Reklama

Reklama

Nina Czarnecka: Czym jest "osiędbanie"?

Za co kochamy jesień? - Ona zaprasza nas nie do wejścia do świata, nie do robienia porządków, tylko do refleksji - mówi Nina Czarnecka, autorka książki "Ciepło", czyli najprzytulniejszego poradnika osiędbania. Czym ono właściwie jest? Jak dbać o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne jesienią? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w wywiadzie Interii.

Katarzyna Drelich, INTERIA.PL: - Przyjęło się, że wiosna kojarzy nam się z nowym startem, latem wszystko tętni życiem, a zima - z racji zaczynającego się nowego roku - jest świetnym momentem na zmiany. Jesień jest pauzą?

Nina Czarnecka: - Coś w tym jest, że lato wymaga od nas rozrzucenia zasobów i zaprasza nas do intensywnego uczestniczenia w życiu. Jest ciepło, pięknie. Zresztą nie tylko my jesteśmy wówczas w ruchu, cała natura jest zajęta kwitnięciem, bzyczeniem, zapylaniem i aktywnością. Jesień zaprasza nas nie do wejścia do świata, nie do robienia porządków, tylko do refleksji. Trochę też do umierania - do przyglądania się temu, co już nie jest aktualne, niepotrzebne, co być może musi odejść, żeby na wiosnę pojawiło się coś nowego. Jesień uczy nas pożegnań i porządków, jest związana z z transformacją i tym, że coś być może się właśnie kończy. To mogą być relacje, rola w pracy. Może pojawić się również akceptacja swojego dojrzewania.

Reklama

Modne jest określenie "jesieniara". Ale to umiłowanie jesieni czasami jest przez niektórych niezrozumiałe. Z czego może wynikać przeczekiwanie w myśl zdania "byle do lata"?

- Lepszej osoby do zadania tego pytania nie mogłaś znaleźć, ponieważ ja właśnie tak działałam przez lata. Bardzo nie lubiłam jesieni i zimy. Nie uczy się nas korzystania z tych pór roku i z tego, co nam one przynoszą. Jesteśmy poza naturalnym rytmem. Moją książką chciałabym zwrócić uwagę na to, żeby zobaczyć ten potencjał i to wszystko, o czym na co dzień nie myślimy. Dla niektórych  osób, którym gorzej funkcjonuje się jesienią, będzie to oznaczało , że będą chciały robić więcej, niż mogą. A jednocześnie będą miały na to mniej siły, będą bardziej ociężałe i senne, a również  i warunki atmosferyczne będą mniej sprzyjające. Bardzo szybko robi się ciemno, jest zimno i mokro. To potrafi być niezaprzeczalnie depresyjne. Chociaż są też osoby, które uwielbiają jesień i zimę, a mają trudności latem. Wówczas odbierają tych bodźców za dużo, więc dla nich jesień jest ukojeniem.

W książce poświęciłaś dużo uwagi hasłu "osiędbanie". Co to w zasadzie jest i czy jesień jest najlepszym momentem, by zacząć "osiędbać"?

- To hasło odnosi się zdecydowanie do każdego momentu w roku i w życiu. Za każdym razem to może być nacisk na coś innego. "Osiędbanie" jest terminem, którego potrzebowałam, żeby trochę zwalczyć wizerunek kobiety zadbanej. Chciałam uniknąć nomenklatury wypracowanej przez przemysł beauty i przez media. Zadbany człowiek kojarzył nam się raczej z kimś schludnym, z wyprasowanym ubraniem, czystymi paznokciami. A mnie chodziło o inne zadbanie o siebie - takie, którego możemy doświadczyć np. wybierając się do terapeuty, gdzie uczymy się być dla siebie mądrym opiekunem. Dbanie o siebie zawiera bardzo wiele różnych elementów. Jeżeli mówimy o jesieni, to ona niesie za sobą wyzwania, na które musimy jakoś odpowiedzieć albo przynosi ulgę i nie musimy nic robić. Możemy zadbać o siebie od strony odporności, zdrowego snu, rozwoju duchowego. "Osiędbanie" nie dotyczy samych pór roku, bo powinniśmy dbać o siebie przez całe życie. W inny sposób, kiedy mamy malutkie dziecko, kiedy piszemy pracę magisterską, a jeszcze inaczej, gdy dzieci wyfruwają z gniazda i przechodzimy na emeryturę. To jest bardziej o uważnym i czułym kontakcie ze sobą oraz mądrym odpowiadaniu na wewnętrzne potrzeby, niż skupianiu się na tym, kiedy o siebie zadbamy.

O jakich aspektach "osiędbania" można mówić?

- Stworzyłam koło "osiędbania", które może służyć jako kompas. Zawiera się w nim np. aspekt zadbania finansowego, które też ma różne pułapy, bo może być wyjściem z zadłużenia, oszczędzaniem lub inwestowaniem. Każda z tych sekcji ma swoje warstwy. W tym kole znajdują się też emocje, relacje, dbanie o własną przestrzeń i ciało, a także wyzwania intelektualne.

Próbując sobie podsumować rozdział "osiędbania" doszłam do wniosku, że można do tego podejść w taki sposób, że dbamy o siebie jak o dziecko. Bo wobec dzieci jesteśmy chyba bardziej wyrozumiali.

- To też zależy, kto jest dla dziecka wyrozumiały. Myślę, że dzisiejsi rodzice już bardziej, bo ci, którzy nas wychowywali, nie przykładali jeszcze takiej dużej wagi do wyrozumiałości. Dziecko miało być grzeczne, niekoniecznie rozumieć swoje potrzeby. Ale rzeczywiście, "osiędbanie" porównałabym do tego mądrego dbania o siebie jak o dziecko. Często ludzie mają pokusę, by myśleć o dbaniu o siebie w kontekście nakładania maseczki upiększającej na twarz, zrobienia paznokci i leżenia przed telewizorem. Z jednej strony upiększanie, z drugiej strony pobłażanie sobie. "Muszę o siebie zadbać - pójdę na shopping", "Muszę o siebie zadbać - napiję się wina z przyjaciółką". Oczywiście, miłe rzeczy są formą dbania o siebie, ale dziecka nie karmilibyśmy cały czas lodami i ciastkami. Musiałoby umyć zęby, chodzić do dentysty. Z nami jest tak samo. To jest na pewno bycie dla siebie czułym i miłym, ale też wymagającym. Również w kontekście profilaktyki i regularnego ruchu nawet, gdy czasami nam się nie chce. Czyli nie pobłażanie sobie, a zaspokajanie potrzeb.

Ajurweda polega na holistycznym spojrzeniu na aspekt dbania o siebie. Ale jak nie zafiksować się na punkcie odhaczania aspektów dbania o siebie i nie popaść w skrajność przesadnego przejmowania się sobą samym?

- Dużo zależy od naszego wyważonego podejścia. Warto traktować koło "osiędbania" jak kompas, a nie jako listę do odhaczenia. Tak jak rozumiemy, że wszystko w roku ma swój rytm i swój czas, nie wymagamy, żeby wszystko działo się na raz: kwitnienie, owocowanie, obumieranie w jednym miesiącu. Dajmy sobie prawo do tego, że czasami możemy czuć się gorzej - wówczas naszym dbaniem o siebie jest regeneracja, odpuszczenie. Czasami za bardzo sobie odpuścimy i poleżymy w jednym miejscu - wówczas dbaniem o siebie jest mobilizacja. Popkultura wymaga od nas tego, by być matką dwójki dzieci, mieć własną firmę, która jest na giełdzie, a do tego umieć kamasutrę. Ale to się sprawdza tylko w kolorowych czasopismach, niekoniecznie w prawdziwym życiu. Fajnie dać sobie luz, np. jeśli jestem młodą mamą, moje życie przez chwilę będzie wyglądało inaczej. Tak samo, kiedy mamy sesję na studiach - przez jakiś czas tryb życia się zmieni. Warto patrzeć na tę równowagę wewnętrzną nie w kontekście dnia lub tygodnia, tylko czasem nawet kilku lat.

- Ajurweda nauczyła mnie continuum, czyli czegoś takiego, że raz daję z siebie więcej, raz mniej, ale znam kierunek. Ona zaczęła wskazywać mi drogę, po której powinnam się poruszać, aby było mi lepiej. Z pewnością robienie sobie wyrzutów sumienia, że nie zadbało się o siebie tak, jak powinno, nie ma wiele wspólnego z dbaniem o siebie. To jest wówczas kolejna forma perfekcjonizmu i żyłowania się.

Jak zatem w tym perfekcyjnym świecie nauczyć się odpoczywać nieperfekcyjnie? 

- Posiłkując się ajurwedą. Nie wszystko jest dla wszystkich zawsze i nie wszystko jest dla wszystkich w takiej samej ilości. Są osoby, które mają łatwość w odpoczywaniu, nie trzeba ich do tego zachęcać. Ale są też takie, które stawiają na zadaniowość i chcą być perfekcyjne. Im odpoczynek przyjdzie bardzo ciężko, ale jest jeden sposób, z którego niektórzy mogą się śmiać. Dla tych osób zdanie sobie sprawy z tego, że odpoczynek również może być zadaniem do wykonania i punktem do odhaczenia, jest bardzo ważne. Czasem sugeruje się im, żeby zaczynały planowanie tygodnia od wpisywania okienek na odpoczynek i wokół nich ustawiały resztę obowiązków w kalendarzu. Jeżeli ktoś jest bardzo zadaniowy i wręcz ma wyrzuty sumienia w trakcie odpoczynku, to takie rozwiązanie może być bardzo pomocne. Oszuka trochę umysł, który robi wyrzuty. Można sprytnie obejść jego "system operacyjny".  

- Dużą rolę odgrywa też próba odpięcia się od kultury przepracowywania się i od tego, że jesteśmy coś warci, gdy jesteśmy produktywni. Przenieśliśmy to nawet na życie prywatne. Nawet, jak mamy jakieś hobby, to ono musi nam coś dawać: "Moja pasja sprawi, że będę lepiej wyglądać na Tinderze", "znajomi mnie podziwiają, bo wspinam się po skałkach". Rzadko pozwalamy sobie na zajęcia, które prawdziwie nas cieszą, ale do niczego nam się nie przydadzą. Cały czas słyszymy o inwestowaniu w siebie albo o tym, że jak czegoś nie wstawimy do mediów społecznościowych, to się nie liczy. 

Automatycznie pojawia się pytanie, czy warto zatem zrezygnować z mediów społecznościowych?

- Media społecznościowe oddalają nas od odpoczynku, a z drugiej strony bardzo trudno jest się od tego odpiąć. To już nie są czasy, w których siedziało się przed komputerem, a internet był na modem. Wyłączało się komputer, odchodziło się od biurka i wracało się do realu. Teraz nie ma tego podziału. To jest duże wyzwanie - nie ukrywam, że dla mnie również. Używamy mediów społecznościowych do kreowania swojego wizerunku, nawet nie będąc osobami publicznymi. Kreujemy się tylko przed swoimi znajomymi. Sami jesteśmy redaktorami tego, co pokażemy innym ze swojego życia, a jednocześnie jesteśmy również odbiorcami przeredagowanych treści, filmów i obrazków, które serwują nam inni. Warto się od tego odłączyć, by przeżyć swoje życie, a nie ciągle je reżyserować.

Zatem ograniczać czy zrezygnować?

- Czasami mam zapędy, by być "albo-albo", ale nigdy się to u mnie nie sprawdziło. Znacznie lepiej jest stosować metodę "i-i", czyli być w mediach społecznościowych i nie siedzieć w nich zbyt długo. Robimy zbyt wiele rzeczy przez internet - od urzędów, przez kupowanie biletów do parkometru, po media społecznościowe. Możemy mieć jakieś postanowienia, ale one mogą wykluczyć nas społecznie, a trudno upierać się, że cały świat powinien się zmienić, bo nam się smarftony nie podobają. Więc raczej jestem za tym, by wypracować sobie mądre sposoby na korzystanie z mediów społecznościowych. Sama się z tym borykam, ale w książce podaję kilka porad, które najlepiej mi się sprawdziły, by być bardziej off-line. 

Przy odpoczynku czasami może pojawić się nuda, a wraz z nią trudne emocje. Czy to jest też potrzebne?

- Tutaj trzeba najpierw rozróżnić odpoczynek i rekreację. Bo to są dwie różne rzeczy. Rekreacja raczej nas nie znudzi, bo w jej zakres może wejść np. pójście do kina, na wystawę, spotkanie z przyjaciółmi, gotowanie. Natomiast to, że mamy rozrywkowe życie, niekoniecznie może oznaczać dla naszego ciała i umysłu odpoczynek. Jeżeli ktoś cały dzień pracuje fizycznie, a później idzie na cross-fit, to jego ciało jest cały czas eksploatowane i dostaje sygnał, że działa na tym samym zasobie. Podobnie jest z naszym umysłem. Jeżeli ktoś cały dzień pisze, czyta lub uczy zawodowo, a po pracy w końcu ma czas, żeby przeczytać ulubioną książkę, to może mu się wydawać, że to jest przyjemność, ale umysł wcale tak tego nie odbierze. Znowu będzie musiał przetwarzać dane. To nie jest wówczas odpoczynek, a rekreacja. Odpoczynek może być dostateczną ilością snu, spacerem. Generalnie robieniem tego, czego nie mieliśmy w ciągu dnia lub danego okresu. Przy pracy intelektualnej odpoczynkiem będzie odrobina sportu, przy pracy fizycznej relaks np. przy filmie. 

- Nuda niekoniecznie budzi złe emocje, ale może uwalniać te niewygodne. Bo nagle, z rozpędzenia znajdujemy się w spowolnieniu i nie wiemy, co w tej nowej częstotliwości robić. To jest z pewnością trudne dla osób, które ciągle są w ruchu - mentalnym lub fizycznym. Mam wrażenie, że to zatrzymanie może być bardzo regenerujące i dopiero z tej nudy, pustego przebiegu, może urodzić się coś fajnego. Tak samo jak w dzieciństwie - najlepsze i najbardziej kreatywne pomysły pojawiały się właśnie ze znudzenia. 

W książce piszesz o tym, że drzemka może być dobrym sposobem na zadbanie o siebie, ale też nie jest dla każdego. Zatem kiedy przy zmęczeniu warto wybrać drzemkę, a kiedy np. medytację?

- Można to wywnioskować na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń. Jeżeli kładziemy się na drzemkę i budzimy się zmęczeni, z bólem głowy i jeszcze bardziej rozstrojeni, to prawdopodobnie one nam nie służą. Może to nosić nazwę "powernap", ale jeżeli przez resztę wieczoru jesteśmy rozstrojeni lub drzemka, która miała trwać 15 minut, przeciąga się do godziny, to prawdopodobnie nie jest to sposób dla nas. Czasem lepiej zwrócić uwagę na faktyczne korzyści z danej czynności, niż na to, co nam sprawia przyjemność. Te osoby, które kochają długo spać i bywają ospałe, paradoksalnie najwięcej skorzystają na krótszym spaniu i byciu w ruchu. To im da więcej energii.

A od czego zależy to, że jedni kochają długie drzemki i wolą odpoczywać na kanapie, a innym wystarczy pięć godzin snu i stale muszą być w ruchu? Ajurweda daje odpowiedź na to pytanie?

- Jak najbardziej. Z jej punktu widzenia są to głównie geny i predyspozycje, które dziedziczymy. Taki sam wpływ na tego rodzaju temperamenty może mieć klimat, w którym żyjemy, pory roku, moment życia, w którym jesteśmy. To, że teraz najbardziej premiowane są typy związane z perfekcjonizmem, ruchliwością i wielozadaniowością, sprawia, że siłą rzeczy wszyscy przejmują trochę taki styl życia. I dolegliwości, które wynikają z tej presji.

W ajurwedzie mówi się również o wpływie smaków, które przyjmujemy na emocje, które odczuwamy. Jak to działa?

- Mówi się o tym w ajurwedzie, ale babcine mądrości też to czasem sugerują. Zjedz coś słodkiego, a poprawi ci się humor. Ale jak przyjrzymy się różnym zbitkom, jak np. gorzkie żale, słodka miłość, słony smak łez, to w wielu kulturach wyglądają podobnie. Ajurweda to nie tylko nauka o tym, jak być zdrowym psychicznie i fizycznie. Ona zakłada, że w harmonii musi być też dusza i jako nauka o życiu działa na subtelnościach. W związku z tym wiele rzeczy, którymi się otaczamy, które spożywamy, mają na nas subtelne oddziaływanie. Smaki również. Możemy je traktować dosłownie, ale możemy odczytywać je przez pryzmat emocji. Jeżeli w celu poprawienia sobie humoru zajadamy się masą słodyczy, to warto sobie zadać pytanie, co nam to daje. Jeśli chodzi o danie poczucia utulenia i bycia kochanym, to może warto znaleźć zdrowszy sposób na to, by zapewnić sobie takie uczucia.

W twojej książce czytelnik znajdzie również wiele ciekawych, ajurwedyjskich przepisów.. Zatem jakie smaki przynosi jesień?

- Warto zaznaczyć, że nie wszystkie przepisy w książce są ajurwedyjskie. W kwestii chlebka bananowego ajurweda miałaby wiele do powiedzenia na jego niekorzyść, ale ona mnie interesuje nie pod tym kątem, żeby przenosić wskazówki z Indii sprzed pięciu tysięcy lat na nasze tu i teraz, tylko zrozumieć jej logikę i stosować ją współcześnie. Smaki jesieni opierają się na tym, że jemy sezonowo i lokalnie. Sięgamy głównie po warzywa korzeniowe, kaszę i więcej mięsa, bo potrzebujemy również więcej energii i tłustego pożywienia. Jednocześnie używamy rozgrzewających przypraw, jak goździki, cynamon, kardamon, imbir, pieprz, papryka. One sprawiają, że jedzenie, które jest tłustsze i ciężkie - co dla nas jesienią i zimą jest dobre - będzie łatwiejsze do strawienia. Lubię mówić o jesiennym i zimowym jedzeniu, że ono nas przytula od środka.

Choć ajurweda odradza spożywanie alkoholu, to czy twoja książka jest dobra zarówno przy szklance grzańca, jak i kubku herbaty z imbirem?

- Wracając do mądrości ajurwedy: nie wszystko dla wszystkich i nie zawsze. Ale nie jest ona aż tak przeciwna alkoholowi, o ile nie jesteśmy joginami w ashramie. Wręcz jesień i zima są tymi porami roku, kiedy na alkohol możemy sobie pozwolić. Raczej lampkę niż pięć, ale grzaniec - jak najbardziej. Jest bardziej polecany teraz, niż w upalne lato, kiedy dużo się dzieje i alkohol sprawia, że ta ilość bodźców będzie bardziej nie do zniesienia. A jesienią i zimą może nie jest wskazany, ale jeśli kiedyś, to właśnie teraz. Czy to będzie lektura przy grzańcu czy pysznej herbacie z imbirem i miodem - niech decyduje czytelnik, ale obydwie opcje są bardzo jesienne.

   Rozmawiała: Katarzyna Drelich

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje