Reklama

Reklama

Janusz Zaorski do Marka Kondrata: Reżyserzy to idioci i bydlaki

Musiałem powiedzieć o tym Markowi i była to najtrudniejsza rozmowa z aktorem, jaką kiedykolwiek przeżyłem. Teraz mogę się do tego przyznać. Nie chciałem środowiskowych niesnasek, wolałem wziąć to na siebie - do czego nie chciał się przyznać Markowi Kondratowi reżyser Janusz Zaorski? Poniżej prezentujemy fragment książki "Pierwsze życie Marka Kondrata" Jacka Wakary.

Jacek Wakar: Ile razy pracowałeś z Markiem Kondratem?

Janusz Zaorski: Na pewno kilka, nie pamiętam dokładnie. Ważne jest jednak również to, jak z nim nie pracowałem, a powinienem pracować. Nasze wzajemne układy bardzo źle się zaczęły - przynajmniej z mojego punktu widzenia. Realizowałem film "Uciec jak najbliżej" - swój debiut pełnometrażowy. Mojego brata Andrzeja, który był aktorem, a jednocześnie asystentem profesor Zofii Mrozowskiej na Miodowej w ówczesnej Szkole Teatralnej, zapytałem, czy nie zna kogoś zdolnego, bo potrzebowałem młodego chłopaka i młodej dziewczyny. Andrzej na to, że jest jeden świetny facet, nazywa się Marek Kondrat. Nazwisko kojarzyłem, bo aktorami byli przecież Tadeusz i Józef - ojciec i stryj Marka, a więc nazwisko, że tak powiem, ważne. Ucieszyłem się bardzo i poprosiłem Andrzeja, żeby w moim imieniu zaprosił Marka na zdjęcia próbne, bo chcąc nie chcąc były konieczne.

Reklama

- Po niedługim czasie dostaję telefon od brata, a ten komunikuje mi mocno zdziwiony, że Marek Kondrat odmówił. Odmówił głównej roli? Nie mogłem tego pojąć. Nie zależy mu na pracy w zawodzie? Człowiek był wtedy ideowcem, nie widział niczego poza kinem. Nie chce, bo jedzie do Anglii zarabiać pieniądze - tak usłyszałem od Andrzeja, bo tak powiedział mu Marek.

- Film musiałem kręcić latem, więc z konieczności wybrałem innego aktora, a o Kondracie pomyślałem, że jeszcze może kiedyś przyjdzie koza do woza. I pierwsze nasze poważniejsze spotkanie zdarzyło się przy okazji filmu "Pokój z widokiem na morze". To był dziwny film, zaliczono go do nurtu kina moralnego niepokoju. Opowiadał o trzech postawach - starego profesora granego przez Gustawa Holoubka, jego wrażliwego asystenta, w którego wcielał się Piotr Fronczewski, do tego jeszcze był prokurator Marka Bargiełowskiego, typ siłowego chama - wszarza za łeb i pozamiatane. Ci trzej walczą o życie przyszłego samobójcy, a my do końca niewiele o nim wiemy, nawet nie widzimy jego twarzy.

- Scenariusz pisaliśmy z Maciejem Karpińskim i nieustannie go zmienialiśmy. Pojawiały się nowe postacie, choćby bohater grany przez Kondrata, bo z początku go w tej historii nie było. Chciałem przez niego okpić działacza młodzieżowego, aktywisty z ZMS. Uważałem, że Marek ze swoją pokerową twarzą idealnie się do tego nadaje. Szło bowiem o to, żeby z tym kamiennym obliczem mówić teksty skrajnie naiwne, wręcz głupie, ale bez kabaretowego naddatku.

- Zainteresował się, a nawet bardzo ucieszył, może przyciągnęło go to, że film powstawał w Zespole X Andrzeja Wajdy, a może udział Gustawa, Piotra i Marka - pracował z nimi w warszawskim Teatrze Dramatycznym, który miał za absolutnie wyjątkowe miejsce. Kondrat przyjechał i zagrał wspaniale. Widzowie na każdym seansie wybuchali śmiechem, co jest zasługą Marka. Zagrał leciutko, uniknął wszelkich oczywistości. Po tamtej współpracy zrozumiałem, że muszę wymyślić dla niego coś większego. Na razie jednak nie wymyśliłem...

Kolejne wasze spotkanie było przy filmie "Dziecinne pytania".

- Tak. Zagrał w nim porucznika, niejakiego Wilczuka. Do niego należy puenta całości. Kluczowa w "Dziecinnych pytaniach" była scena przesłuchania. Doszedłem do wniosku, że do tej roli nadaje się idealnie. Inteligent, a przeszedł na drugą stronę, został milicjantem - to były właśnie takie czasy. Marek pokazał w tym filmie, że ma w sobie jakiś chłód. Oczywiście, zagra wszystko, jeśli trzeba, będzie śpiewał, tańczył, recytował, ale potrafi w roli umotywowanej psychologicznie samemu sobie trzymać uzdę.

- To było dla mnie bardzo ważne, bo nie chodziło o wywoływanie rechotu widzów, naigrawających się z głupiego porucznika. Tymczasem on wcale nie był głupi, miał własną mądrość. W scenariuszu zapis tej rozmowy był inny od ostatecznego efektu. Chodziło o to, by oszukać władze, bo przecież wprost nie można było powiedzieć nic przeciwko ustrojowi. Tym bardziej ważne było to, co czai się pod słowami, a Marek do takiego meandrycznego grania nadawał się fantastycznie. Inteligent pełną gębą.

Do tego obdarzony wyjątkowym poczuciem humoru.

- Oczywiście, ze sztandarowym numerem, czyli parodiowaniem Andrzeja Wajdy. Zapewne wszyscy opowiadają ci anegdotę o tym, jak wcielając się w mistrza, wezwał na plan Bogusława Lindę, który akurat tego dnia miał wolne. Linda już jechał, kiedy się nad nim ulitował i przyznał, że to był żart. Albo jak mówił do aktorów na planie - oczywiście jako Wajda: "Och, dzieci, pięknie gracie, pięknie. Szkoda, że wyrzucę tę scenę w montażu". Aktorstwo parodystyczne, szczególnie w ujęciu Kondrata, mogłoby stanowić osobną specjalizację, a on był w niej absolutnie niezrównany.

Wiem o jeszcze jednej niezrealizowanej waszej współpracy.

- To prawda, miał grać główną rolę w "Jeziorze Bodeńskim". Bardzo się do tego zapalił, znał dobrze prozę Stanisława Dygata. Wszystko się doskonale zapowiadało. Niestety, weto postawiła Kalina Jędrusik. Marek jest wspaniały, ale to nie jest Staś - zawyrokowała, a miała prawa do tej książki. Poszedłem do Gustawa Holoubka, myśląc, że się za mną - i za Markiem - wstawi. Tłumaczę Gustawowi, przypominam o zażyłości z Kaliną, spotkaniach u niej zawsze w rocznicę śmierci Dygata, wspaniałych bankietach, jakie urządzała, a teraz, że wycina mi taki numer. A Gucio na to: "Ale Marek to nie jest Staś". Zrozumiałem, że nie mam już żadnego sojusznika.

- Musiałem powiedzieć o tym Markowi i była to najtrudniejsza rozmowa z aktorem, jaką kiedykolwiek przeżyłem. Teraz mogę się do tego przyznać - nie ma już Kaliny, nie ma Gustawa. Wtedy nie powiedziałem Markowi, jak było naprawdę. Nie chciałem środowiskowych niesnasek, wolałem wziąć to na siebie - że się wycofuję, przemyślałem sobie i zmieniłem zdanie. Reżyserzy to idioci i bydlaki - mówię do niego - a mnie odbiło i zakochałem się w innym. Może już gejem zostałem, a ty nie jesteś w moim typie. Niby to wszystko było w żartobliwym tonie, ale bardzo dużo mnie kosztowało. I wtedy Marek ogromnie mi zaimponował. "Januszku - mówi - rozumiem. Tak bywa. Dziękuję ci, że nie dowiedziałem się od szofera, że po mnie nie przyjedzie, bo w tym filmie nie gram".

- To zdarzenie nie przeszkodziło w naszej przyjaźni, bardzo Markowi jestem za to wdzięczny. Pomyślałem, że muszę o tym opowiedzieć. Nikomu wcześniej tego nie mówiłem. Potem przecież jeszcze u mnie grał. Można było pomyśleć, że obarczony poczuciem winy, już się do niego nie zwrócę. A my wciąż byliśmy kumplami, widywaliśmy się, choćby u Holoubka, mieliśmy ze sobą kontakt.

No i zagrał w "Hakerze".

- To nie był film wysokich lotów. Chciałem go zrobić dla córki, miała wtedy czternaście lat. Interesowało mnie, co wyniknie z internetu, który rodził się na naszych oczach. Znowu powstało wiele wersji scenariusza, jego autorów było pięciu. W efekcie jakoś ulotniło się z tej historii to, co najważniejsze. Marek grał niewielką rolę, a ja obserwowałem, jak się zmienia. Zaczął udzielać zaskakujących wywiadów, mówił w nich, że aktorstwo coraz mniej go interesuje.

- Przyznawał, że ceni "Zaklęte rewiry" Janusza Majewskiego i swoją w tym filmie rolę, ale całą resztę już nie bardzo. A przecież zagrał bardzo dużo, ma na koncie prawdziwe kreacje, by wymienić tylko "Dzień świra" Marka Koterskiego. Może już wtedy zastanawiał się nad fundamentalną zmianą sposobu życia, może tworzył na własny użytek alibi, jakim będzie mógł wytłumaczyć przyszłą rezygnację z grania na rzecz wina.

- Bardzo żałuję, że zrezygnował z aktorstwa. Po drodze wyreżyserował film "Prawo ojca" - dość stereotypowe kino akcji, ani dobre, ani złe. Wydaje mi się, że już wtedy czuł, iż gorset aktorstwa staje się dla niego za ciasny, coraz mocniej go uwiera. Mam nadzieję, że znajdzie się reżyser albo producent, który złoży mu propozycję nie do odrzucenia. Tym bardziej że wciąż doskonale pamiętam jego role. Wszyscy mówią o "Dniu świra" - to prawda, był w nim wstrząsający - ale wcześniej grał przecież w debiucie Marka Koterskiego, w "Domu wariatów". Pamiętasz, jaka tam była obsada? Kondrat, Bohdan Majda, Tadeusz Łomnicki. Warto zestawić ich ze sobą, porównać aktorstwo Kondrata i Łomnickiego. Straszna rodzina z "Domu wariatów" to przecież była Polska, to był film o tym, jacy jesteśmy.

- Jest absolutnym profesjonalistą, wszyscy go chcieli zatrudniać, bo wiedzieli, że nawet jeśli trzeba będzie za to słono płacić, a Marek zawsze kazał sobie dobrze płacić, będzie to inwestycja absolutnie pewna. Zagra wszystko, co będzie do zagrania.

Jaki jest Marek Kondrat na planie podczas pracy?

- Gęba mu się nie zamyka. Uwielbia opowiadać, ma zawsze mnóstwo do powiedzenia. Jest urodzonym wodzirejem. Może przejął to trochę od Gustawa Holoubka, którego kochał, ale i trochę nienawidził. Parodiował wspaniale jego i Wajdę. Miał odwagę to robić. Od niego usłyszałem dowcip podobno z bufetu Teatru Dramatycznego. W przerwie próby ktoś zamawia kawę, ktoś herbatę. I Marek mówi do mnie: "A wiesz, jak aktorzy zamawiają tu barszczyk w obecności dyrektora Holoubka? Poproszę barszczyk, przepraszam panie dyrektorze, z uszkami...".

Ta anegdota przeszła do legendy.

- Podobno kiedyś na planie "Pana Tadeusza" przy jakiejś zupie z wkładką zaczął do Wajdy mówić Wajdą. "No co, Andrzejku, zupa smaczna?" - tamten się nie zorientował, choć wszyscy dusili się ze śmiechu.

- Jest w Marku coś dwuznacznego - i kocha, i nienawidzi jednocześnie. Dlatego tak fantastycznie zagrał w "Dniu świra", bo ma to samo co bohater Koterskiego. Zwróć uwagę, Koterski napisał książkę pod tytułem "Kocham i nienawidzę", coś jest na rzeczy. Te dwa słowa najlepiej go definiują.

- Tak, brakuje go, ale może znudziło mu się już wyczekiwanie na planach na swoją scenę, mordowanie się w kiepskich warunkach. Marek gorzko wspomina realizację filmu "Domena władzy" w reżyserii Johna Irvina, mimo że zagrał z samym Donaldem Sutherlandem. Film według scenariusza Andrzeja Krakowskiego (mojego przyjaciela z roku z łódzkiej filmówki, który przez wydarzenia z Marca ’68 wyemigrował do Hollywood) i ze zdjęciami Witolda Adamka, ze względu na niższe koszty realizowano w Polsce, więc w mniejszych rolach i epizodach obsadzono polskich aktorów.

- Marek miał zagrać kierowcę, który wozi Sutherlanda. Tyle że kanadyjskiego aktora nikt o tym nie uprzedził. On myślał, że samochód prowadzi zawodowy kierowca, nie aktor. Opieprzył Marka, że nie podjeżdża pod krawężnik z dokładnością do pięciu centymetrów. Marek całe wydarzenie głęboko przeżył i opowiadał mi o tym z dziesięć lat po filmie, tyle czasu i tak mocno to w nim siedziało. "Traktował mnie jak niewolnika" - mówił.

- "W dupie miał polskich aktorów, a na bankiecie po zakończeniu zdjęć w ciągu pół godziny wypił z reżyserem Irvinem litr whisky i trzeba ich było za ręce i nogi wynosić". Być może również to zdarzenie przyczyniło się do tego, że zaczął rozmyślać o wycofaniu się z aktorstwa.

- Teraz w Hiszpanii oddycha pełną piersią, ma zawsze piękną pogodę, a tu szaro i buro, nigdy nie wiadomo, jaka pora roku. Ma dobre życie - jak sądzę, a zawsze mu o to szło.

Fragment książki Jacka Wakara "Pierwsze życie Marka Kondrata", Wydawnictwo Czerwone i Czarne.

Zobacz także:

Apoloniusz Tajner i Karol Strasburger zostali późno ojcami. Nie tylko oni!

Czy Marek Kondrat wróci do aktorstwa?


Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje