Reklama

Reklama

Katarzyna Grochola. Abonament na cuda

​Jeśli się nie wie, dokąd się idzie, trzeba zmienić ulicę - powiedział jej przypadkowo spotkany warszawski łazik. I to zdanie zainspirowało Katarzynę Grocholę do przewartościowania życia. Zaczęła też zbierać drobne historyjki, małe codzienne mądrości. Po latach uciułała ich na książkę "Pocieszki". Trafny tytuł, bo niesie dobrą energię! Znana pisarka mówi, że gdy ma się pogodny stosunek do losu, los się pięknie zrewanżuje.

Nigdy nie robiłam wywiadu w tak pięknych okolicznościach. Pani Katarzyna zaprosiła mnie do domu pod Warszawą. Taras z widokiem na ogród, śpiew ptaków, szum drzew. Pies domaga się głaskania. Cywilizacji nie widać i nie słychać. Tak można żyć i pisać! Przed spotkaniem przeczytałam jej książkę "Pocieszki" - zbiór słodko-gorzkich opowiastek wziętych z życia codziennego, ale mających głębszy sens. Po lekturze pierwsze pytanie wydaje się oczywiste. 

Twój STYL: Pani Katarzyno, jak żyć? 

Katarzyna Grochola: Uczciwie, szczęśliwie. W zgodzie z Dekalogiem i konstytucją. Tak, żeby nie krzywdzić innych, a nawet robić im dobrze. A na pewno robić dobrze sobie. Ale panować nad nadętym ego! 

Reklama

Pani się kiedyś ego nadmiernie rozdęło? 

- Nie przypominam sobie. Nie czułam, że jestem "znaną autorką", bo chodziłam na terapię i pilnowałam, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Dziwiłam się, kiedy ktoś poznał mnie na ulicy. Aż moja siostra Marylka zapytała: "Nie widzisz, że jesteś znana, czy udajesz?" Nie udawałam! Na targ dalej jeździłam w kożuchu narzuconym na piżamę. Mój "sukces" wydarzył się późno ("Nigdy w życiu!" wydano, kiedy KG miała 44 lata - red.). Ale miewałam wrażenie wszechmocy.

Co pani przez to rozumie? 

- Wydawało mi się, że jeśli będę czegoś bardzo chciała, to się spełni. Że wszechświat, Bóg mi pomogą. 

I to nie jest dobre myślenie? 

- Jeżeli bierzemy pod uwagę Boga - nie takie złe. Ale jeśli nam się wydaje, że sami jesteśmy bogami - nie najlepsze. Mnie się bez przerwy przydarzały cuda. Kiedy budowałam pierwszy 40-metrowy domek za 30 tys. złotych i nie miałam betoniarki, wyszłam na spacer - chyba z nadzieją, że Bóg spuści mi ją z nieba. Patrzę, a cztery domy dalej stoi betoniarka na podwórku. Zadzwoniłam, zapytałam, a właścicielka posesji mówi: "Pani ją sobie weźmie". Tylko jak? I w tym momencie przejeżdżał ostrówek, koparkoładowarka. Zatrzymałam ją i pytam kierowcy: "Mógłby pan przewieźć mi tę betoniarkę kawałek dalej?". Zrobił to za 10 złotych. Na ulicy stało wtedy sześć domów, raz w życiu widziałam tam ostrówek - wtedy właśnie. 

Wspaniała historia! 

- Wychodziłam z założenia, że nie można bezczynnie czekać. Kiedyś zabrakło gwoździ i lampy, żeby skończyć budowę dachu. Był koniec października, ciemno od 17. Górale powiedzieli, że mogą robić dalej, ale potrzebują gwoździ do więźby i światła. Przyniosłam od sąsiadów mocną żarówkę na długim kablu, ale ich szef mówi: "Myśli pani, że puszczę ludzi na dach przy czymś takim?". Pomyślałam: nie mam światła, ale spróbuję załatwić gwoździe - i poszłam trzy kilometry na piechotę do składu, bo nie miałam samochodu. Gwoździe uciekały mi z torebek, owinęłam je więc w kurtkę i stoję na ulicy. Zaczęło siąpić. Myślę: "Panie Boże, zrobiłam, co mogłam - poszłam po gwoździe, załatwiłam żarówkę, co prawda nie taką, jak trzeba, ale się starałam". W tym momencie zatrzymał się koło mnie samochód. W środku koleżanka, która zazwyczaj o tej godzinie kąpała dzieci i nie powinno jej tam być. Pyta: - Co tu robisz? Wychlipałam: - Dorotko, zawieź mnie do domu. - A co ty tam masz w tej kurtce? - Gwoździe do więźby. - Wrzuć je na tył, tylko ostrożnie, bo odwożę do znajomych lampę. Okazało się, że to lampa stadionowa o ogromnej mocy. Kiedy przywiozłam tę lampę i gwoździe, górale przestali do mnie mówić Pudelku i zaczęli "proszę pani". Przeznaczeniu trzeba wychodzić naprzeciw. Jeśli czekamy na mannę z nieba, to przynajmniej ustawmy się w pobliżu fabryki, gdzie się ją produkuje. 

Dzisiaj też zdarzają się pani takie cuda? 

- Też, choć prostsze. Jadę samochodem do centrum Warszawy i myślę, że byłoby fajnie, żeby ktoś odjechał i zrobił mi miejsce... I tak się dzieje! Staram się mieć pogodny stosunek do świata. Kiedy stoję w korku dwie godziny, nie klnę, tylko tłumaczę sobie: "Ten korek jest po coś. Może gdybym jechała szybciej, miałabym wypadek? Skoro coś mnie wstrzymuje, to znaczy, że tak ma być". 

Zawsze tak pani miała?

- Nie, to ciężko wypracowane. 

Jak? 

- Uczyła mnie tego przyjaciółka Zosia. Kiedy mówiłam: "Zośka, znowu deszcz!", odpowiadała: "Cudownie, trzy dni nie padało". Gdy nie widziałam, że coś dobrego mi się przydarza, Zośka przypominała: "Zobacz, byli panowie z elektrowni i nie odłączyli ci prądu, a po to przyjechali". Umiała cieszyć się dniem powszednim i pięknie porządkowała rzeczywistość. Wprowadzałam się do mojego domku w Wielki Piątek. Mokre ściany, beton na podłodze, wszędzie paczki i meble, których nie było jak ustawić. Ale przyszła Zośka i pyta: "Co możemy dzisiaj zrobić?". Była 9 wieczorem, więc mówię do niej: "Nic". Ona na to: "Trzeba powiesić firanki". Przyszedł jej mąż, przymocował karnisze, powiesiłyśmy je. Zrobiło się przytulnie. 

Co jeszcze wymyśliła Zośka? 

- "Odsuńmy tylko te sześć paczek". Wyniosłyśmy je do przedpokoju i zrobiły się dwa metry miejsca na betonie. Na co Zośka: "Mam w domu chodniczek. Jak go przetniemy na pół, zasłoni to miejsce i będziemy mogły postawić stół". Mnie zniechęcał ogrom pracy, a ona mówiła: "Pomalutku, tylko ten kawałeczek". Dzisiaj staram się myśleć podobnie - w ten sposób zrobiłam w domu generalne porządki.

Też muszę, a nie mogę się zabrać... 

- Proszę nie używać słowa "generalne", bo zniechęca. Lepiej wyjąć jedną szufladę, np. z lekarstwami, przyjrzeć się datom i zaraz się okaże, że szuflada będzie pusta. A kiedy jedna jest posprzątana, następna prosi: "ja też!". Tak się to robi, po półeczce.   

Dużo pani wyrzuciła i oddała? 

- Mnóstwo. Człowiek nie musi mieć 20 kompletów pościeli i dziesiątek ręczników. Moja córka (Dorota Szelągowska - red.) mówi: "Mamo, wyrzuć je i kup pięć w kolorze pasującym do łazienki!". No, ale jak wyrzucić dobre ręczniki? Otóż można, choć nikogo nie namawiam. 

Czego jeszcze się pani pozbyła? 

- Zapasowych poduszek i kołder - jak przyjedzie więcej osób, zawsze można pożyczyć od sąsiadów, 15 tysięcy kartek maszynopisów - nie chciałam palić nimi w kominku, nie będę psuć przyrody pierwszą, drugą i trzecią korektą książek. 

Trzymała je pani z sentymentu? 

- Tak. Pozbyłam się podwójnych narzędzi, rozdałam bibeloty, które zbierałam latami. Została mi jeszcze garderoba do uporządkowania. Czuję się przywiązana do spódnicy, którą miałam na maturze. 

Mieści się pani w nią?

- Nie, i w tym problem. Ale pomalutku uporządkuję też garderobę. Nie trzeba dużo mieć, lepiej być. 

A jednak dobrze się żyje, kiedy coś się ma. 

- I nic w tym złego. Każdy chce mieć ładniejsze ubranie czy biżuterię. Świat się dzięki temu kręci. Ale jeśli przy tym zapominamy, żeby być, zaburzamy życiową równowagę.  

Jak jej pilnować? 

- Mam koleżankę, która rzuciła pracę w korporacji, gdzie zarabiała 38 tys. miesięcznie, i pojechała na Bali. Kiedy zapytałam, czy nie żałuje, powiedziała: "Daj spokój! O 8 rano musiałam być w pracy, czasami wracałam o 24. Co po pieniądzach, skoro nie mam ich kiedy wydać?". Wyjechała, przygląda się światu. Może wróci i znów będzie specjalistką od finansów, ale na karierę spojrzy już inaczej. 

Pani też czasami pisze do rana... 

- Jednego dnia piszę do nocy, następnego mogę odpocząć. Jestem swoją szefową, a na dodatek lubię pisać. 

Gdzie najbardziej?   

- Wszędzie. Na tarasie, bo sąsiad ma kanarki i pięknie śpiewają. Nie jestem przywiązana do biurka czy któregoś pokoju. Robię notatki na serwetkach, receptach, co tam mam pod ręką. Idę miastem i bach, napis jakiś, myśl, ktoś coś powie, muszę zapisać, żeby nie zapomnieć. 

Nie ma pani notesu? 

- Mam, niejeden, ale zapominam je ze sobą brać. Zapominam o imieninach, ale pamiętam daty, kiedy przyjaciółki szły do szpitala na chemię. Może są ważniejsze? W końcu to daty ratowania życia. Trochę jestem nieskoordynowana. Ale ważne rzeczy ogarniam. Płacę rachunki, lubię to robić z góry. Najchętniej zapłaciłabym do końca życia za wszystko i miała spokój. Ale nie da się, bo podnoszą ceny i nie wiadomo, kiedy się to życie skończy. 

Myśli pani o tym? 

- O śmierci? Często. Zawsze tak było. Ale nie martwię się od rana do nocy, że umrę. Po prostu pamiętam, że wszystko jest ulotne. Dlatego szukam towarzystwa dobrych ludzi. Odsuwam się od złych, ale nie piętnuję ich, bo zauważyłam, że źle to na mnie wpływa. Przyjaźnię się z franciszkaninem, który za każde złe słowo na czyjś temat kazał mi tłuc zdrowaśki - wolę więc o nikim źle nie myśleć! Trochę się oduczyłam osądzania, choć daleko mi do oświecenia. Im lepiej widzę, tym dłuższa wydaje się droga. 

Kiedy umarła na raka Zośka, nie miała pani pretensji do losu? Do Boga? 

- Nie. A może gdyby zaczęła się leczyć, jeszcze bardziej by cierpiała? Może by to dłużej trwało? Drugą przyjaciółkę, która umierała w marcu, odwiedzaliśmy w hospicjum. Zapraszała nas do pokoju i z każdym przeprowadzała krótkie, ważne rozmowy. Co robić, czego nie, kto jest głupi i w jakiej sprawie. 

Co powiedziała pani? 

- Żeby nie czekać na "nie wiadomo co", bo można przegapić coś fajnego. Nie "sprawdzać się" w związku miłosnym czy przyjacielskim, bo życie jest najlepszym sprawdzianem. Żeby patrzeć na siebie z miłością i odpuszczać drobiazgi - że ktoś czegoś nie sprzątnął, nie zaniósł, nie wyrzucił. Każdemu powiedziała coś innego, a potem umarła. Młoda, ładna. Nie mamy na to wpływu, ale na to, co robimy z dniem dzisiejszym, już tak. 

Pani jest typem, który się martwi? 

- Strasznie! O wszystko - Polskę, znajomych, co będzie potem? A jak już się "namartwię", przypominam sobie: trzeba być wyjątkowo durną osobą, żeby robić sobie takie rzeczy. Bo czy w ten sposób pomagam dzisiejszemu dniowi? Dlatego nad tym też pracuję. 

Chodzi pani na terapię?    

- Tak. Podejmowałam w życiu niewłaściwe decyzje. Kiedy normalny człowiek widzi czerwone światła, zatrzymuje się. A ja? Robiłam krok naprzód i myślałam: "A może źle widzę?". I wchodziłam na jezdnię. Motocykl przejeżdżał mi po palcach. Tak nie można żyć. Trzeba się nauczyć, że na czerwonym się nie przechodzi. Niektóre moje decyzje były podyktowane brakiem kontaktu z rzeczywistością. A terapia jest lustrem. Dobrze popatrzeć na siebie z boku, przyjrzeć się, co robimy innym nieświadomie, co szkodzi im, a pośrednio też nam. Jest mi to potrzebne do pisania. A poza tym lubię sobie pogadać z mądrym człowiekiem. Nie chcę umrzeć głupia. I nie za szybko. 

Uczy się pani optymizmu?   

- Też. Optymizm to wypracowana metoda na życie. Ale niektórzy mylą go z zaprzeczaniem. Zośka wstawała rano i mówiła: "Jestem zdrowa, świetnie się czuję", nie zwracając uwagi na symptomy choroby. To nie był optymizm, tylko trzymanie się iluzji. Z tego nic dobrego nie wynika. 

Ludzie mówią: "Jeśli będziesz pozytywnie myślała, wszystko dobrze się ułoży". 

- Od stania przed lustrem i powtarzania, że jestem młodą, atrakcyjną blondynką, wcale się taka nie stanę. Ale kiedy myślę: "Jest okej tak, jak jest", dzieje się coś dobrego. Jeżeli myślę, że ja jestem w porządku, pani też mi się taka wydaje.   

Patrzę na panią i muszę to powiedzieć - pięknie się pani uśmiecha. 

- Dziękuję. Ale też dużo w życiu płakałam. Jak płaczę, to rozpaczliwie, a jak się cieszę, to ze skakaniem po łóżku. Nie zajmuję się rzeczami, które są szkodliwe. Nie śledzę serwisów informacyjnych. Po co mi wiadomość, że gdzieś tam było trzęsienie ziemi? To wymaga modlitwy, a nie taplania się w tym. Ale dobre wiadomości oglądam, np. 12 chłopców ocalonych z jaskini w Tajlandii. O mózg trzeba dbać. 

Pani dba? 

- Oglądam ładne filmy i seriale. Piękne miasta, drzewa i zwierzęta świata. Sąsiadka mi przyniosła fioletową ostróżkę - stawiam ją tam, gdzie siedzę, żeby na nią patrzeć. Mam w stawie rybki - były cztery, podobno same chłopaki. W tej chwili jest ich z 60. (śmiech) Przywiązuję wagę do rzeczy dobrych. W każdym z nas drzemią dwa demony: dobry i zły. Wygrywa ten, którego się dokarmia. Ile razy widzę kogoś z zaciętą twarzą, lekarza, który potraktował mnie obcesowo, opryskliwą panią w sklepie, myślę: "Pewnie coś się stało, że ten człowiek nie jest uśmiechnięty". Ludzie są, jacy są, a ja zbyt szybko ich oceniałam. Teraz ćwiczę nieocenianie. 

To też się ćwiczy? 

- Jak wszystko. Poza tym inni ludzie są ciekawi. Dlaczego pani na targu sprzedaje kwiaty? A ta, która zajmuje się kosmetyką, chce grać na flecie? Zbieram dziwne opowieści, ludzie się ze mną nimi dzielą. 

Jak pani myśli dlaczego?

- Może dlatego, że ja dzielę się z nimi? Jestem gadułą i uważam, że od każdego można się czegoś nauczyć. Kiedy było mi w życiu ciężko, wydawało mi się, że każda osoba na ulicy udziela mi wskazówek. W najtragiczniejszym momencie życia, kiedy nie wiedziałam, jak się wydostać z sytuacji, którą sama sobie zafundowałam, wpadł na mnie na Marszałkowskiej pijany człowiek i mówi: "Jak chodzisz? Nie tędy droga! Jak się nie wie, gdzie się idzie, to się zmienia ulicę". Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego idę drogą, gdzie cały czas zbieram cięgi? Może muszę znaleźć inną? 

- Otwieram czasem książki na przypadkowej stronie, bo lubię wiedzieć, co do mnie mówią ci, którzy coś mądrego napisali. Decyzję o rozstaniu podjęłam kiedyś dzięki Annie Achmatowej (rosyjska poetka - red.), której wiersz usłyszałam w radiu. Znalazłam w nim wskazówkę. Dlaczego czekam na coś, co się nie spełni? Na to, żeby on wrócił? Żeby mnie pokochał? Żeby było lepiej? Nie tędy droga. Pijak miał rację. 

A ten najtragiczniejszy moment w życiu, to...? 

- Tkwiłam w toksycznym związku z alkoholikiem. Byłyśmy z Dorotą regularnie wyrzucane z domu. Musiałyśmy uciekać, żeby ratować życie. A ciężko uciekać, jak nie ma dokąd. Okazało się, że to była tylko kwestia decyzji. Jeśli się nie ma domu, trzeba go wybudować. Nie twierdzę, że każdemu uda się to zrobić za 30 tysięcy, jak mnie, bo to było dawno. Poza tym cały tamtejszy dom zmieściłby się w dzisiejszym dużym pokoju. Ale to była wspaniała rzecz. 

Chwile przyjemności w pani życiu? 

- Choćby wczoraj - przyjechały moje książki z warszawskiego mieszkania, 16 pudeł, załamałam się. Koleżanka wpadła z bułką tartą, zobaczyła pudła i powiedziała: "Chodź, rozpakujemy". I za 25 minut książki stały na półkach. Wieczorem okazało się, że nie ma wody. Dzwonię do sąsiadów: "U was też nie ma? - Nie ma. - To chodźcie na pigwówkę, do niej nie potrzeba wody". Spędziliśmy wspaniały wieczór, grając w karty i śpiewając stare szlagiery. Dobrze mieszkać w przyjaznym środowisku. Przeprowadzałam się 24 razy i wierzę, że wszędzie można trafić na życzliwych ludzi. Jestem w niezwykłym momencie życia. Mam cudowną córkę, kapitalne wnuki, fajną rodzinę i przyjaciół i wierzę, że marzenia się spełniają. 

W co jeszcze pani wierzy? 

- Że możemy bardziej o siebie dbać. Że kobiety są niesamowite i to one zbawią świat, jak się w końcu ruszą. Że okoliczności nam sprzyjają - jeżeli coś jest zbyt trudne, znaczy, że namawia nas do zmiany. Że nie warto stać jak osioł nad brzegiem przepaści i zastanawiać się, jak ją przeskoczyć, tylko znaleźć inną drogę. Wierzę, że gdy ktoś nas zwalnia z pracy, to dlatego, żeby coś lepszego nas spotkało. Tylko czasem jesteśmy tak przytłoczeni chwilowymi trudnościami, że tego nie widzimy. Usłyszałam kiedyś na terapii opowieść o pijaku, który chodzi dookoła słupa ogłoszeniowego, wali w niego pięściami i krzyczy "wypuście mnie". Czasem kogoś takiego przypominamy, a wystarczy się przecież odwrócić. Wierzę w miłość, dobro, przyjaźń, życzliwość i mam nadzieję, że nie przestanę. 

Rozmawiała ANNA RĄCZKOWSKA 

Zobacz także:


Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje