Reklama

Reklama

Julia Pietrucha: ​Lubię brać życie za rogi

Nie boi się karkołomnych wolt: potrafiła rzucić studia i wejść w świat show-biznesu. A potem przerwać karierę aktorską i ruszyć motocyklem przez południowo wschodnią Azję. Zamienić Warszawę na Gdańsk, zabrać kilkumiesięczną córeczkę Gaję na Bali. Julia Pietrucha nie lubi ograniczeń, wciąż nosi ją po świecie. Ale chyba zrobiła sobie przystanek...

Katarzyna Droga, Styl.pl: Julio, jak się czujesz nad Bałtykiem? Czy przeprowadzka z Warszawy do Gdańska to była dobra decyzja?

Julia Pietrucha: - Bardzo dobra! Życie nad morzem od lat było moim podskórnym pragnieniem. Udało mi się je zrealizować dzięki temu, że zawodowo skupiłam się na muzyce. Mogę pracować wszędzie, nie jestem przyczepiona do jednego miejsca. Działam teraz na własnych warunkach: sama wydaję swoje płyty, do słuchaczy docieram przez internet, więc mogę sobie wybrać adres zamieszkania jaki chcę.

Reklama

- A polskie morze było mi pisane, jestem z nim bardzo związana od dziecka - chyba z dziesięć lat spędzałam z rodziną wakacje w Mrzeżynie. Jeździliśmy do wojskowego domu wypoczynkowego, mam piękne wspomnienia z tego czasu. I teraz wróciłam na stare śmieci, bo oto kiedy rozmawiamy siedzę właśnie... w Mrzeżynie!

- Od dwóch lat znów tu jeździmy na wakacje, tylko teraz ja przywożę tutaj swoją córeczkę. Życie zatoczyło krąg. Gdańsk z wielu praktycznych względów jest obecnie dla nas najlepszy, ale już myślę, żeby może kiedyś uciec z miasta, wynieść się gdzieś na koniec świata, zamieszkać z dala od cywilizacji. Zobaczymy...

Jesteś "środkową" z trzech sióstr, a psychologia mówi, że te dzieci to dobrzy dyplomaci, mediatorzy, ale są najmniej aktywne i przebojowe z rodzeństwa. Bo najstarsi biorą na siebie odpowiedzialność i ambicje rodziców, najmłodsi, ukochani, burzą ustalone zasady. Środkowi świat porządkują i nie lubią podejmować ryzyka. Zgadza się?

- Środkowe dzieci lubią porządkować świat i umieją negocjować - z tym się zgadzam. Ale co do małej aktywności i niechęci do ryzyka - to już nie. Zawsze brałam życie za rogi, podejmowałam decyzje, które jednym ruchem przekreślały jakieś wcześniejsze dokonania czy inwestycje. Od pierwszych poważniejszych zawodowych wyborów: prób modelingu, aktorstwa, muzyki, na każdym kroku miałam poczucie, że w razie czego mogę przecież coś zmienić, w każdej chwili dokonać wolty...

- Właściwie nic mnie nie ogranicza. Tak jak przyjście na świat córki nie zamknęło mi drzwi do spełniania się nadal na wszystkich frontach. Lubię ryzyko, lubię zmiany miejsca, doznawanie życia, sprawdzanie go w różnych aspektach. Nigdy nie tkwię w czymś, co mnie nie cieszy.

To prawda, pierwsza twoja wolta miała miejsce na studiach - zrezygnowałaś z psychologii po drugim roku. Nie żałowałaś zainwestowanego czasu, przygotowań do egzaminu, wysiłku, dyplomu?

- To zdecydowanie jedna z pierwszych wolt, tuż po rezygnacji z modelingu i powrocie do domu ze Stanów. Ale nie, nigdy nie patrzyłam na sprawy w ten sposób. Każde doświadczenie coś mi daje... A ze studiami - słyszałaś na pewno powiedzonko, że psychologię wybierają ludzie, którzy sami mają problemy i chcą sobie pomóc? Widocznie dwa lata mi wystarczyły, żeby sobie wszystko poukładać w głowie. (śmiech)

- Nie czułam też, żeby to był stracony czas, choćby dla kilku wspaniałych zajęć, w których mogłam uczestniczyć. Wiele zmieniły w moim postrzeganiu świata, ciekawie łączyły psychologię z filozofią (jak zajęcia z doradztwa filozoficznego u profesora Tomasza Femiaka, które pamiętam do dziś) a ja przekładałam sobie tę teorię na życie codzienne. Ludzie, którzy rzucają studia, często żałują, że nie zdobyli papierów, tytułu magistra, ale mnie to nigdy nie trapiło. Przeciwnie, zamiast żałować, patrzę na to jako na nowe wyzwanie i ostatnio zastanawiam się nad podjęciem studiów w celu wykształcenia się w zupełnie innym kierunku niż to czym zajmowałam się dotychczas. Zobaczymy co z tego będzie... nie żałuję podjętych decyzji,nie żałuję niewykorzystanych szans, serio, nie żałuję w życiu niczego, bo doświadczam go i smakuję. Tu i teraz.

Największa i najważniejsza życiowa zmiana?

- Oczywiście przyjście na świat Gajki i macierzyństwo. Na pewno. Macierzyństwo zmieniło mnie jako człowieka, ulepszyło, otworzyło, uwrażliwiło i na każdym kroku pozwala uczyć się nowych punktów widzenia. To niezwykła relacja bliskości, ale też wyzwanie. Z jednej strony jest we mnie naturalna potrzeba przekazania Gai wszystkiego, co dobre, z drugiej świadomość, że trzeba tej istocie pozwolić pozostać odrębnym bytem. Wyważenie tego jakoś mądrze to duża odpowiedzialność, ale też piękne doświadczenie.

- I tak ostatnimi czasy staramy się z Mateuszem (Mateusz Jankowski, partner Julii, ojciec Gai - przyp. red.) z jednej strony świadomie podchodzić do kwestii wychowywania, a z drugiej zdać się na intuicję, na to, co podpowiada ciało i serce. To ważne szczególnie w pierwszych miesiącach życia dziecka. Można przeczytać milion książek o tym jak wychowywać niemowlę, a w sumie najważniejsze, żeby postąpić zgodnie z własnym odczuciem.

A nie przestałaś być ryzykantką odkąd masz dziecko? Eskapady motorem w nieznane to już chyba przeszłość?

- Na pewno trochę tak, aczkolwiek zdążyłam już pojechać z Gają w dwa różne miejsca na świecie. Jeździliśmy na skuterze na Bali, byliśmy na Malediwach, chodziliśmy po górach. Ja chyba jestem jednak z tych matek bardziej ryzykujących, chcę żeby mała doświadczała wygód i niewygód świata, a nie siedziała w domu pod kloszem. Ale tak, nieco osiedliśmy i mieszkamy w jednym miejscu bardzo długo, bo już ponad dwa lata!

- To naprawdę sytuacja niespotykana w moim poprzednim życiu, w którym wciąż zmieniałam adresy. Obecny przystanek to wreszcie namiastka domu, takiego miejsca, do którego się wraca, gdziekolwiek by się było. Wypełnia mi przestrzeń, do tej pory nie do końca niewypełnioną. Chyba zaczynam realizować swoje marzenie o domu.

To brzmi trochę jak przemyślenia na trzydzieste urodziny, które miałaś w marcu 2019. Do kryzysu wieku średniego jeszcze daleko, czujesz się wciąż trochę niedojrzała?

- Nie, ja zawsze byłam dojrzała. Pamiętaj, że zaczęłam pracę w teatrze jako jedenastolatka, więc dosyć szybko musiałam dorosnąć. Ale zachowałam w sobie sporo spontaniczności dziecka. Pewnie właśnie dlatego nie zgadzam się na osiadły tryb życia, na rezygnację z planów i marzeń, kiedy pojawiają się inne zobowiązania, jak choćby macierzyństwo. Chcę ciągle życia doświadczać, pochłaniać je pełnymi łyżkami. Nie zgadzam się na bariery, na wtłaczanie w utarte schematy w rodzaju: masz dziecko, jesteś uziemiona.

- Podróż po Bali z siedmiomiesięczną Gają była chyba dowodem takiej niezgody. Potrzebuję zmian, lubię je, uważam, że wzbogacają. I chcę taki światopogląd przekazać swojej córeczce. Może dlatego nie mam żadnych frustracji z powodu niespełnionych marzeń.

A jednak nie każda ze zmian jest lekka i bezbolesna.

- Tak, to prawda. Mam za sobą rozstanie po długim związku, które było dla mnie bardzo trudne i przyniosło ciężkie emocjonalnie sytuacje (z Ianem Dowem, mężem Julii - przyp. red.). Przyjęłam je z pokorą i ze spokojem, ze świadomością, że można i trzeba te doświadczenia przekuć na coś pozytywnego. To był dla mnie ważny czas, chociaż pod wieloma względami bolesny.

- Zresztą ta moja życiowa zmiana nie była łatwa dla wielu osób z najbliższego otoczenia, próbowałam nie dać im tego odczuć, sama unieść konsekwencje decyzji.

Zapewne. Cytując klasyka: życie to nie rurki z kremem. Ale z każdej opresji można wyjść obronną ręką. Należy tylko ufać swojej intuicji i szanować siebie i innych.

-   Tak staram się podchodzić do życia: brać to, co przynosi, słuchać swoich potrzeb i odpowiadać na nie. Są różne na różnych etapach życia... A w tym momencie to proste trzy tygodnie urlopu, bez zasięgu i kontaktu ze światem. Właśnie realizuję tę potrzebę w Mrzeżynie: jest słońce, jest morze, jest tu moja starsza siostra i nasza mama, oczywiście zakochana we wnuczce. Dobre jedzenie, świetne towarzystwo, czego trzeba więcej?

- Spotykają się trzy pokolenia kobiet, będziemy gadać, wspominać, spędzać razem czas. Potem przyjdzie czas na nowe pomysły muzyczne. Jest we mnie duża potrzeba zmian także w sferze artystycznej. To się dzieje naturalnie, wynika z wewnętrznych impulsów, a nigdy z potrzeb rynku. Ja to bardzo w sobie cenię i myślę, że Ci, którzy śledzą moje poczynania również to doceniają. Sądzę, że jest to też ciekawsze dla słuchaczy, a przecież o to chodzi.

Czyli teraz muzyka? Zawodowo zabrała ci serce i czas?

- O tak, zdecydowanie. To jest materia, którą czuję w stu procentach i całkowicie oddaję się jej emocjonalnie. Ale ważny jest dla mnie także ten aspekt obecnej pracy, że mam możliwość stworzenia własnego świata. Mogę pracować z ludźmi, z którymi chcę pracować, tworzyć zespół, w którym są profesjonaliści, ale też po prostu super ludzie.

- Na każdym etapie zawodowych doświadczeń to było dla mnie ważne, przymus pracy z osobami z którymi nie odbiera się na podobnych falach, to był zawsze dyskomfort. Teraz mam swoje terytorium i idealne, kontrolowane warunki. Tworząc muzykę, płytę czy koncert, spotykam tych, którzy chcą się ze mną spotkać, szanujemy się i funkcjonujemy w tych samych wibracjach. Dała mi to właśnie muzyka, możliwość tworzenia jej we własnym zakresie i rozpowszechniania jej w sieci. Funkcjonujemy w zupełnie nowej rzeczywistości.

Nie tęsknisz za aktorstwem? Ono na pewno też ciebie budowało.

- To na pewno, ale kiedy pytasz mnie czy tęsknię, to przyznam, że nie mam kiedy. Muzyka pochłania mnie i mój czas wystarczająco. A odkąd pojawiła się Gaja, to ona jest najważniejsza. Codziennie zadaje sobie pytanie  czy mądrze rozdzielam czas na pracę i dom. Czas i zaangażowanie,  bo ja lubię być w danym momencie na 100 proc., nie uciekać myślami gdzieś indziej, tylko skupiać się na  byciu w danej chwili totalnie.

- Tylko wtedy to wszystko ma sens. Jak się bawię z Gają na plaży to jestem tylko tam, a jak siedzę w studio czy jestem na scenie, to oddaje uwagę i serce tylko muzyce. Te dwie role: zawodowa i rodzinna całkiem mnie obecnie pochłaniają. I wystarczy. Pracoholizm mi nie grozi.

Ostatnio wszyscy mogliśmy spędzić sporo czasu z rodziną. Izolacja podczas epidemii wpłynęła jakoś na twoje plany?

- Tak, kwarantanna dużo pozmieniała: część naszych koncertów została przełożona na jesień, mam nadzieję, że będziemy mogli je zagrać i spotkać się z słuchaczami. Jako że przerwaliśmy naszą trasę, pojawiły się nowe daty i nowe koncerty, zapraszamy, można już sobie rezerwować bilety.

- Ale udało nam się zrealizować na przykład life sesję "Folk it! Tour" w Osadzie Młyńskiej, w pięknych okolicznościach przyrody i przy udziale świetnej ekipy oraz widowni. Zagraliśmy koncert, z którego powstał świetny materiał dostępny po części na moim kanale na YouTubie. Ja nie narzekam, raczej skupiam się na przyszłości i realizuję następne wizje. Zaraz po urlopie zamierzam usiąść i przywołać do akcji swojego ducha kompozytorki. Idąc tym tropem, mogę prorokować, że za jakiś czas pojawi się nowa płyta. I to będzie zupełnie nowa odsłona, następna wolta - uwaga - znów się będę przepoczwarzać!

Zobacz także:


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje