Reklama

Reklama

Izolacja uczuć. Życie rodzinne za kratkami

Narzekamy na izolację podczas kwarantanny? Dla osadzonych i ich rodzin słowo "izolacja" jest wpisane w codzienność. Otwiera trudną i wyboistą drogę, jaką muszą pokonać dzieci i ich rodzice. Grupa młodych osób postanowiła pomóc rodzinom uwolnić uczucia za kratkami. Arletta Szewczyk z Fundacji Wszyscy Obecni opowiada o idei i doświadczeniach w relacjach z osadzonymi i ich pociechami.

Lidia Ostólska, Styl.pl: - Co pani czuła przekraczając pierwszy raz próg więzienia?

Arletta Szewczyk z Fundacji Wszyscy Obecni: - Byłam bardzo podekscytowana, ale nie ukrywam, że bałam się tego, jak zostaniemy przyjęci. Czy któryś z osadzonych nie powie, że to głupota wywijać talerzykiem na patyku albo przebierać się w kolorowe stroje. 

- Nie wiedziałam, czy będą mieli ochotę wejść z nami w interakcje. Bałam się, że mogą potraktować nas niepoważnie...

Zjawiła się tam pani z bardzo konkretnym pomysłem. O co chodziło? Czemu miała służyć ta akcja?

- Chcieliśmy odczarować przestrzeń zakładu karnego ze wszystkich stereotypów, aby nie było już osadzonych i odwiedzających, ale po prostu rodzice i dzieci.

- Naszym pomysłem było stworzenie i przeprowadzenie warsztatów teatralno-cyrkowych, które byłyby łącznikiem między dziećmi i rodzicami. Czasem pretekstem do spotkania, innym razem okazją do przeżycia i rozładowania emocji.

Jak to wygląda?

- Dzieci razem z rodzicami uczą się z nami żonglowania, chodzenia na szczudłach czy kręcenia talerzami. Wspólnie przeżywamy morskie przygody, czy tworzymy niezwykłe kostiumy teatralne z najzwyklejszej folii malarskiej.

- Chodzi o to, żeby dziecko miało to wspomnienie z dzieciństwa, gdzie jest tata albo mama, pomimo tego, że na co dzień tego kogoś nie ma.

Reklama

Taka "klatka stop" z warsztatów w więzieniu... czego dotyczy, z jaką historią się wiąże?

- Pamiętam, jak organizowaliśmy zabawy z tunelem animacyjnym. Dzieci po kolei wchodziły do środka, a ich rodzice mieli zgadywać po kształcie, czyje dziecko ukryło się wewnątrz. Zabawa lekka i przyjemna, pełna śmiechu i dowcipów.

- Najbardziej utkwił mi w pamięci moment, kiedy dziecko wychodziło z tunelu i biegło przytulić rodzica w nagrodę za odgadnięcie. Mam wrażenie, że siedząc w tym tunelu, dzieci chciały, żeby ich rodzice jak najszybciej odgadli, że to właśnie one są w środku, żeby móc wybiec i rzucić im się na szyje. To takie proste wspomnienie, ale mam te uśmiechnięte twarze przed sobą aż do dziś.

Więzienie? Szpital, sanatorium...

Pracownicy służby więziennej dzielili się z państwem wskazówkami? 

- Współpracujemy z Małopolskim Stowarzyszeniem Probacja, które od lat zajmuje się pracą z osadzonymi i ich rodzinami. To od nich otrzymaliśmy cenne wskazówki, dotyczące tego, jak wygląda wejście do zakładu karnego.

- Już kilka dni przed naszą wizytą musimy zgłosić każdy najmniejszy przedmiot, który chcemy wnieść na teren zakładu. Np. regulamin nie przewiduje wnoszenia telefonu komórkowego, ale kredki, czy piłeczka do żonglowania też muszą być zgłaszane.

- Nasi przyjaciele doradzali nam również, czego unikać. Nawet nie chodziło tu o samych osadzonych, ale o ich dzieci. Podczas warsztatów nie używamy słowa "więzienie", bo źle się kojarzy. Szczególnie najmłodszym uczestnikom naszych spotkań.

To jak opisujecie tę przestrzeń? Jak ją odbierają dzieci? Tworzą własne słowa?

- Dzieci były tam przed nami. Odwiedzały swoich rodziców, zanim my pojawiliśmy się z warsztatami, więc wydaje mi się, że ta przestrzeń jest dla nich bardziej naturalna niż dla nas, jeśli w ogóle można mówić o jakiejkolwiek naturalności.

- Z drugiej strony, wiemy, że czasem rodzice czy opiekunowie unikają mówienia dzieciom, że ktoś bliski jest w więzieniu, bo to przecież wstyd. I tu pojawią się zamienniki takie jak szpital, sanatorium, jakiś tam zakład.

Po takim dniu pełnym wrażeń analizuje pani te chwile spędzone za murami zakładu karnego?

- Oczywiście. To są bardzo wyczerpujące spotkania - i fizycznie i psychicznie. Musimy dawać z siebie sto procent, bo to tylko dwie godziny, kiedy te rodziny mogą się ze sobą zobaczyć, dlatego nie możemy ich zawieść.

- Dla mnie szczególnie trudny jest czas pożegnań. Nie z nami, ale osadzonych z bliskimi. Dzieci nie chcą się oderwać. Ściskają szyje osadzonych rodziców. Widać, że każda minuta jest bezcenna, a czas naprawdę szybko mija. Niestety te uściski, pocałunki muszą się kiedyś skończyć... są łzy.

- Zawsze po warsztatach doceniam bliskość mojej rodziny i przyjaciół. To bardzo zmienia perspektywę.   

Groźna mina znika

Jak przygotowujecie się państwo do występów? Scenariusz musi być zaplanowany co do minuty? Czy jest czas na spontaniczność?

- Spontaniczność i umiejętność dostosowania się do nastrojów panujących na sali widzeń to podstawa. To osadzeni i ich bliscy są tam najważniejsi, my umożliwiamy im spotkanie.

- Warsztaty mamy dobrze przygotowane wokół jednego tematu. Przywozimy materiały i rekwizyty, budujemy jakąś historię i  wymyślamy ścieżkę, którą wszyscy podążamy. Musimy jednak pamiętać, że nigdy dokładnie nie wiemy, z jakimi rodzinami się spotykamy. Kto dostał przepustkę, które rodziny dały radę przyjechać, może zjawić się ktoś nowy, kto jeszcze nie ma do nas takiego zaufania...

Kurtyna opada, obawy znikają? Czy wręcz przeciwnie - poprzeczka się podnosi?

- Myślę, że obawy zniknęły, ale poprzeczka się podniosła. Ze spotkania na spotkanie jesteśmy bardziej wyluzowani. Niektóre dzieci nas rozpoznają i od razu chcą uczestniczyć w zabawach.

- Jednak każde spotkanie to inna energia. Ci ludzie czegoś od nas oczekują, a my niestety nie wiemy, co się u nich wydarzyło przez czas, w którym się nie widzieliśmy, czy żarty, które zaraz opowiemy, będą ich śmieszyć czy wręcz przeciwnie - będą gorzkie, bo akurat stało się coś przykrego.

- Mnie czasami to dużo kosztuje. Muszę "wycyrklować", aby wszyscy na sali byli zadowoleni - i ci, którzy chcą się bawić i ci, którzy pragną w spokoju porozmawiać.

Jak często członkowie fundacji odwiedzają więźniów?

- To wszystko zależy od tego jakie procedury obowiązują w danym zakładzie. Nie mamy wpływu na to, kiedy organizowane są te wspólne widzenia. Musimy się dostosować. Bywały miesiące, że widywaliśmy się nawet dwa razy w miesiącu. Dla nas to dużo, ale dla tych rodzin? To kropla w morzu.

Osadzeni odliczają godziny do spotkań z "cyrkowcami"?

- Myślę, że odliczają godziny do spotkania ze swoimi bliskimi. My jesteśmy tylko kładką, umożliwiającą to spotkanie albo jakąś podpórką, żeby się nie przewrócić.

Z jakim reakcjami spotyka się projekt fundacji? Jak jesteście przyjmowani?

- Na początku z dużą rezerwą. Osadzeni nie chcieli brać czynnego udziału w zabawach, tańcach czy zadaniach, woleli tylko przyglądać bawiącym się dzieciom.

- Wystarczy jednak, że jedno dziecko uprosi rodzica, żeby do niego dołączył i wtedy dochodzą kolejni. I nagle człowiek z groźną miną i wielkimi mięśniami zmienia się w bezbronną postać z bajki. To chyba naprawdę jest magia. Magia tych spotkań.

- To miłe, kiedy po warsztatach rodzice nam za nie dziękują. Kiedy dzieci nie chcą jeszcze kończyć wspólnych zabaw. Wtedy widzimy, że zbudowaliśmy jakąś relację.

Wasza akcja jest zagrożone ze względu na brak środków. Dlatego zdecydowaliście się na zbiórkę pieniędzy?

- Zmagamy się problemami finansowymi jak prawie wszystkie małe i młode organizacje. Jako Fundacja Wszyscy Obecni nie zatrudniamy żadnego pracownika etatowego. Większość prac wykonujemy jako wolontariusze. Dlatego zdecydowaliśmy się na otwarcie zbiórki. 

- Inspiracją była również dla nas obecna sytuacja. Od paru tygodni wszyscy czujemy się ograniczeni. Nie możemy normalnie wychodzić z domu, pracować czy być z bliskimi. Pomyśleliśmy, że warto zwrócić uwagę na dzieci, które przez lata nie mogą być ze swoją mamą czy swoim tatą. Przecież wszyscy mamy potrzebę bycia z tymi, których kochamy. I tak zrodził się pomysł na akcję "związani", która ma pomóc w odbudowywaniu tych więzi.

Jak można pomóc?

- Zapraszamy do śledzenia naszej akcji na facebooku Fundacji Wszyscy Obecni i stronie internetowej. I w miarę możliwości do wsparcia naszej zbiórki na portalu Zrzutka. Liczy się każda kwota, każde udostępnienie, każde słowo przekazane o naszej akcji następnej osobie.

Co sprawia, że chcecie to kontynuować?

- Z przyjemnością obserwujemy jak ze spotkania na spotkanie, to napięcie, które było w dzieciach i rodzicach, topnieje, ustępując miejsca bliskości i autentycznej radości z bycia razem. Mam poczucie sensu naszej pracy i tych spotkań. 

- Ponadto badania wykazują, że w przypadku osób osadzonych zbudowane i podtrzymywane więzi rodzinne, zmniejszają o 39 procent prawdopodobieństwo ponownego popełnienia przestępstwa. Dlatego tak ważne jest, by te więzi wspierać, stwarzać warunki do ich rozwoju i wzmacniania. I to zarówno ze względu odrobinę szczęścia każdego dziecka, jak i bezpieczeństwo każdego z nas. To po prostu ma sens. Dla nas wszystkich.

*** Jeżeli chcesz pomóc kliknij poniższy link***

https://zrzutka.pl/exb7a3

***

#POMAGAMINTERIA

Inżynierowie wywodzący się z Politechniki Śląskiej prowadzą zrzutkę na bramy odkażające dla szpitali. Chcą postawić ich co najmniej dziesięć, uruchomili już działający prototyp. Możesz im pomóc i wesprzeć szpitale w walce z epidemią koronawirusa.

Sprawdź szczegóły >>

W ramach akcji naszego portalu #POMAGAMINTERIA łączymy tych, którzy potrzebują pomocy z tymi, którzy mogą jej udzielić. Znasz inicjatywę, która potrzebuje wsparcia? Masz możliwość pomagać, a nie wiesz komu? Wejdź na pomagam.interia.pl i wprawiaj z nami dobro w ruch!***

#POMAGAMINTERIA

Inżynierowie wywodzący się z Politechniki Śląskiej prowadzą zrzutkę na bramy odkażające dla szpitali. Chcą postawić ich co najmniej dziesięć, uruchomili już działający prototyp. Możesz im pomóc i wesprzeć szpitale w walce z epidemią koronawirusa.

Sprawdź szczegóły >>

W ramach akcji naszego portalu #POMAGAMINTERIA łączymy tych, którzy potrzebują pomocy z tymi, którzy mogą jej udzielić. Znasz inicjatywę, która potrzebuje wsparcia? Masz możliwość pomagać, a nie wiesz komu? Wejdź na pomagam.interia.pl i wprawiaj z nami dobro w ruch!

Zobacz także: 






 


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje