Reklama

Reklama

Maciej Stuhr: Jak uwolnić endorfiny

„Kolacja z prezydentem? Najpierw muszę pobiegać!”, zastrzega i przyznaje, że ostro wziął się za siebie. Nam zdradził, co jeszcze się u niego zmieniło.

Jest pan już dziś po treningu?

Maciej Stuhr: - Jeszcze przed. Na razie nie pada, więc trzeba będzie przekręcić na rowerze ze 40 km. Dzisiaj mam luźniejszy dzień (śmiech).

A wczoraj?

- Wczoraj wróciłem z biegania o północy.

Normalni ludzie wtedy śpią!

- Chyba tak...

Przeprowadził pan rewolucję w swoim życiu?

- Wielkiej rewolucji nie było. Szukałem dobrego sposobu, by wrócić do swojej wagi i właśnie go znalazłem. Trenuję triatlon. Co tydzień ja i inni uczestnicy zawodów dostajemy precyzyjnie rozpisaną listę zadań do wykonania. Każda długość basenu, każde 25 metrów jest tam opisane przez trenera.

Reklama

Ile ma pan treningów w tygodniu?

- Dwanaście (śmiech).

To kiedy snuł się pan leniwie po domu w piżamie?

- Już dawno tak nie było. Co prawda ostatnio "wyskoczyły" mi cztery czy pięć dni z treningów, ale to dlatego, że grałem w Teatrze Telewizji i musiałem pojechać do Katowic, a jednocześnie miałem spektakle w Warszawie. Codziennie musiałem być w obu miastach. Spałem po dwie godziny na dobę i nie starczyło mi już czasu ani sił na trening. To był jedyny taki moment od kilku miesięcy, kiedy naprawdę nie mogłem trenować. Dziś nie mam czegoś takiego jak "leniwy dzień". On może być leniwy, ale kiedy już swoje przebiegnę.

Czy po zawodach, które odbędą się w sierpniu w Gdyni, dalej będzie pan uprawiał sport tak intensywnie?

- Sam się zastanawiam, jak to ze mną będzie. Myślę, że szkoda by było zaprzepaścić tę formę. Mniejsza o rywalizację, mniejsza o zawody, ja dziś po prostu budzę się rano i zastanawiam się, co mam zrobić. I trening to jest moja pierwsza myśl. Może po triatlonie zajmę się wspinaczką? Teraz, gdy zrzuciłem parę kilo, wydaje mi się, że mam dobre warunki do wspinania.

Niedawno przebiegł pan półmaraton warszawski.

- Udało mi się jakoś dobiec do mety.

Jaka skromność! A podobno pana wynik wprawił niektórych w osłupienie. Jaki pan miał czas?

- Godzina i 34 minuty. To mój pierwszy półmaraton, więc nie mam z czym porównać.

Czego się pan dowiedział o sobie, od kiedy zaczął ostro trenować?

- Że nie potrafię pływać kraulem (śmiech). Wcześniej wydawało mi się, jak pewnie każdemu, że umiem. Okazuje się jednak, że ze wszystkich konkurencji w triatlonie kraul jest najbardziej "techniczny". Ułożenie i balans ciała, rytm pracy rąk, oddech... Muszę jeszcze poprawić swoje umiejętności, by wytrzymać pierwszy etap - by przez te pierwsze 45 minut w wodzie nie stracić wszystkich sił, bo przecież potem też będzie dużo roboty.

Schudł pan dziesięć kilogramów. Wymienił pan już całą garderobę?

- Trochę (śmiech).

Zaraża pan swoją nową pasją rodzinę i przyjaciół?

- Widzę, że nawet moim znajomym ciężko jest przełamać pewną barierę psychiczną. Chyba wydaje się im, że trenując do triatlonu wykonuję pracę, której zwykły człowiek nie da rady wykonać. Szukam więc słów, by ich przekonać, że to jest zajęcie dla każdego. Kiedy byliśmy na zgrupowaniu z kolegami na Majorce (z Borysem Szycem, Robertem Rozmusem - przyp. red), spotkaliśmy ludzi średniego i starszego pokolenia. Faceci pięćdziesięcioparoletni, a nawet sześćdziesięcioparoletni tak śmigali na rowerach, że ja mogłem tylko pomarzyć o takim tempie.

Zachęca pan do sportu córkę?

- Matylda właśnie zdaje do gimnazjum i ma swoje sprawy z tym związane.

Co pan najbardziej lubi z tych trzech dyscyplin?

- Zdecydowanie biegi. Zawsze łatwo mi przychodziły i zawsze miałem w nich dobre wyniki. Natomiast teraz zacząłem też odczuwać ogromną frajdę z jeżdżenia na rowerze w terenie. Bo parę miesięcy kręciliśmy stacjonarnie w domu, patrząc w telewizor. To była najnudniejsza część treningu.

Zaczął pan jeździć do teatru rowerem?

- Raczej staram się mieć osobny czas na trening. Ale to też jest ciekawe, jak dzięki rowerowi czy bieganiu można zwiedzać świat. My, aktorzy, gramy przecież w wielu miastach, ale głównie widzimy wtedy hotel, scenę, salę kinową. A ja od pół roku, gdzie nie pojadę, mówię: "Owszem, kolacja z panem prezydentem miasta, bardzo proszę. Tylko, że ja muszę najpierw godzinę pobiegać". I wtedy poznaję Tarnów, Cieszyn, Norymbergę, Maltę, Sopot czy Majorkę. Docieram w miejsca, w które bym normalnie nie dotarł. Fantastyczne doświadczenie. Nawet Warszawę ostatnio odkrywam w ten sposób.

Przecież dla krakusa to raczej nudne miasto?

- Moja ulubiona trasa prowadzi nad Wisłą, wzdłuż Skarpy. Może dlatego, że ja człowiek gór jestem i jeśli jest jakaś różnica poziomów, to mi się podoba.

Jak się panu udaje łączyć pasję z pracą?

- Nie jest to niemożliwe, ale faktycznie czasami trochę trudne. Ale jeżeli się bardzo chce... Dam taki przykład. Jedziemy busem na przedstawienie do Tarnowa. Przez pół dnia. Przyjeżdżamy do hotelu i mamy godzinę na to, by pójść do pokoju, przebrać się, wziąć prysznic, coś zjeść i iść na próbę. No i z tego busa wszyscy się wysypują i tylko marzą, by na chwilę położyć się w pokoju. A ja elegancko przebieram się i idę metodą biegową zwiedzać Tarnów. Ku przerażeniu moich kolegów, którzy pukają się w głowę. Ale mam wrażenie, że potem dzięki bieganiu czuję się lepiej i psychicznie, i fizycznie.

Jest pan bardzo zajętym człowiekiem. Jakim cudem znalazł pan jeszcze czas, żeby wydać książkę "W krzywym zwierciadle"?

- Ona tak naprawdę napisała się sama... Żaden ghostwriter tego za mnie nie zrobił. To jest po prostu zbiór felietonów, które od 2009 roku publikuję w jednym z magazynów. Jest tam też moja opowiastka romantyczna pod znamiennym tytułem: "Utytłani miłością" (śmiech).

Do kogo skierowana jest ta książka?

- Odpowiem tak: kiedy gram w filmach, wybieram takie, które sam bym chciał potem obejrzeć. Jeśli piszę, staram się tak to robić, żebym sam chciał to potem czytać. Oczywiście nie jestem literatem, tylko aktorem. Ale spisuję swoje spostrzeżenia, historyjki, myśli, obrazki, które mnie interesują i które mnie śmieszą. I mam nadzieję, że to się będzie podobać.

Ostatnia zmiana trybu życia wpłynęła jakoś na pana sprawy prywatne?

- W takiej sytuacji bardzo się zmniejsza poziom stresu i wzrasta poziom radości z życia. Przecież uwalniają się endorfiny. Człowiek wraca z takiego biegania i może tylko śmiać się, chichrać. Po treningu wszystko człowiekowi "odpuszcza". Podobno można się tak przyzwyczaić do tych endorfin, że popada się w uzależnienie. A potem potrzeba ich więcej i więcej. Nie wiem, czy więcej, ale przynajmniej tyle samo. Teraz ćwiczę po dwie dyscypliny dziennie.

Z kimś?

- Sam. To jest dobry sport dla samotników.

Podczas biegania i jazdy na rowerze dobrze się myśli?

- Albo przeciwnie. Właśnie nie trzeba o niczym myśleć (śmiech).

Iwona Zgliczyńska, Justyna Kasprzak

SHOW 11/2013

Show
Dowiedz się więcej na temat: Maciej Stuhr | triatlon | bieganie | sport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy