Spis treści:
- Zaginanie czasoprzestrzeni
- Nieznośna samodzielność
- Problematyczny temat znajomych
- Jedzenie - rzecz święta
- Tematy śmiertelne i poważne
- Syf, bałagan i pochodne
- "Ja nigdy tak nie powiem do swoich dzieci"
Zaginanie czasoprzestrzeni
Nasze mamy miały tendencję do dopasowywania pojmowania czasu do aktualnej sytuacji. Tradycyjny sposób liczenia minut, godzin i lat przegrywał z solidną porcją mądrości rodzicielek, i tak oto mogliśmy usłyszeć: "Jak będziesz w moim wieku, to pogadamy". Ten tekst ucinał większość dyskusji, które choćby ocierały się o to, co wolno, czego nie wolno oraz próby dotarcia do clue tego, dlaczego dorośli mogą, a dzieci nie. Czy komuś udało się dotrzeć do punktu, w którym był w tym samym wieku, co jego mama? Komukolwiek?
To samo popołudnie mogło być dla mamy, w zależności od nastroju i planów: idealne, by wyjść na podwórko, lub doskonałe, by spędzić czas w domu. I ani pogoda, ani temperatura na zewnątrz nie miały tu nic do rzeczy. Opcje były dwie: "Gnijesz w tym pokoju i nic nie robisz cały dzień, wyszedłbyś/wyszłabyś trochę na powietrze" albo "Całymi dniami cię nie ma w domu, to nie jest hotel ze śniadaniem, trochę byś posiedział/a z rodziną, a nie tylko koledzy i koledzy". Trudno było się w tym połapać.
Jeśli chodzi o pojęcie czasu, ciekawym "licznikiem" była odpowiedź na pytanie, kiedy będzie obiad. "Jak się ziemniaki ugotują" mogło oznaczać: pół godziny, 15 minut, 5 minut, albo godzinę, bo jeszcze nawet nie były obrane.
Nieznośna samodzielność

Kolejnym trudnym i zmiennym aspektem było chyba dla naszych mam urządzenie się w tym, czy lepiej, żeby zostawić je w spokoju, by mogły posprzątać/ugotować/pozmywać/zrobić zakupy, czy jednak należałoby im w tym pomóc. Chyba każdy z nas słyszał czasem głośniejsze niż zwykle położenie talerzy na stole albo wyciąganie garnków z szafy, lub "brzęczenie" pod nosem podczas mycia podłogi przez mamę. Ale gdy proponowaliśmy, że pomożemy, słyszeliśmy natychmiast: "Nie trzeba, sama zrobię, tylko więcej bałaganu z tego będzie niż to warte". Zamiast załagodzenia nerwowości, brzęczenie powracało: "Ja tu jestem sprzątaczką, praczką i pomywaczką, nikt mi w tym domu nie pomaga!" wyrywało się czasem z kuchni lub przedpokoju.
A zatem - chodziło o zaakcentowanie przeciążenia, ale bez próby zmiany sytuacji.
Tomasz pamięta, że mama miała rytuał mycia podłóg w ich mieszkaniu na kolanach szmatką. - W czasie wykonywania tej czynności mama lubiła powyklinać i powyzywać wszystkich i wszystko dookoła. Pod nosem, niewyraźnie narzekała na swój los, używała mało kulturalnych słów, obrywało się każdemu domownikowi. A jak pytałem, czy zrobić to za nią, słyszałem miły głos "Nie, nie trzeba, już kończę", albo "Trzeba było pomagać, jak byłam w pracy". Nie dało się jej zrozumieć - wspomina 35-latek.
Problematyczny temat znajomych

Tutaj znowu nie było jednego stałego systemu, bo w zależności od tego, czy mama była akurat po zebraniu w szkole, czy też przed, temat "innych", "pozostałych", "wszystkich" był przez nasze mamy rozumiany inaczej.
Gdy większość dzieci w klasie miała oceny lepsze lub zdała jakiś egzamin, można się było spodziewać, że mama po powrocie z rozmowy z wychowawcą uraczy nas pytaniem, czy nie moglibyśmy być jak reszta i przyłożyć się trochę do nauki. "Inni jakoś dali radę, a ty nie? Tak trudno się wziąć za naukę? Popatrz na Olę, jakoś się jej udało". Ale gdy chodziło o późniejszy powrót do domu, wyjazd ze znajomymi do innego miasta na koncert, albo o domówkę, front się zmieniał. "Ty nie jesteś wszyscy" - kultowo usadzało nas na krzesełku.
Filozoficzne pytanie: "Jak wszyscy będą z mostu skakać, to ty też skoczysz?" też dawało nam do myślenia.
Anna pamięta, że kiedyś skonfrontowała swoją kochaną mamę z problemem zmiany frontu w zależności od tego, czego dotyczy sytuacja i zapytała, jak to właśnie jest: czy ona ma być jak wszyscy, czy nie jest "wszyscy"? - Mama była zdziwiona pytaniem, stwierdziła, że dobry przykład zawsze należy brać z większości, ale swój rozum też trzeba mieć. Dopytywałam, jak się do tego w takim razie stosować. Mama odpowiedziała: "Jak większość ma dobre oceny, to ty też, a jak namawiają na wagary, to trzeba być indywidualistą". Uśmiałam się - mówi.
Grzechem byłoby w temacie znajomych i kolegów nie wspomnieć o "Nie jestem twoją koleżanką". To był punkt graniczny wyznaczający strefę, której nigdy nie należy przekraczać.
Zobacz także: Sprzątałam już 10 razy. Zawsze wraca chaos. Przekleństwo "szuflady wstydu"
Jedzenie - rzecz święta

To, że mieliśmy ogólnokrajowe przyzwolenie na zostawianie ziemniaków i nakaz zjedzenia mięsa podczas obiadu, to oczywiste. Ale ile razy pytaliśmy nasze mamy, czy jest coś słodkiego i słyszeliśmy o cukrze? Bywały też mamy z lotnym poczuciem humoru, które odpowiadały, że są one. Słodkie.
Niejadki mogły usłyszeć, że "wiatr mocniej powieje i się przewrócisz".
W wielu domach do dziś w grudniu z ust mam pada "Zostaw, to na święta", gdy zanęceni zapachami kręcimy się po kuchni. Naturalnie w same święta, gdy najedzeni pod korek nie możemy już patrzeć na jedzenie słyszymy: "No zjedz jeszcze, dla kogo ja to gotowałam?!". Zatem i w tym przypadku nie ma jednej słusznej wersji i podejścia do tematu.
Tematy śmiertelne i poważne
Mój osobisty faworyt to teksty poruszające najczulsze struny w sercu. Wypowiadane w sytuacjach bez wyjścia, gdy zbuntowany nastolatek wzbijał się na wyżyny retoryki i udowadniał błędy w rozumowaniu rodzicielki, wzajemnie wykluczające się teorie i doznawał olśnienia w tym labiryncie "złotych myśli", którymi raczony był od dzieciństwa. Tradycyjne "Nie pyskuj!" przestawało działać około 15 roku życia. Wtedy z gracją wjeżdżało na salony "Wspomnisz moje słowa", oraz "Jeszcze zatęsknisz jak mamy zabraknie", a w przypadku poczucia braku autorytetu konieczne było "Tobie się oczy otworzą, jak mnie się zamkną". Z tym nie dało się wygrać. Bo jak wygrać z wizją zostania sierotą?
Syf, bałagan i pochodne

Nasze mamy zawsze miały zastrzeżenia co do stanu naszych pokojów. W kompletnie losowym momencie dnia potrafiły otworzyć drzwi, stanąć w nich, omieść wzrokiem naszą osobistą przestrzeń i skwitować w bardzo brutalny sposób nasze ukochane gniazdko: "Tylko tu nas**ć na środku jeszcze" to tekst, po którym większości z nas robiło się niemożebnie głupio i takie było jego założenie.
Moja osobista mama używała innego, równie obrazowego "Dziada z babą tu brakuje" i tego określenia używała także, otwierając przepełnioną szufladę, odwiedzając mocno zatowarowany sklep oraz lumpeksy na gwałt wymagające sprzątania.
Mama Agnieszki używała groźby, by wzmocnić przekaz. - Zawsze byłam bałaganiarą, od dziecka. Moja mama nie potrafiła się z tym pogodzić i często mówiła, że "Jak nie posprzątam, wywali to wszystko przez balkon". Po kilku razach przestałam jej wierzyć, a jak zobaczyła, że to przestaje działać, kiedyś naprawdę wywaliła mi maskotki przez okno. Musiałam lecieć i zbierać. Teraz to mnie to bawi, ale wtedy nie było mi do śmiechu - wspomina.
"Ja nigdy tak nie powiem do swoich dzieci"
Kompendium tekstów naszych mam jest znacznie większe, kultowe "Liczę do trzech", gdy prokrastynowaliśmy, albo "Myślisz, że ja śpię na pieniądzach" w odpowiedzi na prośbę o kupno zabawki czy słodyczy, a także całe mnóstwo innych znanych wszystkim powiedzonek świadczą o tym, że wychowanie mieliśmy wszyscy bardzo zbliżone.
Wiele z nas powzięło w latach nastoletnich i wczesnodorosłych postanowienie, że nigdy, przenigdy nie użyje żadnego z tych tekstów do swoich własnych dzieci. Zaklinaliśmy się na wszystko, bo te teksty nas irytowały i odbierały nam możliwość dalszej dyskusji. Widzieliśmy ich niedorzeczność, często kompletnie oderwane od rzeczywistości argumenty, wiedzieliśmy, jak podnoszą ciśnienie i jak budują wokół nas ściany.
Powiedzcie, drodzy rodzice - milenialsi: jak wam idzie trzymanie się tego postanowienia?












