Agata Niemiec: Twórzmy gangi, aby starość nie pozostawiła nas bezradnymi

Agnieszka Grün-Kierzkowska

- Chcę przejść przez moje życie, przez tę drugą, lepszą połowę życia, świadomie i na własnych warunkach, o ile będzie to możliwe. Chcę zaopiekować się sobą, widzę u siebie zmiany fizyczne, one następują, ale jestem z nimi pogodzona. Oswoiłam się z kolejnym etapem, będę dla siebie czuła i wyrozumiała - deklaruje Agata Niemiec, założycielka Fundacji Porozmawiajmy o zdrowiu, w rozmowie z Agnieszką Grün-Kierzkowską dla Interia.pl.

Agata Niemiec: twórzmy gangi, aby starość nie pozostawiła nas bezradnym
Agata Niemiec: twórzmy gangi, aby starość nie pozostawiła nas bezradnym© DIAMOND DOGS SNC123RF/PICSEL

Pozwolisz, że zacznę naszą rozmowę od wspomnienia twego taty, znanego dziennikarza i działacza sportowego. Wiem, że był dla ciebie ważną osobą. Czy zaszczepił w tobie także sportowego ducha i umiejętność niepoddawania się?

Klimat sportowy był w domu, nie tylko za sprawą taty, ale również dzięki mojej mamie. Dlatego oddam im po równo zasługi w kształtowaniu mego charakteru. Tato, jako były koszykarz Resovii - w latach 70-tych była mocną drużyną - mimo moich chęci, koszykarki ze mnie nie zrobił (śmiech). Jako młoda dziewczyna łaziłam za nim i cały czas męczyłam, że chciałabym grać w Wiśle Kraków. Dodam, że mama była lekkoatletką, absolwentką AWF. Dzięki mamie tak naprawdę przesiąkłam sportem. Ona nauczyła mnie jeździć na nartach. To były czasy, kiedy podchodziło się pod górę, nie było wyciągów. Miało to swój niezaprzeczalny urok.

Myśląc o wpływie domu na dziecko - postawa rodziców jest bardzo ważna.

Nie bez znaczenia jest to, czy rodzic siedzi na kanapie i tylko przerzuca programy na pilocie, czy zabiera dziecko na różne aktywności fizyczne, pokazując mu na swoim przykładzie zbawienny dla zdrowia ruch. Jestem ogromnie wdzięczna moim rodzicom za to, że dali mi to wszystko.

Tato był uznanym felietonistą, pisał ciekawie i intrygująco o sporcie. Był przesiąknięty sportową pasją, którą uważał za piękną i ważną dziedzinę życia. Przecież w zmaganiach sportowych odnajdziemy rywalizację, a zarazem szacunek dla przeciwnika, odkryjemy umiejętność współpracy, jakże potrzebną w pracy zespołowej. W sportach indywidualnych zaś nauczymy się podejmowania decyzji, bycia liderem, odpowiedzialności. Nie chcę, aby zabrzmiało to jak banał, ale nigdy dość powtarzania, że właśnie poprzez sport charakter kształtuje się najlepiej. Jeśli pytasz o cechy, które dało mi wychowanie w sportowej rodzinie, to nauczyło mnie wytrwałości, jestem osobą zadaniową.

Szkoda tylko, że nie zostałam koszykarką (śmiech).

Wtedy być może nie dotarłabyś do wielu innych rzeczy, którymi się zajmujesz. Zapytam cię o kolejnego ważnego w twym życiu mężczyznę, mam na myśli syna, który poszedł w ślady dziadka i jest dziennikarzem, sport chyba jest mu bliski? Opowiedz trochę o tym.

Tak jest! Kula pokoleniowa się toczy. Fantastyczne, że tego doświadczam, zaszczepiłam w nim wiele rzeczy, których nauczyli mnie rodzice. Posadziłam go na rower, założyłam pierwsze narty. Rafał, mój syn, przesiąkł wielką miłością do sportu. Szczególnie piłki nożnej, ale to zasługa dziadka, który zabrał wnuka, gdy ten miał pięć lat na pierwszy mecz Wisły. Później miał epizody piłkarskie jako junior. Jakoś to się rozeszło z różnych powodów.

W każdym razie, tato nie zrobił ze mnie koszykarki, a ja z Rafała piłkarza (śmiech). Syn bierze za to udział w meczach dziennikarskich.

Mój tato miał ogromny wpływ na to, co Rafał czytał, czym się interesował i naprawdę rozbudzał w nim zainteresowanie światem, a sportem ze specjalnym uwzględnieniem.

Mężczyzn twojego życia omówiliśmy, to teraz wreszcie coś o tobie. Wiem, że uwielbiasz podróże, a szczególnie włoskie klimaty i że to nie jest tylko przyjemność, ale realizujesz pewną misję, misję dzielenia się z innymi, integrowania.

Zakochana byłam we Włoszech od dawna. Podróżowałam do nich często, pewnego razu koleżanka poprosiła mnie, aby ją zabrać ze sobą.

Uświadomiłam sobie, że za tym "zabierz mnie" kryje się coś więcej. Jakaś tęsknota, nie tyle za podróżą, ale by być razem, w grupie. Zwróć uwagę, gdy jesteśmy młodzi, rodzice nas wysyłają na jakieś obozy, kolonie. Potem są jakieś studenckie wypady. Tych ludzi wokół nas w pewnym momencie jest bardzo dużo. Nie ma wtedy problemu, aby zadzwonić i skrzyknąć paczkę, z przesłaniem - jedźmy w góry, nad morze.

W młodości, zawsze było jakieś towarzystwo, łatwo jest wtedy o wspólne aktywności. Potem przychodzi kolejny etap naszego życia. Zakładamy rodziny, skupiamy się na życiu rodzinnym i zaczyna kurczyć się towarzystwo. Następuje etap dbania o gniazdo.

W końcu dochodzimy do takiego momentu, gdy jesteśmy dojrzałymi osobami, 50+. Nasze dzieci mają 20-30 lat, są już samodzielnymi osobami, mają własne plany. Na pewno nie będą chciały już jeździć z nami na wakacje (śmiech).

Na domiar, zdarza się, że partner, partnerka nie chcą spędzać czasu tak, jak ty go spędzasz. Nie lubią siedzieć na plaży, a ty uwielbiasz etc.

Są też osoby po rozwodach. Szukasz więc kogoś z kim mogłabyś pojechać.

Wiele dziewczyn, moich kumpelek mówi: "słuchaj ja z moim starym już nie jeżdżę". Zrozumiałam ich potrzeby i zaczęłam realizować nasze wspólne wyjazdy. Właśnie dla dziewczyn, które szukają miłej grupy do wyjazdu, abyśmy były razem, oglądały, podziwiały, przeżywały. W grupie, żeby było fajnie i bezpiecznie. Tylko tyle i aż tyle.

Organizuję te wyjazdy, mając w zanadrzu cały warsztat umiejętności i doświadczenia. W swojej zawodowej pracy - jako PR-owiec - przez 20 lat organizowałam i organizuję konferencje dla 100-200 osób. Eventy to dla mnie codzienność. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie jestem biurem podróży. (śmiech).

Robię to dla małej grupy osób, żeby wyjazdy były nie tyle obowiązkiem, co przyjemnością. Także dla mnie. Pięć, dziesięć osób maksymalnie. Wszak trzeba taką grupą zarządzić, zrobić plan, itd. Im mniej, tym lepiej dla mnie, ale takie dziesięć dziewczyn 50+ potrafi naprawdę zrobić fajny klimat. Czasami jest to wulkan energii, niczym na wyspie Stromboli. Po zamieszczeniu relacji z takich babskich wypadów, pojawiają się komentarze od mężczyzn: "a jakbym się przebrał w spódnicę, to byś mnie zabrała?".

Odpisuję, że nie, bądź sobą kolego, a nam pozostaw też bycie sobą. Panom dziękujemy (śmiech).

Chcemy się oderwać, odpocząć, choć takie wyjazdy, nie są łatwe, spotykają się różne temperamenty, charaktery, każdy ma jakiś bagaż w przenośni i dosłownie. Trzeba wypośrodkować i znaleźć złoty środek. Jak we wszystkim.

Uzupełniamy się podczas tych eskapad, pomagamy sobie, wspieramy się i uczymy od siebie nawzajem.

To jest świetny przykład wykorzystania w praktyce oczekiwań społecznych w kontekście różnorodności.

Tu wychodzi i przydaje się też twoje wykształcenie socjologiczne?

Poniekąd. To jest bliskie mi środowisko, określone grupy wiekowe, 40-50+. Zaspokajam tymi wyjazdami potrzeby starszych dziewczyn, dojrzałych. Jeżdżą z nami też młode dziewczyny. Bardzo lubię słuchać młodego pokolenia, czerpać od nich wiedzę. Wsłuchiwać się w ich spostrzeżenia na temat życia, otaczającego świata. Potrafimy się tą energią dzielić, przełamywać bariery wiekowe, nie wygłaszać mądrości ex cathedra, a młodsze dziewczyny nie odbierają nas jako nudnych, wszechwiedzących mentorek. Czerpiemy z siebie nawzajem.

Podczas wyjazdów integrujących, wspierasz i inspirujesz kobiety. Dzięki twoim doświadczeniom, samoświadomości, przygotowujesz je na nieuchronność przemijania i odnalezienie się w życiu.

Staram się. Opiszę ci pokrótce kwestie przemijania na przykładzie mojej mamy. Wszystkie badania lekarskie wychodziły świetnie, ale przyszedł etap w jej życiu, gdy została sama. Zmarł mój tato, skurczyło się w sposób naturalny grono jej przyjaciół i znajomych. Nie była taka, jak ja i nie zadbała o swoje grono, żeby mieć swój gang. Zaczęła w bardzo szybki sposób starzeć się mentalnie. W takim wydaniu smutnym, depresyjnym.

Zapadła się w tunel, zamknęła w czterech ścianach samotności, wpadła w szpony smutnej starości. Widziałam to, czułam, że coś się dzieje nie tak, oczywiście strata męża, brak bliskości ludzi z jej środowiska. Samotność, smutna samotność. Uważam, że musimy mieć swoje gangi. Tak nazwałam sobie babskie grupy. Po to, aby na starość, nie czuć się zbędnymi i smutnymi.

Pamiętajmy, że zmienia się demografia. Coraz mniej ludzi będzie otoczonych wielopokoleniowymi rodzinami, które się nimi zaopiekują. Dlatego wszyscy alarmują, że system ubezpieczeń, zdrowia, będzie szwankował, będzie jeszcze trudniej niż jest. Trzeba się do tego przygotować. Jeżeli rodzina nie zapewni swoistego kręgu zaopiekowania, to kto nam pomoże? My i nasze grupy przyjaciół. Potrzebna jest wspólnota, swoista spółdzielnia samopomocy ludzkiej, rówieśniczej w oparciu o młodszych przyjaciół.

Chciałabym zapytać cię, co sądzisz o systemowych rozwiązaniach wspierania społeczeństwa w jesieni życia i czy masz jakiś pomysł na ubarwienie życia osób starszych, samotnych?

Oczywiście, przede wszystkim w mojej fundacji jest szczególnie dużo spraw związanych z profilaktyką i zdrowiem. Kładziemy też nacisk na budowanie relacji. Widzę na przykładzie moich rodziców, jak system teraz wygląda. Myślę o systemie opieki zdrowotnej, jak i kwestiach opieki nad osobami starszymi. Zadbanie o to, żeby było jak najwięcej miejsc, do których starsze osoby mogą pójść i znaleźć grupę wsparcia, to jest najważniejszy i pierwszy krok. Zadbajmy o swoje towarzyskie środowisko już teraz. Ułatwiajmy starszym ludziom integrację. Nasze spotkania fundacyjne stworzyły już, na przestrzeni paru lat, sieć różnych wzajemnych kontaktów.

Aktywizuję dziewczyny, budujemy relacje, spotykamy się, wyjeżdżamy. De facto robimy dla siebie coś na przyszłość. Pracujemy na własny rachunek, z którego premię odbierzemy w przyszłości.

Dotyczy to także relacji rodzinnych, gdy zbudowałaś dobre relacje, zadbałaś o najbliższych, to oni odpłacą ci się w przyszłości. Przynajmniej jest duże prawdopodobieństwo takiej wzajemności. To jest nasz wkład, który będzie mógł zaprocentować na starość.

Agata Niemiec
Agata NiemiecPawel Wojdaarchiwum prywatne

Jak siebie widzisz za te kilkanaście, kilkadziesiąt lat?

Linia życia jest bardzo prosta, od zera do stu. Rysujesz sobie, na którym etapie życia jesteś. Mam 55 lat i jak dobrze pójdzie, to mam jeszcze 30 lat dobrego życia przed sobą. Wiem, że musi być ono w pełni satysfakcjonujące. Zabiegam o to każdego dnia. Chcę być wśród ludzi, bo lubię ludzi. Nie dam się zamknąć w domu, nie chcę siedzieć przed telewizorem, bo czerpię z innych energię, sama też starając się nią obdarowywać bliźnich.

Wyobraź sobie, że poszperałam w Internecie i jest takie zjawisko, które się nazywa silver cohousing. Starsze osoby decydują się, zamieszkać razem.

Coś na kształt senioralnych komun. Doświadczenie z moją mamą, która przez całe swoje życie żyła u boku taty, bezpiecznie w swoim mieszkaniu i nagle zdarzył jej się wypadek. Przez dwa miesiące musiała przebywać w prywatnym ośrodku. To dało mi asumpt do myślenia, przewartościowało moje spojrzenie na wiele rzeczy.

Czy ja, która się teraz zajmuję mamą, mogę liczyć, że moje dziecko, które nie wiadomo, gdzie będzie, zajmie się mną? I czy chciałabym tego, aby go obarczać własną osobą? Mam 55 lat i zastanawiam się, czy mieszkanie na 4 piętrze bez windy nie będzie dla mnie w przyszłości barierą nie do pokonania, to są prawdziwe pytania egzystencjalne. Trzeba o tym myśleć zawczasu.

W jaki sposób doszłaś do tej samoświadomości? Słyszę, że sobie radzisz, dlatego że jesteś czujna i oglądająca rzeczywistość. Potrafisz analitycznie i na chłodno podejść do życia. Ale czy pamiętasz moment, w którym rozpoczęłaś ścieżkę rozwoju? Czy była to inspiracja wynikająca z obserwacji rodziców, czy się pojawiła w jakimś innym momencie?

Dużo wynosimy z domu, moja obecność u boku rodziców, ich starość była dla mnie inspirująca. Naturalna, jak naturalne jest przemijanie. Wspierałam tatę w jego chorobie. To pewnie był ten główny impuls, punkt zwrotny.

Praca w Fundacji też dużo mi daje, skłania do pewnych działań, nie przeczę.

Przykładem była dla mnie też Barbara Grzybek-Korgól, moja starsza ode mnie, serdeczna przyjaciółka. Patrzyłam z podziwem, jak ona zarządza swoim dojrzałym życiem.

Szukałam inspiracji wśród różnych kobiet, czerpałam inspirację z lektur, na przykład czytając książkę „Przypływy” Alicji Długołęckiej.

Miałam różne zakręty w swoim życiu. Gdzieś były takie momenty, że trzeba było się zatrzymać, czasem coś zmienić.

Chciałam zapytać o Agatę Niemiec, tę na co dzień. W czasoprzestrzeni osiedla oficerskiego, spacerów z psem, picia porannej kawy w małym bistro nieopodal domu. Rozmów z napotkanymi znajomymi.

To jest też element mojej przemiany. Poznałaś mnie w trakcie takiego przechodzenia z trybu ADHD w tryb slow. Kiedyś chciałam być bardzo potrzebna. Nie chciałam zawodzić, brałam na siebie bardzo dużo.

Nie ukrywam, miałam wtedy dużo więcej energii, nie czułam zmęczenia.

Obecnie zaczęłam bardziej smakować życie, dostrzegać szczegóły, zredukowałam bieg. Zrozumiałam, że służy mi wolniejszy rytm.

Odkryłam czym jest spokój, kontemplacja otoczenia, powolność w nasycaniu się widokami, jakimi obdarowuje nas codzienność. Ile radości daje powolne picie kawy i wystawianie twarzy do słońca. Takie małe rzeczy, a jak fundamentalne, jak bardzo budujące gmach naszego trwania, egzystencji.

I najważniejsza rzecz, kiedy zwolniłam, miałam czas dla mojego taty w chorobie. Mogliśmy pięknie się pożegnać, powiedzieć sobie wiele pięknych słów, na które był czas. Byłam z moim tatą, po prostu byłam. Nie było nic ważniejszego, byłam ja i on był.

Więc ty jesteś po prostu teraz szczęśliwą posiadaczką samoświadomości, wiesz co jest dla ciebie ważniejsze.

Jestem szczęśliwą posiadaczką świadomości! Chcę przejść przez to moje życie, przez tę drugą, lepszą połowę życia, świadomie i na własnych warunkach, o ile będzie to możliwe. Chcę zaopiekować się sobą, widzę u siebie zmiany fizyczne, one następują, ale jestem z nimi pogodzona. Oswoiłam się z kolejnym etapem, będę dla siebie czuła i wyrozumiała. Jest to czas pożegnań, ale też powitań, poznawania nowych ludzi, miejsc i ciągłego uczenia się siebie.

Jesteś spełniona, słyszę to w twoich słowach. Robisz to co lubisz, masz duży margines niezależności, zawsze tak było? Czy jest coś, do czego dotarłaś, czego się nauczyłaś?

Wyszłam z domu, w którym mama była osobą samodzielną, spełnioną zawodowo, ale to ojciec był głową rodziny. Pewnie tak sobie wyobrażałam swoje dorosłe życie, że ja będę też samodzielna, niezależna zawodowo. Kształciłam się, chciałam iść do pracy, choć rola mężczyzn wyniesiona z domu była trochę patriarchalna, że jako kobieta jestem od wychowania dziecka. Byłam zamknięta w pewnym schemacie. Ten model mi się jednak nie sprawdził. Przez parę lat byłam w związku, ale to się zakończyło.

Powiedzmy sobie, żeby nie wchodzić w szczegóły - to było ponad 25 lat temu - był to dla mnie moment pierwszego zakrętu życiowego. I dziękuję za ten zakręt, że on się pojawił w tak młodym wieku, gdy jeszcze budowałam swoją przyszłość, swój charakter, swoje życie.

Właściwie kryzys pokazał, kim jestem. Bo gdybym została w jakiejś niezdrowej, niedobrej dla mnie relacji, nie miałabym pewnie tych cech charakteru, które mam teraz. Nigdy bym się ze sobą nie spotkała.

Narodziłam się od nowa, zrzucając to, co wyniosłam z mojego środowiska, społeczności, nawet tej rodzinnej. Zaczęłam żyć po swojemu. Oczywiście opierając się na mojej cudownej rodzinie, czyli mamie i tacie, oni mi pomogli nie raz, nie dwa.

Moja droga była trudna, musiałam wybierać: albo praca, albo rodzina. Ucierpiał trochę na tym mój syn, często podrzucany babci i dziadkowi.

Trudne warunki uruchomiły we mnie dobre cechy. Dawałam radę, byłam samodzielna i niezależna. Przecież różnie mogły się moje losy potoczyć. Mnie sytuacje kryzysowe mobilizują. Dlatego nie boję się kryzysu, nie boję się przemijania. Nie rozczulam się nad sobą, ale potrafię być empatyczna wobec innych. I wierzę w dobrą przyszłość, mimo upływu czasu.

Życzę ci tego!

Agata Niemiec
Agata Niemieccanva66352INTERIA.PL
Zdanowicz pomiędzy wersami. Odc. 67: Majka JeżowskaINTERIA.PL