Reklama

Reklama

„Kiedyś nikt nie chciałby wyglądać tak, jak ja”. Niezwykła metamorfoza Kasi Guzik

Pewna siebie i świadoma swojej kobiecości. Dziś dla wielu jest prawdziwą inspiracją. Ale jej życie nie zawsze tak wyglądało. Dziś dostaje wiadomości, w których kobiety piszą, że chciałyby wyglądać tak jak ona. Ale jeszcze 3 lata temu żadna z nich nie chciałaby być na jej miejscu. Oto niezwykła historia Kasi Guzik.

"To nie był Nowy Rok. Ani pierwszy dzień miesiąca. To nawet nie był poniedziałek. Zwyczajny dzień w środku tygodnia, w którymś z kolei miesiącu. Obudziłam się z myślą, że nie chcę umrzeć" - tak Kasia Guzik wspomina początek swojej walki. Choć jej przemiana budzi ogromny podziw, wymagała wielkiej siły. I to powtarza swoim obserwatorkom. Bądźcie dzielne.

Bez pomocy dietetyków, trenerów i bez operacji bariatrycznej. Celem Kasi Guzik, która na Instagramie znana jest jako 100_kg_lzejsza, jest redukcja wagi o 100 kilogramów. Jej przemianę śledzi ponad 40 tysięcy osób. Każdego dnia pojawiają się nowe, szukające wsparcia w swojej walce kobiety. A ona daje im motywację i inspiruje.

Reklama

Otwarcie przyznaje jednak, że walka nie zawsze jest łatwa.

Oto historia pod tytułem: "A wszystko zaczęło się 100 kg temu...".

Spotykamy się w jednej z restauracji na krakowskim Starym Mieście. Popijamy kawę, której, teoretycznie, nie powinno się pić będąc na diecie. O tym, jak bardzo utarty jest to stereotyp przyjdzie mi dowiedzieć się dopiero później.

Aleksandra Tokarz, Interia.pl: Zaczynamy od początku. Decyzja zapadła. Pomyślałaś - walczę. Ale dlaczego?

Katarzyna Guzik: - To był impuls. Nie planowałam tego. I nie stało za tym żadne konkretne wydarzenie.

- Być może dla wielu osób borykających się z nadwagą wyda się to nieprawdopodobne, ale wcześniej o tym nie myślałam. Aż przyszedł rok 2019. Nie pamiętam dokładnej daty. Od tamtej chwili czas wyznaczają kilogramy.

- Wcześniej nie byłam na żadnej diecie. Być może to kwestia mojej osobowości. Kiedy podejmuję się czegoś, muszę to zrobić od początku do końca. Może podświadomie czułam, że nie jestem na to gotowa, a wiem, że nie udźwignęłabym porażki. Oczywiście, w pewnych aspektach życia waga mi przeszkadzała, ale nie czułam jakiejkolwiek potrzeby, aby to zmienić. A tamtego dnia wstałam i pomyślałam, że to będzie właśnie dziś. Dziś jest ten dzień, kiedy stanę do walki i wyjdę z niej z podniesioną głową.

I postawiłaś sobie cel. Od razu poprzeczka zawisła dość wysoko.

- To prawda. Od pierwszej sekundy, od chwili przebudzenia, cel był jasno określony - pozbycie się 100 kilogramów. Nie wiedziałam oczywiście ile czasu mi to zajmie ani jakie niespodzianki czekają na mnie po drodze. W zasadzie nie wiedziałam o odchudzaniu nic. Od początku wszystko robiłam dość intuicyjnie. Nie miałam przygotowania teoretycznego. Nie planowałam żadnej cudownej diety. Ale wiedziałam, że zrobię to sama. Bez niczyjej pomocy.

- I absolutnie nie chodziło o lęk czy wstyd przed proszeniem o pomoc, a o mój charakter.

- Kiedy to było? Trzy lata temu.

Podejrzewałaś, że zajmie to aż tyle czasu?

- Oczywiście, że nie. Czasami dziewczyny piszą mi: "Muszę schudnąć 20 kg w dwa miesiące" albo "Mam maksymalnie pół roku". Czasami pojawiają się wiadomości typu: "Widziałam w programie telewizyjnym, że dziewczyna schudła 90 kilogramów w rok i ja też stawiam sobie taki cel". A ja wtedy odpisuję, że to niemożliwe. Że tak się nie da.

- Nie można sobie stawiać takich celów. Tym bardziej, że nie znamy na tyle naszego organizmu i nie wiemy, jak będzie reagował. Nawet jeśli sporo schudniemy, zdrowie ucierpi na tym na długie lata.

- Na moim profilu znajduje się wiele historii dziewczyn, które drastycznymi dietami doprowadziły się do ciężkich chorób, pobytów w szpitalach psychiatrycznych i bezpłodności. Od lat borykają się z konsekwencjami "cudownych" diet.

- Choć ja nie stosowałam drastycznych diet, o wielu rzeczach też nie miałam pojęcia. Myślałam, że trzymając deficyt kaloryczny, waga leci liniowo i przez cały czas. Z tygodnia na tydzień widoczny jest postęp. Ale tak nie jest. I do tego też trzeba dojść samemu. Należy obserwować organizm i pogodzić się z tym, że czasem nie wszystko będzie szło zgodnie z planem.

- Walka o siebie uczy cierpliwości. I trzeba być na to przygotowanym.

Możemy więc stwierdzić, że cele są w porządku, ale nie, jeśli chodzi o czas. Bo w tym obszarze może być różnie.

- Dobrze, jeśli ma się jakiś cel, ponieważ bez motywacji może być ciężko. Dostaję ogromną ilość pytań o motywację. Jak ją znaleźć. A ja nie bardzo wiem co odpowiadać. Bo ja nie wiem jaki argument dla danej osoby jest tym właściwym.

- Bardzo często podkreślam, że moją motywacją nigdy nie było zdrowie. Bo pomimo otyłości nie borykałam się z żadnymi poważnymi chorobami. Moje wyniki zawsze były lepsze niż wyniki szczupłych i dużo młodszych koleżanek. Część lekarzy była tym zaskoczona, część mówiła, że nie jestem jedynym takim przypadkiem. Wiec nie zawsze człowiek otyły, to człowiek chory.

- Od początku stawiałam na szczerość i otwarcie piszę o tym, że moje motywacje dla innych mogą wydawać się nie tylko dość nietypowe, ale też niezrozumiałe. Trochę abstrakcyjne, a trochę próżne. Ale nie chcę tego ukrywać. Gdybym nie chciała być szczera, nie publikowałabym tak osobistych wpisów.

- Pragnęłam pięknych ubrań, na które nigdy nie mogłam sobie pozwolić.

- Bikini zamiast stroju z doszytą spódnicą.

- Spokojnego lotu samolotem z opuszczonym podłokietnikiem i bez dodatkowego pasa.

- Chciałam też, żeby ludzie, którzy przez te wszystkie lata bardzo źle się ze mną obchodzili, patrzyli z niedowierzaniem na to, czego dokonałam. W oczach, w których przez wiele lat widziałam pogardę i brak szacunku chciałam w końcu zobaczyć podziw.

I myślałaś sobie wtedy: "A pokażę im, że dam radę!"?

- Ależ oczywiście! Myślę, że dla mnie, na pewnym etapie, była to silna motywacja. Miałam dość  takiego traktowania.

- Ale chciałam czegoś jeszcze. Chciałam wyglądać jak moje koleżanki, kiedy wychodziłam z nimi na miasto. Bo zawsze byłam skazana na bycie "tą brzydszą", "tą gorzej ubraną", "tą, która nie wzbudza zainteresowania u mężczyzn". Po prostu chciałam wielu rzeczy, które dla innych kobiet są codziennością.

- Będąc kiedyś w Paryżu, gdzie kamienice mają bardzo wąskie klatki schodowe, zobaczyłam jak ratownicy medyczni przy pomocy straży pożarnej wyciągają przez okno pacjenta, który nie mógł sam zejść do karetki, a nosze były zbyt szerokie. Pomyślałam sobie wtedy: "Boże, a być może mnie musieliby tak wynosić nie dlatego, że klatka jest wąska, ale dlatego, że panowie ratownicy by sobie nie poradzili". Były też inne myśli. "A może, kiedy trafię do szpitala, to lekarze nawet nie będą chcieli mnie ratować, bo uznają, że nie warto?".

Masz dziś żal do tych wszystkich osób, które spotkałaś na swojej drodze, a które swoimi komentarzami uprzykrzyły ci życie? Które poniżały i wyśmiewały?

- Dziś jestem wdzięczna losowi, że postawił ich na mojej drodze. Bo to dzięki nim jestem taką kobietą, jaką zawsze chciałam być. Silną, dumną, pewną siebie. To ci ludzie nauczyli mnie, kim nigdy w życiu nie chce się stać. Że nigdy nie będę jak oni.

- Nie mam też żalu o to, co mnie spotkało. Jestem od niego wolna. Myślę też, iż fakt, że potrafię już tak otwarcie o tym mówić, jest dowodem na to, że przeszłość już mnie nie boli.

- Moje konto na Instagramie ma niewiele ponad pół roku, a śledzi je ponad 40 tys. ludzi. Wielu z nich pisze mi, że nikt wcześniej ich nie rozumiał. A oni sami bali się mówić o swoich uczuciach.
Dziś czytając moją historię widzą, że nie są sami. Widzą, że nie ma rzeczy niemożliwych. I być może pierwszy raz w życiu czują, że ktoś ich rozumie.

- I może dla niektórych zabrzmi to naiwnie, ale czasem myślę sobie, że to co mnie spotkało miało taki cel. Ludzie ufają mi, bo ja byłam po tamtej stronie. Opowiadają mi swoje historie. Dramatyczne historie. A ja myślałam, że to mnie spotkało wiele złych rzeczy.

- Dziewczyny piszą, jak są traktowane przez matki, rodzeństwo czy toksycznych partnerów. To jest dla mnie nieprawdopodobne. Wiele dziewczyn pisze mi, że weszło w związek z partnerami, kiedy były lżejsze. Kiedy kilogramów przybyło, partnerzy nie udźwignęli ich wyglądu. Dziewczyny obwiniają się o rozpad związku i nie wiedzą, jak się zachować.

Ludzie nie szczędzili sobie uwag na temat twojego wyglądu. Pracodawcy też patrzyli na ciebie w inny sposób? Uważali za "gorszą" z uwagi na wagę?

- Nigdy nie byłam na etacie i mam to szczęście, że praca zawsze szukała mnie. Działam w różnych branżach i zawsze moje umiejętności oraz kwalifikacje były na pierwszym miejscu. Nigdy nie napisałam ani jednego CV, nie musiałam walczyć z innymi o posadę ani iść na rozmowę kwalifikacyjną, więc też nigdy nie zastanawiałam się, czy mój wygląd będzie powodem odrzucenia mojej kandydatury.  

- Co więcej, o tym, że kobiety są oceniane na rozmowach o pracę pod kątem swojego wyglądu dowiedziałam się dopiero od dziewczyn, które obserwują mój profil. Zaczęły pytać mnie co robić, kiedy one, mając świetne kwalifikacje i bogate doświadczenie nie dostają pracy, ponieważ dostaje ją dziewczyna, która jest od nich o połowę szczuplejsza i będzie ładną wizytówką firmy.

- Nie byłam świadoma, że na rynku pracy jest taka dyskryminacja.

Walka już trwa. Ale to przecież wiele wyrzeczeń i podporządkowanie się nowej rzeczywistości. Jak wyglądał twój normalny dzień?

- Jak ze wszystkim - były lepsze i gorsze chwile. Chociaż tych lepszych było nieporównywalnie więcej.  Do wszystkiego dochodziłam sama. Każdy aspekt swojej nowej codzienności weryfikowałam pod kątem swojej psychiki. Czy to co robię jest dla niej dobre. Zawsze ceniłam sobie spokój i wiedziałam, że jeśli chcę coś zmienić w swoim wyglądzie, to musi to być w taki sposób, żebym ja była spokojna w tym co robię.

- Na początku oczywiście było bardzo, ale to bardzo restrykcyjnie. Każda rzecz była odmierzona, a gdy gotowałam coś dla innych, w trakcie przygotowań nawet nie próbowałam innych dań, żeby przypadkiem nie przekroczyć limitu kalorii.

- Wciąż jestem na redukcji. Wciąż liczę i spisuję kalorie. Co więcej, jestem świadoma, że z moją historią będę to robić do końca życia.

- Nie znoszę, kiedy ludzie mówią mi: "Przez jojo wróciło mi 30 kilogramów". Mam ochotę potrząsnąć nimi i powiedzieć - nie, nie przez jojo. Przez własne zaniedbania. I powrót do starych nawyków. Jojo to nie osoba, która nieproszona zjawia się w twoim życiu i bez twojej wiedzy zabiera ci efekty ciężkiej pracy. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi nie chce tego usłyszeć. Nie chce brać na siebie winy za powrót do poprzedniej wagi. Ale takie są fakty.

Co było twoją "dietą cud"?

- Nie istnieje dla mnie pojęcie "Dieta Cud".

- Swego czasu bardzo modna była dieta Dukana. Ludzie zachwalali ją na forach i atakowali jej przeciwników. Dziś ci sami ludzie piszą mi: "Od 5 lat nie jestem w stanie doprowadzić zdrowia do stanu sprzed diety, bo okazało się, że była rujnująca dla mojego organizmu". Nie wiem czy tak samo nie będzie kiedyś z innymi, modnymi na ten moment dietami. Ja zawsze powtarzam, że jem to na co mam ochotę, zachowując rozsądek i licząc kalorie. Bo co będzie, kiedy już dojdę do wagi docelowej? Przez te niemal 3 lata nauczyłam się, jak się odżywiać. Jak budować swój jadłospis i co się u mnie sprawdza. Na co mogę sobie pozwolić, a czego nie powinnam robić. Już wiem, że tyje się latami i podobnie, latami się chudnie. I to, że ja sobie czasem na coś pozwolę, nie zrujnuje tych efektów. Natomiast wiem, że bardzo często psychika innych osób nie jest w stanie udźwignąć chwili słabości i kiedy raz sobie na coś pozwolą, to stwierdzają, że to koniec ich diety. Że ponieśli porażkę.

- A ja mówię otwarcie - jeśli masz ochotę na czekoladę, nie zakładaj nawet, że zjesz jedną kostkę. Nawet ja nie jestem w stanie tego zrobić, mimo iż uważam, że jestem w tym momencie bardzo świadoma, ile co ma kalorii i bardzo silna. Jeśli mam ochotę na czekoladę, to jem pół tabliczki. To jest około 270 kcal i zdarza się średnio 2 razy w miesiącu. Czy taka ilość kalorii zrobi mi krzywdę? Nie. Bo gdybym poszła na miasto i wypiła (bez wyrzutów sumienia) dwie kawy z mlekiem, to są dokładnie te same kalorie. Ba! Gdybym wypiła super zdrowy zielony koktajl z mlekiem migdałowym, bananem i szpinakiem, to są to też te same kalorie. Inny poziom tłuszczu. Inne wartości odżywcze. Ale te same kalorie.

- Jedno z najważniejszych przesłań, jakie mam dla ludzi, to fakt, że nie tyjemy od konkretnych produktów, a od nadwyżki kalorii. Organizm nie odkłada kalorii z czekolady, a zużywa te z mleka w kawie czy banana. Organizm dostaje energię. I jeśli dostanie jej więcej niż potrzebuje, magazynuje ją. A ludzie często dzielą kalorie na dobre i złe. Myślę więc, że w tym temacie jest to bardzo długa droga edukowania ludzi.

- Zawsze podkreślam, że nie mam wykształcenia w tym kierunku. A ludzie nie są w stanie mi uwierzyć widząc efekty. A jeśli jesteś zdrowy, nie masz chorób jelit, czy alergii, które eliminują ci pewne składniki, nie masz insulinooporności, to wystarczy, że po obliczeniu swojego deficytu liczysz kalorie.

Wspomniałaś o wadze docelowej. Jaka ona jest?

- Na pewno nie niska. Nie będę ukrywać, że nie dążę do wagi 60 czy nawet 70 kilogramów, bo wiem, że czułabym się w niej źle. Od początku wiedziałam, że nie chcę być bardzo szczupła. Każdej kobiecie podoba się określony rodzaj figury. Mnie od zawsze bardzo podobają się kobiece kształty i nie chciałabym żeby one całkowicie zanikły. Wiem, że waga, na której ja będę chciała zakończyć etap redukcji, to waga, z której wiele kobiet dopiero zaczyna odchudzanie.

- Kobiety każdego dnia pytają mnie z jakiej ilości kalorii startowałam i ile jem teraz. A ja tej informacji nie udzielam. Bo w tej kwestii nie wolno sugerować się innymi. Nie mamy takiego samego wzrostu, wagi, wieku ani aktywności fizycznej. A na tej podstawie wyliczamy swoje zapotrzebowanie na kalorie.

- Gdybym podała tym osobom ilość kalorii, która była dla mnie odpowiednia w momencie, w którym zaczynałam walkę z kilogramami, wiele z nich na tej samej kaloryczności by przytyło. Istnieje jednak jedna podstawowa zasada, która dla wielu jest niezrozumiała. I którą zawsze powtarzam. Żeby chudnąć trzeba jeść.

Dieta to jedno. Ale co z ćwiczeniami? Siłownia każdego dnia to obowiązek osoby, która zaczyna walkę o lepszą sylwetkę?

- Wiele osób, decydując się na walkę z dodatkowymi kilogramami, szuka informacji o tym jak to zrobić. A w internecie od razu trafią na informację, że bez ćwiczeń nie da się schudnąć. I osoba, która ma sporą otyłość ma teraz rzucić się na bieżnię i zacząć biegać? Przecież tym sposobem może wyrządzić sobie ogromną krzywdę. I nie mam na myśli tylko stawów. Nie mając sił, nie mając kondycji, dodając do tego dietę i liczenie kalorii, będzie mieć dość po tygodniu lub dwóch. I porzuci tą walkę. Nie udźwignie tego ani fizycznie, ani psychicznie.  

- Dlatego zawsze mówię - nie wszystko na raz. Przez pierwsze 70 kilogramów nie chciało mi się nawet myśleć o sporcie. Nie miałam ochoty na spacer, na siłownię czy basen. Nie czułam takiej potrzeby. A efekty i tak były. Kilogramy leciały bardzo szybko. Oczywiście ktoś może teraz powiedzieć, że jeśli schodzi się z dużej wagi, to tak jest. Owszem. Może później jest troszkę ciężej. Ale walczę ze stereotypem, że żeby chudnąć trzeba ćwiczyć. Nie, nie trzeba. Jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby, to niech to sobie odpuści. Nic na siłę.

Niekiedy kobiety w komentarzach pod twoimi zdjęciami piszą: "Muszę ćwiczyć, bo wszyscy tak mówią". I co wtedy?

- A kto to jest "wszyscy"? Nie chcę, żeby kobiety myślały, że jeśli nie będą się katowały na siłowni, nie będą biegać na bieżni i dźwigać ciężarów, to całe życie są skazane na otyłość. Jeśli tak by było, to ja sama nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz.

Ale takich stereotypów jest o wiele więcej.

- Niekiedy zaczyna mi już brakować argumentów. I sił do prowadzenia tego rodzajów dyskusji.

- Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy dostałam już pytanie: "Ale ty jesz chleb?", "Ty jesz ziemniaki?", "A makaron?". "A przecież nie wolno...". A kto mówi, że nie wolno? Internet? To ja poproszę o badania, które potwierdzają, że tyjemy od chleba, a ziemniaki mają wpływ na blokowanie spalania tkanki tłuszczowej. Obawiam się, że takie badania nie istnieją. Potwierdzone jest natomiast, że ziemniaki mają ponad 300 proc. indeksu sytości. Plus, gotowane ziemniaki mają niecałe 70 kcal w 100 g i posiadają mnóstwo witamin. Niektórzy piszą też: "A muszę jeść ciemne pieczywo, którego nie lubię, zamiast białego?". To porównaj kaloryczność ciemnego pieczywa z ziarnami i jasnego chleba z mąki pszennej. I sam wyciągnij wnioski. Oczywiście - inne wartości odżywcze, inna sytość. Ale czy ten biały chleb robi nam krzywdę? Nie. Nie robią nam też krzywdy owoce spożywane po godzinie 18.

- Ludzie pytają mnie czasem: "A czy na diecie można pić kawę? Bo pani dietetyk powiedziała, że nie...". Ja piję średnio 5 kaw dziennie i mam się całkiem dobrze. "Ale pani dietetyk powiedziała, że można pić tylko wodę i kazała mi pić jej 3,5 litra dziennie. A ja nie jestem w stanie przyjąć takiej ilości wody". I wtedy pytam, czy ta pani przeliczyła ilość wody zgodnie z wagą danej osoby. Przyjmujemy tyle płynów, ile mówi po przeliczeniu na twoją wagę odpowiedni kalkulator.

- A stereotypów tego typu jest o wiele, wiele więcej. Ja nie jestem dietetykiem, ale nie bazuję też, w kwestii mojej wiedzy, na tym, co widzę w internecie. Sprawdzam każdą informację. Zdaję sobie sprawę z tego, że powielając mity mogę zrobić komuś krzywdę.

Kobiety niejednokrotnie zastanawiają się również co dalej z ich skórą. Po odchudzaniu mocno się zmieni.

- Jeżeli piszą do mnie dziewczyny, które mają przed sobą utratę dużej ilości kilogramów, to uprzedzam je, że być może nie obejdzie się bez skalpela. Pytają mnie też jakich kremów używać, jeśli skóra mocno straciła jędrność. Ale ja nie do końca wierzę w cudowne kremy lub suplementy. I nie jestem w stanie nic polecić.

- Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiej ilości pytań o skórę. Internet bardzo często pokazuje skrajności. I bardzo ciężkie przypadki. Bo to się dobrze sprzedaje. Ale naprawdę nie każdy tak wygląda.

- Wiele osób zarzuca mi, że jestem po operacjach. Jestem w stanie zaprosić do swojego domu każdą osobę, która mi nie wierzy i pokazać się jej w bieliźnie. I zapewniam, że nie znajdzie żadnej blizny.

Co czujesz dzisiaj, kiedy spoglądasz w lustro?

- Momentami całkowicie siebie nie poznaję. Czasami stając przed lustrem zastanawiam się, czy to na pewno jestem ja. Do niedawna w tym, co zrobiłam, nie widziałam nic nadzwyczajnego. Przecież tyle ludzi jest na dietach i chudnie. Ale przyszedł taki dzień, może miesiąc temu, kiedy zobaczyłam swoje odbicie i pomyślałam: "Nie wierzę, że to ja".

Piękne uczucie.

- Zdecydowanie. Myślę, że fakt, że to wszystko przetrwałam jest dowodem na to, że całkiem nieźle poradziłam sobie z tą sytuacją. W tym momencie wiem, jak silną osobą jestem. I wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Może tak po prostu miało być. Czy żałuję, że tak późno? Trochę tak. Może mogłam to zrobić 10 lat temu?

Tylko czy gdyby miało to miejsce 10 lat temu, to efekt byłby taki sam...

- Tego nie wiem. Wiem jednak, że przez wiele lat nie miałam w domu luster. To był etap wypierania myśli, że faktycznie coś jest nie tak. Co więcej, niejednokrotnie kupowałam ubrania i wycinałam z nich metki.

No właśnie. Dziś osoby, które zmagają się z otyłością, niejednokrotnie reagują nerwowo na słowa: "Chodźmy na zakupy do galerii". Ciężko znaleźć im odpowiedni rozmiar lub ubrania, w których będą wyglądały i czuły się komfortowo. Co więcej, media społecznościowe atakują nam pięknymi sylwetkami i ideałem kobiety w rozmiarze XS. Dzisiejszy świat próbuje wpędzić nas w poczucie, że trzeba być szczupłym i trzeba dobrze wyglądać?

- Zacznijmy od tego, że ja mam wrażenie, że rozmiar XS zostaje wyparty przez większe rozmiary. Przeglądając media społecznościowe coraz częściej widzę wpisy dziewczyn, które otwarcie piszą o tym, że walczą o 10 czy 15 kg więcej. A na siłowni sala z ciężarami pełna jest dziewcząt budujących masę mięśniową. Myślę, że wchodzimy w erę dużych pośladków i dużych ud. Oczywiście niech każda z kobiet dąży do figury, z którą czuje się najlepiej, ale mam wrażenie, że rozmiar 32 czy 34 jest już troszkę mniej pożądany niż było to kilka lat temu.

- Co więcej, dziś można wejść do sieciówki i kupić ubrania w rozmiarze 56. Jest również moda oversizowa, dzięki której ja sama niejednokrotnie mieszczę się w sukienki czy swetry w rozmiarze XS. A nie tylko daleko mi do tego rozmiaru, ale też nie jest to mój cel. Lubię swoje kobiece kształty i nie zrezygnuję z nich tylko dlatego, że będę poza rubryczką BMI. Był moment, kiedy, jeśli już udało mi się znaleźć coś w swoim rozmiarze, to kupowałam po kilka sztuk tej samej sukienki czy tej samej spódnicy, z obawy, że drugi raz nie będę mieć tyle szczęścia.

- Dla wielu dziewczyn temat ubrań jest trudny. Dostaję wiele wiadomości o treści: "Chciałabym wyglądać jak pani", "Chciałabym móc ubierać się jak pani". Zajęło mi sporo czasu, żeby zrozumieć, że może ktoś mówi to szczerze. Na początku nie wiedziałam nawet, jak reagować. Kiedyś nikt nie chciałby wyglądać tak, jak ja. Dziś nauczyłam się już przyjmować komplementy, ale kiedyś nie wierzyłam, że ktoś może pozytywnie wypowiadać się o moim wyglądzie. Albo pisać, że marzy, by wyglądać jak ja.

- Niedawno na basenie zaczepiła mnie młoda dziewczyna. Myślę, że kojarzyła mnie z Instagrama, tylko o tym nie powiedziała. Komplement, który potem usłyszałam - "Ładnie pani wygląda w stroju kąpielowym" -  dosłownie odebrał mi mowę. Byłam w takim szoku, że nawet nie powiedziałam jej, że to jest komplement, który zostanie ze mną już zawsze. Nigdy wcześniej obca osoba nie powiedziała mi, że ładnie wyglądam w stroju kąpielowym. Ja. W stroju kąpielowym. ŁADNIE.

- Jeśli natomiast chodzi o piękne obrazki z Instagrama - dziewczyny niejednokrotnie pytają mnie co mnie motywuje. W folderze na Instagramie mam zapisane zdjęcia kobiet, które mi imponują. To piękne, eleganckie kobiety z klasą. Szczupłe, może szczuplejsze, niż ja bym chciała, ale patrzę na nie i mówię: "Tak, ja też chcę tak wyglądać". I to mnie motywuje. Nie demonizowałabym więc mediów społecznościowych. Wszystko jest kwestią indywidualną. Nie możemy powiedzieć, że na każdego działają źle. Na mnie działają szalenie mobilizująco. A jeśli coś ciągnie mnie w górę, pomaga walczyć i być szczęśliwą, to znaczy, że dla mnie jest to dobre.

Zakończmy "złotą radą". Czym powinny się kierować osoby, które tą walkę dopiero rozpoczęły lub które myślą, że nie dadzą rady?

- Może zabrzmi to trochę egoistycznie, ale stawiajmy zawsze na pierwszym miejscu swoje potrzeby. Niejednokrotnie dziewczyny piszą mi, że są nieszczęśliwe, ale nie są w stanie znaleźć czasu dla siebie, ponieważ muszą gotować, zajmować się domem i dziećmi, dbać o męża. A mnie jest wtedy po prostu przykro. Bo one są świadome, że są na ostatnim miejscu, ale nie mają siły walczyć o zmianę.

- Druga rada, to żeby absolutnie nie zwracać uwagi na innych i nie kierować się ich uwagami. Zwłaszcza, jeśli nie są to ludzie, za którymi stoi podobna do naszej historia i którzy nigdy nie zmagali się z otyłością. Bardzo często podkreślam na swoim profilu, że nie jesteśmy świadomi jak wielu toksycznych ludzi mamy w swoim otoczeniu. To ludzie, którzy mówią: "Nie dasz rady", albo: "Zjedz, co ci zależy? Są święta, od jednego razu się nie przytyje".  Mogą też stosować szantaż emocjonalny: "Ja się napracowałam, a ty nie spróbujesz? Chcesz mi zrobić przykrość?". Oni będą czerpać satysfakcję z tego, że się poddaliśmy. Od początku próbuję też uświadamiać kobiety, że więzy krwi nie są ważniejsze, niż nasz spokój psychiczny. Czasami toksyczni są rodzice, a czasami rodzeństwo. Trzeba się odcinać od takich ludzi. Niekiedy pracujemy z osobami, które źle nas traktują. A my przyjmujemy wszystkie przykre komentarze kierowane w naszą stronę dając tym samym przyzwolenie na poniżanie. A gdyby tak, ten jeden raz powiedzieć wprost: "To był ostatni raz, kiedy komentujesz mój wygląd nie proszona o opinię, albo robisz uwagi za moimi plecami. I mam nadzieję, że drugi raz nie będę musiała tego powtarzać". Dopóki my nie reagujemy, dajemy ludziom zgodę na takie traktowanie.

- Chciałabym też, żeby dziewczyny miały trochę więcej pewności siebie. Zdaję sobie sprawę, że będąc otyłym pewność siebie jest bardzo niska albo w ogóle jej nie ma. Są za to kompleksy i poczucie, że jest się gorszym. Ale trzeba walczyć. Zawsze. Nawet ze łzami w oczach.

- Na koniec podkreślę jeszcze jedną, bardzo istotną kwestię - jeśli czujecie, że nie dacie rady same przygotować się do tej walki lub przez nią przejść, to pamiętajcie, że nie jest wstydem poprosić o pomoc psychologa, terapeutę czy nawet psychiatrę. Jeśli ktoś ma problemy z zajadaniem stresu, kompulsywnym objadaniem się czy chowania się z jedzeniem przed innymi, to jest ostatni dzwonek, żeby sięgnąć po pomoc specjalisty. I zawsze powtarzam  - jeśli ty jesteś świadoma, że jest problem, to ta świadomość jest już połową sukcesu i teraz w twoich rękach jest, co z tym zrobisz. Ja mogę tylko wierzyć, że zrobisz dla siebie to, co najlepsze.

***

Zobacz również:

Zdrowie żywienie i odchudzanie: dietetyk obala największe mity

Jak stres wpływa na dietę, a dieta na stres? Założenia diety antystresowej

Dieta na dobry sen. Co jeść, a czego nie jeść przed snem?

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: odchudzanie się

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy