach?

- Forma jest ważna. Ale prostota może być piękna. Wie pani, co mi smakuje najbardziej w życiu? Kromka ciepłego chleba z chrupiącą skórką, posmarowana masłem, a do tego odrobina soli morskiej. Uśmiecham się, gdy wyobrażam sobie to danie.

Skąd w pani wrażliwość na smaki życia?

- Pomogło to, z jakiej jestem rodziny. Wzrastałam w domu wypełnionym sztuką, tata jest marszandem. Przychodziły koleżanki ze szkoły i dziwiły się: co się w tym domu dzieje? A tu w centralnym miejscu pokoju stała praca Hasiora, instalacja z gwoździ i szkła. Dziwactwo, abstrakcja, kosmos, tak to pewnie odbierały. Ja zresztą podobnie, ale tłumaczyłam im, mądrala: oto sztuka wysoka, z tego nie należy się śmiać. Rodzice prowadzili dyskusje o sztuce, bywali u nas goście, podziwiali. Nic z tego nie rozumiałam, ale coś w mojej głowie kiełkowało. W podstawówce byłam pewna, że pójdę na historię sztuki.

Domowe rozmowy rodziców były na wysokim C czy zostawało trochę miejsca dla spraw przyziemnych?

- To był ciepły dom, w którym o dzieci się dba i rozpieszcza je w dobrym tego słowa znaczeniu. Od tego, że tata przygotowuje wernisaż, zawsze było ważniejsze, czy Ania dobrze napisała dyktando i że Kasia, moja siostra, jedzie na zieloną szkołę. Nie miałyśmy wrażenia, że praca rodziców wygrywa z nami. Czasami tylko drażniło nas, że w wakacje marzymy o morzu i plaży, a rodzice wolą muzea i galerie.

Sugerowali, jak córka powinna się nosić, jakimi przedmiotami otaczać?

- Nie, dawali niezależność. Mój wygląd to było moje terytorium. W gimnazjum chciałam się wyróżniać, podkreślać artystyczną duszę, chodziłam w dwóch różnych butach. Nosiłam krzykliwe wzorzyste rajstopy, spódnice nałożone na spodnie. Miałam z tego powodu kłopoty, zdarzały się uwagi w dzienniczku: "Anna Starmach siedzi w kapeluszu na lekcji". A rodzice się na to uśmiechali, pozwalali robić, co chcę. Traktowali siostrę i mnie jak osobne, świadome istoty. Same podjęłyśmy wiele decyzji.

To znaczy, że w domu nie było dziewczyńskiego buntu? Żeby chociaż mieć "odjechany" pokój z plakatami idoli?

- Dziewczyński pokój urządziłam po swojemu. Żółto-czerwone ściany, a na nich kolorowe abstrakcje Nowosielskiego, zasłony w kucyki, bo marzyłam, by jeździć konno. Ale bunt? Nie, nie ja. Rodzice prawdopodobnie czekali z lekkim przerażeniem: kiedy, kiedy? A ja byłam harcerką, miałam zasady: nie paliłam, nie wagarowałam. Prawo harcerskie uważałam za świętość. Oni chyba sądzili, że jestem za grzeczna. Zdarzały się też "zaczepki". Rodzice np. pytali przy stole: Aniu, może chcesz spróbować wina, które pijemy? A ja protestowałam: Nie ma mowy, nie piję alkoholu do osiemnastki!

Aż taki reżim i samodyscyplina?!

- Lubię zasady, reguły, porządek. Czuję się bezpiecznie, gdy znam granice. Dzisiaj mnie tak śmieszy, że życie brutalnie weryfikuje moje postrzeganie świata - urodziła się córka Jagienka i "rozwaliła system". Nie ma już reguł, nic się nie da przewidzieć. Szaleństwo pojawiło się dopiero teraz.

Rodzice byli wyrozumiali dla pani wyborów estetycznych, ale też życiowych. Musieli się zmierzyć z decyzją: rzucam studia, idę własną drogą.

- Wydział historii sztuki, na który dostałam się po maturze, organizował wyjazdy zagraniczne. W Paryżu urwałam się z grupy, bo od zwiedzania Luwru ważniejsza była dla mnie wizyta w Le Cordon Bleu, najlepszej szkole kulinarnej świata. Chciałam porozmawiać z dyrektorem, zobaczyć lekcję pokazową. Wróciłam do Polski z plikiem folderów i przekonaniem, że chcę się tam uczyć. Choćby nie wiem co! Liczyłam, że rodzice zrozumieją. Najpierw poprosiłam o rozmowę tatę. On wtedy jadał śniadania w kawiarni Europejskiej przy Rynku, uznałam, że bezpieczne dla niego otoczenie będzie mi sprzyjać. Kupiłam mu ciastko, rozłożyłam foldery, trzęsłam się ze strachu. I wypaliłam: chcę rzucić studia, pojechać do Francji.

Tata zaniemówił, a to mu się zdarza rzadko. Kiedy szok minął, powiedział coś pięknego: "Gdy zostałem ojcem, obiecałem sobie, że nie będę stał na drodze do spełnienia marzeń moich dzieci". Dodał, że choć nie rozumie mojej decyzji, zrobi wszystko, żeby mi pomóc. A chodziło także o duże pieniądze, bo to droga szkoła. Mama zapytała, czy wiem, na co się porywam, bo zawód kucharza jest trudny. Ciągle będę poparzona, pokrojona, zapracowana, wśród garów. Nie o takim życiu dla córeczki marzyła. W końcu się zgodziła. Czułam, że mi się uda. Rok poprzedzający decyzję o przerwaniu studiów spędziłam, dorabiając w restauracji w Hotelu Starym. Znałam klimat pracy kucharza. Rodzice wiedzieli, że nie fantazjuję.

Francja wysublimowała pani wyczucie smaku? 

- Mam wrażenie, że tam można rozwijać smak przez samo oglądanie wystaw cukierni! Miałam mieszkanko z oknem na dachy Paryża. Prowadziły do niego kręte schodki. Do szkoły wiodła w dół stroma uliczka, jeździłam na zajęcia hulajnogą. Trudniej było wracać, bo wspinałam się objuczona torbami, a w nich słoiki z zupą, kilka perliczek, dwa torty - to, co ugotowaliśmy na zajęciach i nie daliśmy rady zjeść. Miałam przyjaciół z Meksyku, Brazylii, USA, Peru, Kolumbii. Wulkan inspiracji. Kiedy przyjechałam na święta do Polski, zorganizowałam przyjęcie u rodziców. Założyłam fartuch z logo Le Cordon Bleu, gotowałam cały dzień, podałam znakomite jedzenie. Mama powiedziała: Aniu, to była dobra decyzja.

Dorosłe życie, rodzina, małe dziecko, intensywna praca - jest w tym przestrzeń na estetyczne smakowanie jakości życia? Jak wygląda pani mieszkanie? 

- Nasz dom nie był ani pedantyczny, ani minimalistyczny. Dlatego postanowiłam, że u mnie będzie inaczej. Szaro-białe ściany, mało przedmiotów. Moje pierwsze mieszkanie tak wyglądało. Ale po kilku miesiącach stwierdziłam, że nie tędy droga, w takich wnętrzach nie czuję się dobrze. I dziś jest u nas eklektycznie. Stare lustro z domu babci, dobry obraz, ale też zdjęcia moje i córki w piżamach. Są też kwiaty, miękkie poduszki, obrus na stole. Chciałam uciec od stylu rodziców, ale w końcu... z przyjemnością się poddałam.

Meble kupuje pani w znanych salonach?

- Nie, na ogół w sieciówkach. Nie szastam pieniędzmi. Lubię porządne rzeczy, ale nigdy nie kupiłam nic absurdalnie drogiego. Nie widzę w tym sensu, szczególnie gdy chodzi o meble. Lubię czasami jeść na kanapie przed telewizorem i - choć jestem czyściochem - nie widzę nic złego w tym, że coś się pokruszy, rozleje. Pokrowiec z sieciowego sklepu można wyprać i kanapa jest jak nowa. Naturalność i swoboda są w domu najważniejsze.

Nie sądzę jednak, żeby rozstała się pani z pomysłem otaczania się sztuką?

- Od czasu do czasu wyciągam coś z magazynu taty i wieszam u siebie. Lubię zmieniać obrazy. Choć jeden jest ze mną długo, od dzieciństwa. Już go tacie nie oddam. Parasolka namalowana przez Tadeusza Kantora - oblana białą farbą, na jasnym tle.

Obraz wart pewnie dużo. Ale rozumiem, że to jest miłość  do dzieła, a nie - przepraszam - snobizm?

- Nie zgadzam się z tym, że snobizm to brzydkie słowo. Rodzice twierdzą, że gdyby nie on, ich zawód nie miałby racji bytu. Snobizm na dobre obrazy jest okej, podobnie jak na dobre jedzenie. Nagle wybucha moda na nasiona chia, jagody goji, morwę. Wiele osób nie wie, dlaczego warto to jeść, ale idzie za modą. Organizm na tym korzysta. W tym znaczeniu lubię być snobką.

Gdy pani córka Jagna zacznie rysować swoje obrazki, pozwoli je pani przypiąć pinezką obok wielkiej sztuki?

- Jasne! Jeśli zabraknie miejsca na ścianach, dla niej będę w stanie schować w kąt nawet Kantora. Każda mama to rozumie.

Porozmawiajmy o pani szafie. Słyszałam, że niedawno pozbyła się pani większości ubrań. Czyli minimalizm?

- Nie lubię gromadzić, kolekcjonować. Jako posiadaczka niewielu rzeczy zawsze wiem, co na siebie włożyć. Gdy pozbywam się przedmiotów, cieszy mnie, że mogą komuś sprawić radość. Dlatego ubrania też kupuję głównie w sieciówkach. Wydać fortunę na spodnie to nie w moim stylu.

Czyli spektakularne logo dla pani dużej wartości nie ma?

- Mama mi wpoiła, że porządne, czyli siłą rzeczy droższe, muszą być buty. Moją słabością są też torebki, przyznaję, mam kilka markowych. Jednak każdy wydatek jest przemyślany, zaplanowany w szczegółach. Pod koniec ciąży byłam z siostrą w Paryżu i na rue Saint-Honoré kupiłam torebkę YSL. Kosztowną, prawda. Nie zrobiłam tego jednak pod wpływem impulsu. Spontanicznie wybieram tylko miejsca, w których jadam.

Zachęcona dobrym zapachem wejdzie pani do pozornie przeciętnej restauracji? Czy jednak wybierze wnętrze ekskluzywne?

- Odwiedziłam setki restauracji, w tym te z gwiazdkami Michelina. I jeśli mam wrócić do którejś myślami, wspomnę raczej małą pizzerię we Włoszech, uroczą knajpkę w Grecji. Nie tęsknię za żadną restauracją z gwiazdkami. Splendor ma znaczenie drugorzędne. Spotkałyśmy się w Krakowie przy ulicy Krupniczej, tam jest moja ulubiona kawiarnia Karma. Mówiło się: spotykamy się na Krupniczej - i było wiadomo, że chodzi o to miejsce.

 Teraz obok otwarto sieciową kawiarnię i przykro mi, że "kawa na Krupniczej" oznacza spotkanie tam, nie w Karmie. Nie lubię lokali bez klimatu. Jeśli jest pysznie, jakie znaczenie ma to, że materiał na krześle przy stoliku jest lekko przetarty?

W pociągu jeździ pani pierwszą klasą?

- Drugą. Ale np. wybieram droższą, czystszą siłownię, bo jak wspomniałam, lubię czystość.

Ładny język to też element stylu. Pani o niego dba?

- Staram się. Jest mi czasem smutno, bo czuję, że moja polszczyzna straciła na jakości. Esemesy, skrótowe maile, wymiany zdań... Muszę nad tym popracować. Zdarza mi się też użyć słowa niecenzuralnego. Znajomi podobno lubią, jak klnę. Soczyście. Aha, ten wywiad będzie czytała moja mama - świetnie! Nigdy nie słyszałam, żeby przeklinała. Ona to dopiero ma styl!

A co jest dla pani wyznacznikiem stylu mężczyzny z klasą? 

- Kindersztuba. Jak ja uwielbiam, gdy facet otwiera mi drzwi! Jak ja uwielbiam, gdy mnie mężczyzna całuje w rękę!

Mogłaby pani być z kimś, kto nie podziela pani gustu, upodobań?

- Jeżeli reszta się zgadza - oczywiście. Sukces naszego związku z Piotrem polega na istnieniu osobnych terytoriów. Choć czasem staramy się przekonywać siebie nawzajem, że coś jest fajne. On świetnie zna się na kinie, robi nam listy filmów do obejrzenia, nie muszę się martwić, że przegapię coś ważnego. Ja zachęcam go do otwarcia na nowe smaki. Pokazałam mu, że śniadanie to nie tylko jajecznica - mogą być owsianki, jaglanki, gryczanki. Koledzy w pracy mówią: Stary, co ty jesz?! A on na to: No pyszne i zdrowe, spróbujcie!

Teraz jest na świecie dziewczynka, która za kilka lat będzie podglądać wybory mamy. Czuje pani odpowiedzialność?

- Tak, bo rodziców się naśladuje. Nie ma co się upierać: "O nie, nigdy nie będę taka jak mama!". Dzisiaj widzę, ile mam po mojej - tak samo się ruszam, gestykuluję, mówię. Ale też mam podobne priorytety. A tata? Jest autorytetem i partnerem  w wielu dziedzinach. Świetnie gotuje, potrafi położyć głowę na pniu, że to jego rosół jest lepszy niż mój. To on udziela mi najlepszych rad związanych z ubieraniem się. Jest znawcą materiałów, krojów, szyje sobie rzeczy u krawców.

Chciałabym przekazać taki styl Jagience. Choć na razie ona ma to w nosie. Gdy byliśmy na Teneryfie, bawiło mnie ubieranie jej w śliczne ubranka, a ona wolała być tylko w pieluszce. Po kilku dniach stwierdziłam: ależ ze mnie głupia matka, dziecko jest szczęśliwe bez tych sukienek. Miałam instagramowe wyobrażenie o tym, jak powinno się ubierać dzieci, na szczęście zweryfikowałam je.

Rozumiem, że szczególnie ważne jest dla pani to, jakie przysmaki będzie wybierać córka?

- O tak. Czytam masę książek o tym, co podać dziecku jako pierwsze po mleku. Jabłko czy marchewkę? Jabłko to smak prosty, słodki. Maluch może się od niego uzależnić i będzie miał nawyk szukania rzeczy słodkich. A jak nie chce warzyw,  co robić?! Można się w tym zgubić. Wiem, że ważne jest, co w moim domu będzie leżało pod ręką. U nas nigdy nie było coli, czipsów, popcornu. Gdy byłam głodna, wybierałam owoce, a nie batoniki. Tego się będę trzymać, może zasada się uchowa.

Nie lubię improwizacji. No, może tylko w jednej sytuacji: gdy gotuję. Przepisy mogę czytać z takim uwielbieniem, jak inni czytają poezję. Mam setki książek kucharskich. Ale gotuję z wyobraźni, bez zasad. Z efektów jestem zadowolona. To może i w życiu uda mi się nie pobłądzić?

Wiem, że myśli pani o własnej restauracji. Jaka ona będzie?

- Marzę o restauracji z prawdziwym domowym jedzeniem. Żeby gość po zjedzeniu zupy powiedział: smakuje jak u mojej mamy. Jeśli kiedyś usłyszę taki komplement, stwierdzę: o to mi chodziło! Gdy tylko znajdę więcej czasu, na pewno zabiorę się do realizacji tego planu. Chcę karmić ludzi - podawać im
 nie "menu", ale coś więcej. Serce na talerzu.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 5/2019

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje