Reklama

Reklama

Mama jest sama

Twierdzimy, że kochamy dzieci, a mimo to rodzi się ich coraz mniej. „Polityka prorodzinna”, choć odmieniana w mediach przez wszystkie przypadki, pozostaje pustym hasłem. Za to coraz głośniej jest o przemocy w rodzinie i matkach, które zabiły własne dzieci. Te patologiczne zjawiska są oczywiście wierzchołkiem góry lodowej, ale sygnalizują kryzys macierzyństwa jako takiego. O jego przyczynach rozmawiamy z socjologiem, prof. Tomaszem Szlendakiem.

Najczęściej zabijają samotne matki. Bardzo młode, mieszkające kątem u rodziny, bez pracy lub z pensją 1200 zł. Do końca ukrywają ciążę, jak Aneta W. z Pomorza, która w wynajętym pokoju urodziła i zabiła noworodka ze strachu, że zapłacze i usłyszy go sąsiadka.Drugie w kolejności są żony i matki wielodzietne. Jak Lucyna D. z Lubawy, która odchowała czwórkę dzieci, a kolejne dusiła poduszką zaraz po narodzeniu i ukrywała w chłodni. Co miesiąc w Polsce dochodzi do jednego lub dwóch podobnych tragicznych zdarzeń.

Reklama

FORUM: Lekarz a problem z tabletka ''PO" ~ angiella

Socjolodzy uspokajają, że kilkadziesiąt przypadków rocznie w prawie 40-milionowym państwie to niewiele - odprysk, wąski margines zjawiska, które występowało i występuje w każdym kraju i każdej kulturze na świecie.

Rzeczywiście, południowoamerykańskie plemię Ayoreo zabija 38 proc. noworodków (nie istnieją tam normy obyczajowe ani prawne, które by to potępiały i karały), a w Chinach, Indiach - mimo sankcji karnych - zabójstwa nowo narodzonych dziewczynek liczy się w milionach. Dla kultury zachodniej porównania wypadają więc korzystnie: od lat 50. XX wieku liczba dzieciobójstw w krajach europejskich spadła - średnio z kilkuset przypadków rocznie do kilkunastu.

Jak twierdzi dr Anita Gałęska-Śliwka z UAM, autorka monografii o dzieciobójstwie, w ostatnich latach ten spadek zawdzięczamy zmianom prawa, które pozwala na pozostawienie po porodzie dzieci w szpitalach bez konsekwencji. Co roku korzysta z niego ok. 100 kobiet. Jednak w ostatnich przypadkach ujawnionych przez policję pojawia się inne tło.

FORUM: Nie lubię dzieci i się z tym nie kryję! ~ Gosha31

Matka nie jest samotna, niewykształcona, nie jest też bezrobotna i wielodzietna. Zabija nie noworodka, lecz dziecko odchowane, czasem kilkuletnie. Mówi, jak Ewa K., mężatka, matka trzyletniej Weroniki zepchniętej do wody z sopockiego molo: "Miałam już dość tego dziecka". Albo jak Katarzyna W. notująca w pamiętniku: "Traktuję to dziecko jak wroga, zagrożenie, wykańczającego mnie cyborga".


Według dr. Pawła Migały z Wyższej Szkoły Gospodarki Euroregionalnej w Józefowie, ok. 13 proc. matek zabójczyń to kobiety skoncentrowane na sobie, które sądzą, że dziecko przekreśla ich szanse i zamyka perspektywy życiowe. Badania psychiatryczne, którym są poddawane po zabójstwie, ujawniają zaburzenia emocjonalne, osobowości (ale rzadko chorobę psychiczną), niedojrzałość.

Dr Agnieszka Gutkowska z Instytutu Prawa Karnego UW uważa, że ich historie są wpisane w wykreowaną wokół macierzyństwa atmosferę opresji i niewoli: - U podstaw tego jest ideologia: realizuj się, bądź wolna, niezależna - mówi.

W tym wszystkim dziecko jest traktowane przedmiotowo, najczęściej jak ciężar, kula u nogi, przeszkoda w samorealizacji i wygodnym życiu. Wolimy widzieć w matkach zabójczyniach potwory, z którymi nic nas nie łączy. Wystarczy spojrzeć na tłum towarzyszący ich aresztowaniom, potępiający i wzburzony. To nic innego jak krzyk: my nie mamy z tą kobietą nic wspólnego. I to prawda - nie mamy. One są wąskim marginesem, przekroczyły granicę, za którą jest patologia, my - nie. Są najsłabszymi ogniwami w łańcuchu macierzyństwa, których pęknięcie ujawnia kryzys. To kryzys nie nagły i wielki, lecz powolny, pełzający, rozciągnięty w czasie na dekady.

Odniosłyśmy korzyść, wchodząc na rynek pracy i osiągając na nim sukcesy, ale to samo, co nas wzmocniło zawodowo, osłabiło jako kobiety w dotychczasowych rolach: matki, żony... Atrakcyjność roli matki zmalała, upadł związany z nią prestiż. Wzrosła za to presja na rodziców i wymagania, jakie im się stawia, z psychologicznymi włącznie.

- Matek nie osacza dziś konserwatywne społeczeństwo, które każe kochać dzieci i je wychowywać. Paradoksalnie, osacza je społeczeństwo liberalne, nowoczesne, które mówi, że to za mało - podkreśla dr Agnieszka Gutkowska.

W mediach macierzyństwo jest przedstawiane jako radosna przygoda, przeżywana z uroczymi niemowlakami przez matki celebrytki, które opowiadają, jak w trzy tygodnie wróciły do figury sprzed ciąży i jak wielką satysfakcję daje im łączenie bycia matką z pasjonującą pracą zawodową. Taki model mogą jednak realizować tylko najsilniejsze z nas, otoczone wspierającą rodziną. Dla pozostałych godzenie pracy z wychowaniem dzieci oznacza zmęczenie, poczucie winy i pragnienie, by ich macierzyństwo wyglądało inaczej. Kto powinien im pomóc? Czy to marzenie może się spełnić? 

---------------

Czego sygnałem jest seria dzieciobójstw, którą nagłośniły ostatnio media? Czy nie powinniśmy widzieć w niej objawu kryzysu macierzyństwa?

Prof. Tomasz Szlendak: - Dla mnie oznacza to kryzys społecznego wsparcia dla matek. Kobiety, które mogą bezpiecznie urodzić, a potem wychować dziecko, z reguły go nie zabijają. W Polsce nie ma żadnego, ani społecznego, ani publicznego, ani samorządowego, systemu pomocy matkom, który by ją gwarantował - bo tylko takie regulacje prawne oznaczają bezpieczeństwo. Co gorsza, kobiety nie mogą liczyć na mężczyzn. Charakterystyczne jest to, że w przypadkach dzieciobójstw rozjuszony tłum potępia matki, nikt natomiast nie żąda krwi ojca.

- Ojców nie udzielających pomocy, porzucających kobiety w trudnej sytuacji, sądy uniewinniają. Matka dostaje komunikat: jesteś z tym sama, to twoja sprawa. To jest idealny przykład, w jaki sposób machina państwa uwalnia mężczyzn i otoczenie społeczne kobiety od odpowiedzialności. Tak, ona dostaje właśnie taki przekaz: jesteś sama. Mało tego, inne kobiety odbierają przekaz: masz urodzić, wrócić do pracy, utrzymać ją i być kochającą matką! To jest żądanie heroizmu.

- Coraz mniejsza liczba mężczyzn w naszym kraju ma ochotę zostać ojcami i coraz mniejszy odsetek nimi zostaje. Odpowiedzialne organy państwa znają wyniki badań na ten temat. Wydłużenie urlopu rodzicielskiego to dobry krok, ale niewystarczający. Zbudowanie systemu wsparcia jest koniecznością, a nie jakimś widzimisię, szczególnie w sytuacji zapaści demograficznej. Trzeba się tego domagać. Sytuacja matek w innych europejskich krajach, zwłaszcza skandynawskich, jest o niebo lepsza. Tam kobiety nie są tak sfrustrowane, a rodzicielstwo jest traktowane jak coś naturalnego. 

Wśród zabójstw, o których słyszeliśmy ostatnio, szczególnie przerażające są te, gdzie ofiarami były dzieci starsze, kilkuletnie. Między matką a dzieckiem musiała już powstać więź. Co było od niej silniejsze?

- Przyjrzałbym się uważnie sytuacji społecznej tych kobiet. W większości przypadków zobaczymy, że nie mogły po prostu udźwignąć roli, jaką każe im się samotnie odgrywać. Ze świata płyną sprzeczne sygnały, zakazy, nakazy: ona musi być piękna, seksowna, wykształcona, konsumować, mieć faceta, dziecko, być dobrą matką. I nagle widzi, że z tego wszystkiego ma tylko dziecko. Dla mniej odpornych psychicznie, pozbawionych solidnego wsparcia ojców, rodzin, społeczności lokalnej to nie do udźwignięcia.

Jeśli matka mówi: dziecko to mój wróg...

- Dla mnie, socjologa, jest to sygnał, że u nas macierzyństwo zamiast być czymś naturalnym, jest harówką. W dodatku opatrzoną różnymi sugestiami na poziomie popporadników i telewizji śniadaniowej, że potrzeby dziecka są ważniejsze niż potrzeby kobiety. Ostatnio dorzucono jeszcze matce odpowiedzialność za to, jakie będzie dziecko, na kogo wyrośnie.

Ale w innych krajach ta presja również istnieje.

- Tak, tyle że w społeczeństwie bogatszym jest po prostu słabiej przez matki odczuwana, bo posiadają one środki na to, żeby powierzać dziecko rozmaitym instytucjom. Kobieta ma pewność, że jak pójdzie do pracy, to znajdzie się opiekunka, żłobek i przedszkole - jak w krajach skandynawskich. Albo że otrzyma solidne wsparcie finansowe państwa, jak we Francji. Czyli tam system działa na jej korzyść, polityka rodzinna realnie istnieje, ona jest jej beneficjentką. To daje poczucie bezpieczeństwa, bez względu na istnienie partnera, męża. U nas tego nie ma, matki są same. Muszą liczyć na mężczyzn, a oni nie chcą być ojcami.

Czyli problemy macierzyństwa w Polsce wynikają głównie z braku dobrych rozwiązań systemowych.

- I politycznych. Większość wybieranych przez nas polityków nie postrzega macierzyństwa jako problemu makropolitycznego - a jest oczywiste, że to konieczność. Mamy problemy z przepchnięciem przez parlament najprostszych rzeczy, choćby zmian nazewnictwa. Podam przykład - jest projekt zastąpienia urlopu macierzyńskiego urlopem rodzicielskim. Drobiazg, ale podkreśla odpowiedzialność obojga rodziców za dziecko i ułatwia decyzję tym mężczyznom, którzy odczuwają opór i czują się niekomfortowo, składając podanie o urlop macierzyński (tacierzyński ani ojcowski prawnie nie istnieje). I tego nie można od kilku lat zmienić!

Rzecznik praw dziecka Marek Michalak twierdzi, że problem leży w rodzicach, bo traktują dzieci przedmiotowo, uważają, że można je bić, odstawiać jak bagaż, jeśli przeszkadzają.

- Duża część społeczeństwa jest atakowana przez nakłaniające do konsumpcji programy telewizyjne. Wszystkie te "perfekcyjne panie domu", "łabędziem być" stają się dla grupy kobiet - szczególnie słabo wykształconych i niezamożnych - punktem odniesienia, uosabiają ich wyobrażenie o dobrym, nowoczesnym życiu. Istnieje zagrożenie, że w tym świecie dziecko będzie postrzegane jako przeszkoda w konsumpcji, jak w przypadku Katarzyny W., matki Madzi.

- Ale jeśli popatrzymy na klasę średnią, na naszych nowych mieszczan, to dla nich dziecko jest rzadkim dobrem i raczej napędza konsumpcję, niż w niej przeszkadza. U nich to dzieci stają się motorem kupowania większych mieszkań, remontów, podróży wakacyjnych. Co więcej, to właśnie one dokonują wielu wyborów, a rodzice podążają za ich pragnieniami. W Polsce mamy do czynienia z różnymi światami, gdzie w różny sposób traktuje się dzieci.

Może jednak klasa średnia też traktuje je jak przedmiot - ale luksusowy? Prawie jak symbol statusu. Ten luksusowy przedmiot musi mieć wszystko, co najlepsze. Podrzuca się dzieci do szkół, na dodatkowe zajęcia, zamiast spędzać z nimi czas i je wychowywać.

- Nie prawie jak symbol statusu, tylko symbol statusu... Ludzie wożą dzieci na zajęcia i wyposażają w różne dobra, bo robią to ich znajomi, których podziwiają i do których pozycji aspirują. Skoro tamci wysyłają je na lekcje fortepianu, trzeci język obcy i lepienie z gliny, to oni chcą tak samo. Jeśli tego nie robią, źle się czują. Tak w skrócie działa nacisk społeczny. Z dziećmi robi się to samo, co z samochodami, mieszkaniami: ozdabia je, wyposaża, ładuje w nie pieniądze. W tym sensie traktuje się je przedmiotowo.

Trudno potępiać rodziców za inwestowanie w dzieci.

- Chodzi o rodzaj, o jakość tych inwestycji. W Polsce wiele kobiet uprawia "intensywne macierzyństwo". Życzą sobie inwestować w dziecko cały swój czas i wysiłek. "Projekt dziecko", jak o nim mówią, jest dla nich najważniejszy. Wiedzą, że będzie to oznaczało rezygnację z wielu rzeczy, że nie zrealizują niektórych swoich ambicji. To jest cały ruch świadomego macierzyństwa badany teraz przez socjologów, powstały trochę w kontrze do świata feministycznego. I on jest kontestowany, traktowany podejrzliwie, no bo jak to może być, żeby światłe kobiety chciały siedzieć w domu z dziećmi?

- Sami dziennikarze organizują często na nie nagonki, chyba nie widząc, że powielają stereotypy, że przyczyniają się do absurdalnej presji na kobiety i obniżają prestiż macierzyństwa. Jeśli stawiam za przykład Skandynawów, to właśnie dlatego, że tam rodzicielstwo nikogo nie wyklucza, nie czyni gorszym. Wystarczy sobie uświadomić problemy ekonomiczne, które wynikną z niskiego przyrostu naturalnego, i dorzucić do nich złośliwość wobec ludzi, którzy mają duże rodziny: zobaczymy jak na dłoni, że sami prowadzimy politykę antyrodzinną. To kompletnie nieeuropejski sposób myślenia.

Magdalena Jankowska

PANI 6/2013

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy