Reklama

Reklama

Piętno czy posag?

Pierwszy mężczyzna w życiu kobiety. Ważny zwłaszcza teraz, gdy ojcowie są bardziej obecni w życiu dzieci. Od relacji z nim, od tego, jaki był, czego uczył, zależą nasze dorosłe związki i nawet to, jak radzimy sobie w pracy czy w roli rodzica. Dorosłe córki mówią: „Wiem, że mnie kochał, ale...”. Był nadopiekuńczy, wymagający, surowy. Jak tata cię ukształtował? Za co jesteś wdzięczna, a o czym chcesz zapomnieć, by iść naprzód?

Wielki nieobecny

Zuzanna, 38 lat, prawniczka z Wrocławia.

Mój ojciec. Duch, enigma. Właściwie mało go znam. Niedawno skończył 67 lat. Zaproponował, że zajmie się moimi dziećmi. Mówił: "Mam mnóstwo czasu, a ty przecież pracujesz". Nie rozumiałam.

Nie pamiętam ojca, który bawiłby się ze mną, odpowiadał na moje dziecięce pytania.  "Idź z tym do matki", słyszałam za każdym razem. Jazdy na rowerze nauczył mnie sąsiad. Pływania wujek. Tata był zajęty. Profesor na uczelni, wiele godzin spędzał w bibliotekach, a wolne chwile poświęcał doktorantom, nie córce. 

Reklama

Nie krzyczał, nie krytykował, ale i nie przytulał. W weekendy siedział w swoim pokoju przy biurku zawalonym książkami. Mama zanosiła mu obiad, rzadko jadł z nami. Mieliśmy jeden wspólny rytuał: raz w tygodniu przed snem czytał mi bajki Tajemniczy ogród i Opowieści z Narnii. To było jak audiencja u podziwianego władcy, słuchałam go oczarowana.

Miałam chyba 10 lat, gdy usłyszałam rozmowę mamy z babcią: "Janusz wdał się w romans". Przez następne dni matka płakała. Przeżywałam to, panikowałam: zostaniemy same, bez niego! A przecież go kochałam. Wybiegłam w piżamie na mróz i położyłam się na śniegu. Myślałam, że gdy zachoruję, ojciec nie odejdzie. W nocy wiózł mnie do szpitala. Zapalenie płuc. Leżałam dwa tygodnie na pediatrii z gorączką, przy łóżku siedziała przerażona mama, a ja wyobrażałam sobie, że w drzwiach staje tata, ma czerwone od płaczu oczy i obiecuje, że nas nie zostawi. Nie przyjechał. Kupił mi za to narty, o których marzyłam.

Tata nigdy się z domu nie wyprowadził, ale co jakiś czas wyjeżdżał na "sympozja". Wiem, choć pojęcia nie mam skąd, że zawsze towarzyszyła  mu ta sama kobieta. 

Wracał z prezentami: Barbie, magnetofon, pierwszy w klasie komputer. Czekałam na te prezenty, ale nie na niego. W dzień, w który zamierzałam przedstawić rodzicom chłopaka, miałam 16 lat, on wyszedł, twierdząc, że ma ważne sprawy na uczelni. Udawałam, że nie robi to na mnie wrażenia. Nie czułam się samotna, z mamą trzymałyśmy się razem, blisko. Wieczorami rozmawiałyśmy o wszystkim. Ojciec chyba był zazdrosny, bo wchodził do kuchni pod byle pretekstem, robił sobie kawę, odgrzewał kolację, zmywał, podejrzanie długo wycierał blat. Nie włączał się do naszych dyskusji, ale słuchał.

Konwersacje z tatą? Przypominały nieudolne próby porozumienia się ludzi, którzy posługują się odmiennymi językami. "Co u ciebie? - Dobrze. - Jesteś zdrowa? - Tak. - Jakie studia wybierzesz? - Prawo. - Aha, słusznie". 

Gdy z akademika dzwoniłam do domu i odbierał on, rzucałam automatycznie: "Cześć. Zawołaj mamę". Czy czułam, że mnie kocha? Były takie momenty. Odprowadzał mnie na peron, żebym nie musiała dźwigać plecaka. Kiedy dziadkowie zmarli, zostawili dom. Mama chciała go sprzedać, żeby mieć pieniądze na remont mieszkania, a za resztę kupić mi kawalerkę. Ojciec powiedział, że dom będzie mój w całości. "Nie ma dyskusji",  zakończył swoją tyradę. To były plusy. 

Gdy po studiach wróciłam do rodzinnego miasteczka, byłam "ustawiona życiowo", jak mówiły z zazdrością koleżanki.

Minusy? Długo nie rozumiałam, że przez wiele lat w relacjach z mężczyznami odgrywałam rolę dziewczynki, która kładzie się w piżamie na śniegu. Chce zwrócić na siebie uwagę. W miłości wybierałam źle. Jakbym szukała mężczyzny podobnego do ojca, niedostępnego, zamkniętego. Jakbym wierzyła, że gdy mój partner się otworzy, pokocha mnie, będzie okazywał czułość i troskę, ja odczaruję przeszłość. Obojętność, dystans mojego ojca przestaną mnie dotykać.

Zwykli, mili chłopcy nie byli dla mnie atrakcyjni. Wybierałam trudnych, których postrzegałam jako wyjątkowych. Niespełnionych pisarzy  z problemem alkoholowym, egocentrycznych i żonatych wykładowców. Związałam się z 15 lat starszym mężczyzną, moim szefem, właścicielem kancelarii. Narcyzem, który zdradzał mnie na prawo i lewo. Czym mi imponował? Erudycją, władzą? Raczej tym, że nie mogłam go "mieć".  Nigdy nie zaproponował ślubu, pomieszkiwał u mnie, ale po byle sprzeczce uciekał do swojego mieszkania. Robił to nawet wtedy, gdy urodziły nam się dzieci.

Właściwie powinnam powiedzieć, że urodziły się mnie, a nie nam, bo odnosiłam wrażenie, że rodzicielstwo jest wyłącznie moim obowiązkiem. A przecież tak samo było w moim rodzinnym domu. 

Bo wybrałam mężczyznę podobnego do ojca. Krzysztof mnie zdradzał, jak tata mamę. Potem przepraszał: "Popełniłem błąd, jesteś kobietą mojego życia, łączy nas coś więcej niż łóżko, zdradziłem cię w sensie seksualnym, ale emocjonalnie zawsze byłem ci wierny". Bzdura, ale jaka skuteczna! Przeprosiny, kwiaty, weekend  w Londynie. Działało. Czułam, że wszystko będzie dobrze. I było... do kolejnego romansu.

Nie umiałam wyjść z tego zaklętego kręgu. To wtedy potrzebowałam ojca. Chciałam, żeby przyjechał, dał Krzyśkowi w twarz i pomógł mi się od niego uwolnić. Zaniósł moje walizki  do auta, jak kiedyś taszczył mi plecak na peron. Nigdy nie zareagował. Tylko  z wnukami miał kontakt. Gdy odwiedzałam z synami rodziców, zabierał ich do pokoju, pokazywał globus i albumy o kosmosie. Chłopcy byli w niego wpatrzeni.

Któregoś dnia trafiłam do szpitala  z zapaleniem żołądka. Lekarz powiedział, że to przez stres. "Nie daję rady, wszystko jest na mojej głowie! Odprowadzanie dzieci do przedszkola, przyprowadzanie, a przecież muszę jeszcze zarabiać, Krzysiek prawie nic nie daje na nasze utrzymanie", płakałam matce. Pewnego dnia ojciec zadzwonił, powiedział, że mi pomoże z chłopcami. "Ty?!", parsknęłam. Ale mama nalegała: "Zaprowadzi ich do przedszkola, odbierze, posiedzi do twojego powrotu z pracy. W przeciwieństwie do mnie jest na emeryturze, snuje się po domu, niech  się do czegoś przyda".

Bałam się. Dzieci potrzebują troski, czułości, ojciec nie miał jej za wiele. Wymyśliłam, żeby zaczął odwiedzać nas  w weekendy, na próbę.  I co? Obserwowałam, jak bawił się z wnukami w ogrodzie. Zbudował im domek na drzewie, przynosili z lasu patyki i składali wigwam. Chłopcy byli szczęśliwi. Zastanawiałam się, czemu tata to robi? Przecież mógł dalej siedzieć w swoim gabinecie i czytać książki.

Może, jak twierdzi moja koleżanka psycholog, odblokował uczucia do bliskich, pozwolił sobie na nie? A może zrozumiał, że przegrał relację z własnym dzieckiem, i ma wyrzuty sumienia? Widzi, że chłopcy mają beznadziejnego ojca, więc chce być dla nich wzorcem męskości. A może... boi się samotnej starości, a wnuki to polisa. Matka twierdzi, że się zmienił, ja w to wątpię.

Nasze rozmowy nadal wyglądają jak przed laty. "Jak twoje kolana?", pytam. "Stefan zmarł", odpowiada i wychodzi. Ale zaraz potem słyszę pytania chłopców: "Dziadek, a dlaczego masz siwe włosy?", "A czemu gwiazdy świecą?". I widzę, jak mój ojciec siada z wnukami na ganku  i tłumaczy: "Gwiazdy to potężne kule ognia. Wydają się małe, bo są daleko od nas". Szkoda, że nie rozmawia tak szczerze i ciepło ze mną. Powiedziałabym mu, że planuję odejść od Krzysztofa. Chciałabym usłyszeć: "Zrób to dla siebie, masz we mnie wsparcie, dasz radę".

Ale nigdy nie podejmę tematu, bo boję się jego reakcji. Że tylko westchnie i wzruszy ramionami. Mój ojciec. Niewiadoma. Przy nim rosłam w poczuciu odrzucenia i z marzeniem, by ktoś wreszcie zaspokoił moją dziecięcą tęsknotę. W moim życiu zostawił wyrwę, ale stara się ją zasypać. Czy to wystarczy?

Dyktator

 Ewa, 41 lat, kiedyś  dyrektor finansowa  w międzynarodowej firmie, dziś nauczyciel akademicki. Mieszka w Warszawie.

Ponoć gdy zostajemy rodzicami, stajemy się bardziej wyrozumiali dla własnych. Ze mną było odwrotnie. Gdy urodziłam córkę, dotarło do mnie, jak wiele razy mój ojciec postępował wobec mnie źle.

Tata to głos... w mojej głowie. Latami brałam go za swój: "Jesteś fatalnie przygotowana, nie poradzisz sobie". Był ze mną zawsze. Gdy zdawałam egzaminy w szkole, szłam na rozmowę o pracę, starałam się o awans, miałam zostać matką. Nigdy nie czułam się dość dobra, choć robiłam wszystko, by być najlepsza.

Rygor, to pamiętam  z dzieciństwa. I wymagania. Chodziłam do renomowanego liceum i do szkoły muzycznej, klasy fortepianu. Nie lubiłam grać, ale ojciec uważał, że muszę. Musiałam też bywać w operze, odróżniać altówkę od skrzypiec, uczyć się dwóch języków. 

I przygotowywać do egzaminów na medycynę, by jak on zostać poważanym lekarzem. Nie miałam dzieciństwa, koleżanek, czasu na grę w gumę, w klasy albo oglądanie filmów. Lubiliśmy z bratem, gdy ojca nie było w domu. Mogliśmy się wygłupiać, głośno rozmawiać, a jeśli stłukliśmy szklankę, mama mówiła: "to nic takiego". 

Przy ojcu należało prosto siedzieć przy stole, nie wybrzydzać przy obiedzie. Gotował barszcz ukraiński, którego nie znosiłam. Zmuszałam się do jedzenia, a potem wymiotowałam w toalecie. Gdy tata otwierał drzwi wejściowe, ściszaliśmy głos. Albo milkliśmy, jeśli podejrzewaliśmy, że temat go zdenerwuje. Wkurzyć go można było drobnostką, choćby źle tłumacząc słowa angielskiej piosenki, która leciała w radiu.

"Jesteś w ósmej klasie, płacę za twoje lekcje i nawet nie umiesz tego powiedzieć poprawnie?!". Nigdy nas nie bił, ale krzyczał. Sprawdzał dzienniczki, odpytywał z lekcji. Budził mnie o piątej, żebym jeszcze lepiej przygotowała się do klasówki. Chodził na wywiadówki, wiedział, kto w klasie jest najlepszy. Porównywał mnie do innych: "Czwórka?! Wiśniewska dostała piątkę!". Płakałam. 

"Nie pozwolę, byś prześlizgnęła się przez życie!". Nieraz fruwały zeszyty. Brat poszedł w ślady ojca i został chirurgiem. Ja się zbuntowałam, zdałam na politologię. Ojciec pół roku się do mnie nie odzywał. Myślał, że mnie karze, ale to była ulga. Odpoczęłam od niego.

Właściwie całe życie myślałam, że się buntuję, robię coś inaczej. Marzyłam o rodzinie, choć ojciec twierdził, że to priorytet nieambitnych kobiet. Zrobiłam mu na przekór. Miałam 24 lata, gdy poznałam Marka, zakochałam się, rok później byłam w ciąży. Tata był zły: "za wcześnie". Mąż pracował, a ja pracowałam i... ogarniałam wszystko. Pieluchy, gotowanie, zakupy, sprzątanie, wstawanie nocą do dziecka. Najważniejsze słowa w moim życiu: odpowiedzialność, ambicja i samodyscyplina.

Robiłam karierę w korporacji, a gdy urodziłam drugie dziecko, zaczęłam na dodatek pisać doktorat. Po co? Żeby mieć tytuł przed nazwiskiem, bo uważałam, że to nobilitacja. Żeby zaimponować ojcu, uciszyć wątpliwości: "Mogłabyś osiągnąć więcej". "Nie masz wiedzy, nie masz kontroli". Wciąż porównywałam się z lepszymi, szłam do przodu jak taran. 

W moim biurze mobbing był na porządku dziennym. Ludzie składali wymówienia, ale ja, choć wielokrotnie wychodziłam roztrzęsiona z gabinetu szefa, nie stawiałam granic. Pracowałam coraz ciężej. Chciałam sprostać, zasłużyć na pochwałę jak w dzieciństwie. Łykałam przepisane przez lekarza tabletki na uspokojenie i na migreny, bo regularnie raz w miesiącu potworny ból zdawał się rozsadzać mi czaszkę. Trwałam.

Myślałam: "Nie poddam się, bo jestem silna i niezależna". Dziś wiem, że to nieprawda. Byłam słaba, nie szanowałam siebie. Korporacje lubią takich ludzi, kompetentnych i posłusznych. Po trzydziestce awansowałam na dyrektorskie stanowisko, a w wieku 37 lat weszłam do zarządu. Spektakularny sukces. Mąż kupił mi kwiaty, mama wyprawiła przyjęcie. "Ojciec zaszczepił jej te ambicje", mówiła poruszona, wznosząc toast. Ale dla mnie liczyło się tylko to, co powie tata.  Czy będzie dumny? Nie był, w każdym razie nie dał nic po sobie poznać.

I nagle... gratulacje cioć i wujków, zachwyty mamy przestały być dla mnie istotne. Jakbym zdjęła różowe okulary i uznała, że to, co osiągnęłam, nie jest nic warte. Wychodząc, powiedziałam ojcu: "Nie mam koleżanek, które mogłyby mi dorównać.  - To zacznij otaczać się ludźmi,  którzy coś znaczą" - zaśmiał się pobłażliwie.

"Daj sobie spokój. Po co szukasz jego aprobaty, prosisz o radę? On ciągnie cię w dół", mówił mój mąż. Ale ja nie potrafiłam się odciąć. Dzwoniłam do ojca, bo miałam nadzieję, że nasza rozmowa tym razem będzie wyglądać inaczej. A słyszałam, że kupiłam zły samochód, popieram nie tę partię, mój dom przypomina skład niepotrzebnych rzeczy. 

Nawet gdy osiągnęłam sporo, nie dawałam sobie taryfy ulgowej. Tak jak w dzieciństwie wstawałam o piątej rano. Tym razem po to, by przepłynąć kilka basenów i przejrzeć kilkadziesiąt stron dokumentów, zanim prezes przyjdzie do biura. "Perfekcjonistka", mówiły sąsiadki. Tak, każdy paproch, plama po kawie na białym blacie doprowadzały mnie do szału. Byłam zła, że wieczorem mąż leży z książką na hamaku, a dzieci biegają wokół zraszacza.

"Marnotrawicie czas!", cytowałam ojca. Odpytywałam syna do nocy z tabliczki mnożenia. "Nie pójdziesz spać, dopóki nie odpowiesz, ile jest siedem razy osiem!". Wściekałam się, że moja córka nie jest zdyscyplinowana. Zapisywałam ją na kolejne zajęcia. Wracała o 20 i mówiła, że nie ma siły odrabiać lekcji, wrzeszczałam: "Nie będziesz ambitna, to zostaniesz nikim!". Aż przestałam nad sobą panować. Zaspałam i nie przygotowałam się do zajęć na uczelni. W korku popłakałam się, że nie zdążę do pracy. Nakrzyczałam na córkę, bo wygniotła sukienkę.

Któregoś dnia dostałam w domu szału, wyrywałam kwiaty z doniczek i ciskałam nimi o ścianę. Mąż zabrał dzieci i wyjechali do matki. "Ewa, musisz się leczyć", powiedział następnego dnia. "To depresja. Może zdarzyć się każdemu", orzekł terapeuta. Patrzyłam oniemiała. "Jaka depresja? Mam szczęśliwą rodzinę, doktorat, stanowisko. Jestem niezniszczalna!".

A kilka minut później płakałam jak dziecko i powtarzałam, że czuję się jak w labiryncie, z którego nie ma ucieczki. Szukaliśmy przyczyn. Znaleźliśmy w dzieciństwie, w ojcu. Pół roku później poprosiłam tatę, żebyśmy porozmawiali.  Nie chciałam go oskarżać, po prostu powiedzieć, ile kosztuje mnie brak jego akceptacji. Słuchał, milczał, wreszcie rzucił lekko:  "No, rozumiem, przepraszam. Po prostu myślałem, że jesteś silna. Jak twój brat, który świetnie sobie radzi". I to był koniec rozmowy. Staram się myśleć, że tata chciał dobrze.

Jednak ja muszę być dla swoich dzieci inna niż on dla mnie. Uczę się tego. Zrezygnowałam ze stanowiska w korporacji. Prowadzę tylko zajęcia ze studentami. Mniej zarabiam, ale mam więcej czasu dla siebie i bliskich. Nadrabiam zaległości. Wczoraj zadzwonił tata. Pytał o wnuki, zaoferował, że skosi nam trawę w ogrodzie. "Pogadajmy później, wychodzę do pracy - powiedziałam.  - A tam pracy. Mało ci płacą. Mogłabyś znaleźć coś na swoją miarę - wyrwało mu się. - Mnie wystarcza" - skwitowałam. Westchnął, pożegnał się. 

Co czułam, gdy się rozłączałam? Przyszło mi na myśl: "Rozczarowuję go". "Bzdura!", powiedziałam sobie na głos i stwierdziłam, że w to wierzę. Na pewno coś ojcu zawdzięczam: znam języki, jestem wykształcona, zawsze sobie poradzę. Teraz jednak mam inny cel: chcę być od niego wolna.

Nadopiekuńczy

 Katarzyna, 33 lata, właścicielka kawiarni  z Trójmiasta.

Ojciec? Nie. Tatuś, tatko - tak  do niego mówię. Nawet dziś, gdy próbujemy odciąć pępowinę, a ja staram się nie porównywać mojego faceta do taty. W tych porównaniach zawsze wygrywał ten drugi.

Dzień jak dziś. Tata dzwoni o siódmej, zanim wyjdę do pracy. "Jadłaś śniadanie?", "Pamiętasz o witaminach, które ci kupiłem?", "Dosypujesz siemię lniane do owsianki?" "Tatku, umawialiśmy się, że przestajesz mnie kontrolować", mówię.

"Odpuściłem i co się okazało? Nie jesz i masz słabą morfologię", biadoli. Jestem zdrowa, mam tylko nieznaczny niedobór żelaza i cynku. To dlatego, że pół roku temu zostałam wegetarianką i nie zawsze pamiętam o zamiennikach mięsa. Tata o tym nie wie. Zrzędziłby, wysyłał na badania.

Od dwudziestu pięciu lat hoduje warzywa i owoce na działce pod miastem. Przywozi mi je w skrzynkach co tydzień, żebym jadła ekologiczne. Tatko to superbohater. Zawsze tak było. Opatrywał poranione kolana, uczył grać w szachy, bronił przed rówieśnikami na podwórku i nauczycielami. Wolałam, gdy to on, a nie mama szedł na wywiadówkę. 

"Nie przygotowała się do kartkówki z pozytywizmu? Pana w tym głowa, by ją nim zainteresować!", powiedział poloniście. Powtarzał, że nie muszę być ze wszystkiego najlepsza. Nie byłam, ale dziś żałuję, że mówię tylko po angielsku i to nie tak płynnie, jak mogłabym. Mama traktowała tatę protekcjonalnie. Pracowała w urzędzie miasta i chyba gardziła mężem malarzem pokojowym i glazurnikiem.

Tata nie czytał Manna i nudziły go ambitne filmy, ale brał zlecenia  w weekendy, żeby kupić mi komputer i buty, o których marzyłam. Opłacić lekcje tańca, rysunku i projektowania ubrań. Miałam wiele pomysłów na siebie, on wszystkim szczerze przyklaskiwał. Nocami remontował starego volkswagena, by zabrać nas  w miesięczną podróż po Europie.

W upalne lipcowe dni mama popijała lemoniadę w klimatyzowanych kawiarniach, a tata wytrwale stał ze mną w kolejce do Muzeum Watykańskiego czy muzeum Prado w Madrycie. Bo interesowałam się historią sztuki. W liceum pojechałam w góry na obóz integracyjny  z klasą. Mieliśmy spać  w dwuosobowych pokojach, trafiliśmy do nieogrzewanego schroniska, gdzie na sali stały prycze dla dwudziestu osób. Poskarżyłam się tacie przez telefon. Tej samej nocy wsiadł do samochodu, by zabrać mnie i przyjaciółkę do domu.

"Moja córka nie będzie spała w takich warunkach!", powiedział wychowawczyni. Koleżanka zazdrościła mi takiego ojca. "Mój stary by się nie przejął, nawet gdybym umarła", szepnęła w drodze powrotnej.

Randki? Wypytywał: "Nie okrył cię kurtką, gdy szliście do domu? Jesteś zmarznięta!", "Ten Piotrek chce zdawać na filozofię?  A kto go będzie utrzymywał?". Powtarzał, że w związku zawsze ktoś jest ogrodnikiem, a ktoś kwiatem. Ja powinnam być tym tym drugim. "Możesz mieć każdego", zapewniał tatko. 

Ale do 25. roku życia nie miałam nikogo, bo żaden nie był jak tata albo się tacie nie podobał. Wyrosłam na księżniczkę nieprzyzwyczajoną, by cokolwiek komukolwiek od siebie dać. Ale też - paradoksalnie - niepewną siebie. Nie wiedziałam, na ile mnie stać, czy jestem silna. Wszystkie problemy rozwiązywał za mnie ojciec. Zbyt łatwo się poddawałam. Studiowałam pięć kierunków, żadnego nie skończyłam.

Historia sztuki mnie rozczarowała po trzecim roku, prawo przerosło po drugim, socjologia znudziła na pierwszym, a na dziennikarstwie dość szybko zrozumiałam, że nie będę miała pracy. Mama beształa mnie za brak odpowiedzialności, ale tata rozumiał. "Nie martw się, córciu, coś wymyślimy", pocieszał. Coś, czyli kierunek grafika na prywatnej uczelni. Dotrwałam do licencjatu, z roczną przerwą, podczas której wyjechałam do Hiszpanii pomóc kuzynce przy dziecku. Cieszyłam się słońcem i zarabiałam. 

Mama wściekała się, że jestem beztroska, tata mnie bronił. Po powrocie do Polski znalazłam pracę w agencji reklamowej. Na początku euforia, kupowanie kawalerki na kredyt. Tata opłacił notariusza, dołożył 50 tysięcy, zrobił remont. Ale w pracy zaczęły się schody. Nie podobało mi się, że trzeba siedzieć w biurze do 18, szef non stop wymagał kreatywności, bywał opryskliwy, a ja po pół roku nie awansowałam. Stałam się zniechęcona i apatyczna.

"Czego oczekujesz? Że pracodawca będzie nosił cię na rękach? Żaden zawód nie jest idealny, trzeba coś z siebie dać", grzmiała mama, ale tata mi współczuł. 

"Ta praca mnie zżera od środka - tłumaczyłam mu. - Poszukaj nowej, pomogę ci spłacać kredyt" - znalazł wyjście. Nigdzie nie wytrzymałam dłużej niż dwa lata. "Nie nadaję się do pracy u kogoś", mówiłam. Gdy powiedziałam tacie o planach założenia z koleżanką kawiarni, wziął kredyt, żeby mi pomóc. Tylko na niego mogłam liczyć. Żaden mężczyzna nie był dla mnie odpowiedni, bo marzyłam, by być kobietą wyjątkowego faceta, którego świat będzie kręcił się wokół mnie.

Najważniejsza była uwertura, pierwsze randki, emocje, wyjazdy do Rzymu i na kurs nurkowania do Egiptu. Uwielbiałam, gdy wybranek pędził do mnie prosto z pracy i pytał, jak mi minął dzień, co robiłam. Związek się kończył, gdy mijała pierwsza faza fascynacji i mój mężczyzna czasem wolał obejrzeć mecz, wyjść z kumplami albo w weekend spać do 11. 

Nie był jak tata - odpadał. Zniechęcali mnie faceci, którzy mieli stare samochody, wynajęte mieszkania, zabierali mnie do niedrogich barów i na wakacje last minute w Grecji. "Przecież w waszym domu też nie było luksusów - dziwiły się przyjaciółki. - Ale mój tata się starał! Mimo braku możliwości. A jeśli wykształcony trzydziestolatek nie potrafi zarobić na kobietę, to znaczy, że mu się nie chce i nie ma testosteronu" - twierdziłam, nieświadomie powtarzając słowa ojca.

"Skończysz jak ciotka Tośka. Nigdy nie wyszła za mąż, bo żaden nie był dość dobry. Ale za to, gdy umierała w wieku 88 lat, nadal była przekonana o swojej wyjątkowości!", drwiła matka. A ja wiedziałam swoje. Gdy poznałam Adama, doradcę w ministerstwie, który stracił dla mnie głowę, pomyślałam: "Na niego warto było czekać". Jednak po roku okazało się, że ma te same wady, co wszyscy poprzednicy: nie jest moim tatusiem. Tyle że on nie chciał nim być. I nie zamierzał mnie zostawić. Po którejś kłótni, którą sprowokowałam, pojechał do taty, by z nim porozmawiać. Wiem o tym od matki.  Gdy następnego dnia zadzwoniłam do tatki zapłakana, że Adam znów czegoś nie zrobił, usłyszałam: "Córciu, omawiaj takie sprawy z narzeczonym, jesteś dorosła". Szok.

Dwa dni później znów miałam problem, a on mnie zbywał: "Właśnie wychodzę". Czułam, że tracę grunt pod nogami. "Wyrzekasz się córki?", pytałam. "Mam zawroty głowy, idę dziś na tomografię, ale rozumiem, że to cię nie interesuje?", szantażowałam. "Kasiu, wiesz, że przychyliłbym ci nieba, ale nie mogę traktować cię jak dziewczynki. Musimy odciąć pępowinę dla twojego dobra".

"Ma rację", komentowały koleżanki. Przypominały mi, co odpowiadałam, gdy ktoś pytał, czy chcę mieć dziecko: "Nie wiem, sama się nim czuję". Wiele miesięcy byłam zła na tatę, ale zauważyłam, że gdy on jest dalej, zaczynam szukać oparcia w Adamie i w sobie. Nawet mi ulżyło. Przestałam dzwonić do ojca i się skarżyć. Zaczęłam rozumieć, że nie mogę poddawać ciągłym testom osoby, którą kocham.

Wczoraj zamykałam kawiarnię  o północy, liczyłam, że Adam  po mnie przyjedzie, ale napisał: "Przepraszam, głowa mi pęka, weź taksówkę". "Jak mógł mnie tak potraktować? Jestem jego kobietą! Powinien o mnie dbać, wziąć tabletkę przeciwbólową i przyjechać!", myślałam. 

Stojąc na ulicy, roześmiałam się na wspomnienie tych myśli... rozwydrzonej dziewczynki. Wyjęłam z kieszeni telefon, odpisałam: "Idź spać, będę w domu za kwadrans". Za co jestem wdzięczna tacie? Och, za wszystko! Za jego miłość, przyjaźń, oddanie i pomoc. Ale dziś myślę, że również za to, że w porę wycofał się z mojego związku. Dziękuję ci, tato.

Natalia Kuc

 Twój STYL 7/2018

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje