Reklama

Reklama

Gonić króliczka. Czy miłość od pierwszego wejrzenia zmieni nas w gepardzice?

Najszybsze zwierzę świata. Polujący gepard zapiera dech w piersiach nie tylko ze względu na prędkość. Koci wdzięk, zwinność i refleks, gra życia i śmierci odsłaniająca dzikość, piękno i harmonię natury.

Ale są też gepardy w ogrodach zoologicznych, tresowane do pokazowych biegów. Spędzają życie na uganianiu się za brudnymi pluszowymi królikami na lince i choć nigdy tak naprawdę nie wygrywają, w nagrodę dostają kawałek mięsa z supermarketu. W niewoli ich zmysły powoli tępieją, czujność słabnie. Nie muszą już dokonywać śmiercionośnej kalkulacji w grze o przeżycie.

Nadal są szybkie, nadal kocie, ale ich majestatyczne piękno gdzieś umyka. Na potrzeby show ich natura jest bezustannie krępowana, przycinana, dostrajana do potrzeb. Innymi słowy - niszczona.

Reklama

Takie pokazy zazwyczaj cieszą się powodzeniem u publiczności. Jedynie w nielicznych wywołują głębszą refleksję. Na przykład u Glennon Doyle, która swoją książkę "Nieposkromiona" rozpoczyna od opisu takiego właśnie show.

W Glennon tresowane zwierzę "nieświadome, że gdyby przypomniało sobie swoją dzikość, mogłoby rozszarpać swoich opiekunów na kawałki" wywołuje szczery smutek. Nie dlatego, że Glennon jest aktywistką chcącą uwalniać gepardy z klatek. W urodzonym w niewoli zwierzęciu, którego naturalne instynkty przytłumione zostały wieloletnią tresurą, widzi metaforę siebie. I wielu innych kobiet.

Tak właśnie działa społeczeństwo. Niemal od chwili przyjścia na świat, warstwa po warstwie, hebluje naszą prawdziwą naturę. Nagina, kształtuje, formuje, odcina to, co zbędne lub po prostu niezrozumiałe. Wyznacza utartą ścieżkę, po której będziemy gonić za kolejnymi pluszowymi królikami, których nigdy nie złapiemy. I nagradza ochłapami z supermarketu.

Takiej tresurze w sposób o wiele silniejszy poddawane są kobiety. Więcej ograniczeń, więcej kontroli w każdym aspekcie życia: od wyglądu po standardy "moralnego zachowania". Kobiety gonią nie jednego, ale całą zgraję króliczków, wypuszczanych jednocześnie w różnych kierunkach. Dlatego jakby się nie starały, by zadowolić publikę, zawsze znajdą się głosy oceniające, potępiające, pełne dezaprobaty.

Te głosy z zewnątrz stają się w pewnym momencie naszym własnym głosem, tym jak myślimy o sobie same: czy jestem za gruba? Czy jestem dobrą matką? Żoną, gospodynią? Czy zachowuję się odpowiednio? Jak oceniają mnie inni? Jak mogę sprostać ich oczekiwaniom, by stać się tym, kto zasługuje na pozytywną ocenę. Tresowanym gepardem. Smutnym sfrustrowanym zwierzęciem, które zapomniało o swojej prawdziwej naturze.

Czy urodzony w niewoli tresowany gepard może jeszcze odzyskać dzikość? Stać się znowu wolnym? Być sobą? Glennon twierdzi, że może. I że jej się to udało.

Życie Glennon jest bogate w doświadczenia. Cokolwiek wam się przydarzyło, mogło przydarzyć się i jej. Myślę, że wielu osobom łatwiej się z nią przez to utożsamiać. Depresja, bulimia, uzależnienie, stany lękowe - to Glennon.

Ale Glennon to też trzeźwa żona i matka trojga dzieci, chrześcijanka, mówczyni motywacyjna, autorka bestsellerów. Poznała życie z tej lepszej i z tej gorszej strony, ale, jak twierdzi, po obu była tym samym tresowanym zwierzakiem, usiłującym nadążyć i zrealizować napisany przez innych scenariusz.

Aż wydarzyło się coś, co spowodowało, że Glennon nawiązała kontakt ze swoją dziką naturą i rozpoczęła proces odzyskiwania siebie.

Pewnego dnia po prostu się zakochała. Glennon, przykładna żona i matka trojga dzieci, autorka popularnych książek zakochała się dziko, bez pamięci, od pierwszego wejrzenia. W kobiecie.

To był punkt zwrotny w życiu autorki. Bardzo wyrazisty i wręcz filmowy.

Nie wiem czy to na potrzeby amerykańskiego rynku książki, czy tak było naprawdę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autorka puszcza swoim czytelniczkom kolejnego królika z przetartego pluszu.

Może ten królik jest nieco podretuszowany w nowocześniejszej wersji, ale czy nie przypomina wam starego dobrego "prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia zmieniła jej życie", które przez literaturę i film zostało przewałkowane nieskończoną ilość razy?

Na ekranie czy w powieściach trwale transformująca moc miłości od pierwszego wejrzenia sprawdza się zawsze, w życiu (choć jest to uczucie przyjemne) różnie z tym bywa. Płomień może dożarzyć się w "domowym ognisku", zostawić po sobie zgliszcza lub rozbłysnąć i zgasnąć z cichym "psyt", nie pozostawiając najmniejszego śladu. Według specjalistów zakochać się od pierwszego wejrzenia można błyskawicznie, wystarczą 0,2  sekundy. Zdarzyło się to (jak wynika z jednego badań CBOS) niemal 60 proc. Polaków. Czy ponad połowa obywateli naszego kraju przestała być snującymi się po wybiegu tresowanymi gepardami w niewoli? Nie wydaje mi się.

Kto chce więc wyruszać na poszukiwanie własnej "utraconej dzikości", nie musi czekać na miłość "jak grom z jasnego nieba". Może za to przyjrzeć się, jak robi to Glennon, bo w "Nieposkromionej" zdaje szczegółową relację ze swoich prób, błędów, poszukiwań i odkryć.

Krok po kroku poddaje refleksji, badaniom i zmianom każdą sferę swojego życia. Wszystkie relacje, role, przekonania, nawyki. Zmiany nie zachodzą same tylko dlatego, że Glennon została rażona "piorunem sycylijskim". Ona nad nimi usilnie pracuje, pieczołowicie skuwa stare, by dotrzeć do ukrytych warstw. Czy to, co znajduje, jest dzikością? Być może tak. Czasami są to po prostu świeższe trendy lub modniejsze poglądy. Cokolwiek by to było, jest bardziej przemyślane, świadome i, jak twierdzi autorka, lepiej jej służy.

Obserwowanie tej drogi jest fascynujące, ale łapie się na jednym. Choć od pierwszych stron polubiłam Glennon za tę historię z gepardem, choć podzielam lwią część jej poglądów, w pewnym momencie zauważam, że ona mnie po prostu drażni.

Kiedy czytam jak po pierwszej rozmowie z kobietą, w której się zakochała, i wymianie zaledwie kilku maili Glennon oświadcza zaskoczonemu mężowi i dzieciom, że zdecydowała się na rozwód, wywracam oczyma. Kiedy natrafiam na fragment, w którym opisuje, jak w wieku 35 lat odkryła, że przemysł kosmetyczny żeruje na kobietach dosłownie wstrzykując im "mizoginię pod skórę", googlam jej zdjęcia. 45-letnia Glennon pod grubą warstwą makijażu ma czoło gładkie jak kolano. "Jasne", mruczę pod nosem.

Nie mogę sobie uświadomić, co takiego drażni mnie w Glennon, skoro w tak wielu sprawach się z nią zgadzam. Może ten ton podawania swoich przekonań jako prawd objawionych, może terapeutyczno-coachingowy żargon, w którym wychodzi zawsze na jej, albo pasywno-agresywne wyskoki pod adresem żony. Nie wiem.

Glennon jest na tyle przenikliwa, żeby mi to wyjaśnić. Na bardzo prostym przykładzie - opisuje dziewczynkę, która irytuje ją. I nie tylko ją, całą masę innych ludzi też. Zdolną, ambitną, pewną siebie dziewczynkę. Taką co przez fałszywą skromność nie udaje gorszej niż jest, nie próbuje się nikomu przypodobać. Nie przymila się. Zadziera trochę nosa, bo ma powody. Jest dobra w tym, co robi i wie o tym. Jest pewna siebie. Jest dzika.

To oczywiście budzi irytację.

Z takiego samego powodu Glennon irytuje mnie. Jest odważna. Jest pewna swego. Nie zmiękcza swoich wypowiedzi, by się przypodobać. Nie działa, by zadowolić wszystkich. Nie przeprasza za to, że żyje. To, co robi, robi w zgodzie z sobą. Jest dzika.

To, czy budzi we mnie (lub jakiejkolwiek innej czytelniczce) irytację, nie ma dla niej żadnego znaczenia. Ona żyje swoim życiem.

Ja mogę oczywiście zastanawiać się, czy Glennon wciąż wstrzykuje sobie botoks, albo czy dobrze wychowuje swoje dzieci, ale to strata czasu. Tak naprawdę powinnam zastanowić się nad sobą: Gdzie jest MOJA dzikość?

Przeczytaj fragment książki Glennon Doyle "Nieposkromiona"

Czytaj też:

Gdzie się podziały sasanki?

***

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje