Reklama

Reklama

Tomasz Karcz: Wszyscy jesteśmy specjalnej troski

O tym, że nie ma ludzi gorszych i lepszych, że każdy z nas ma możliwości, z których nie zdajemy sobie sprawy przekonuje Tomasz Karcz. Mistrz fryzjerski postanowił uczcić okrągłe urodziny Krystyny Mazurówny w wyjątkowy sposób...

Monika Szubrycht, Styl.pl: Bałam się, kiedy obcinałeś włosy mojej córce.

Tomasz Karcz: O życie córki?

Nie, ale martwiłam się, że ją zranisz. Bałam się, bo robiłeś to z zasłoniętymi oczami. Dlaczego sobie utrudniasz?

- To nie było utrudnienie. To nawet nie było wyzwanie - tylko zobrazowanie tego, że nie mamy granic i wyłącznie jednego ze zmysłów wyostrza inne. Deficyt może stać się atutem. Przez kilkanaście lat strzygłem się sam i robiłem to bez tylnego lustra, na czuja. Dłonią, której nie mam, sprawdzałem, czy jest równo. Ewentualnie finał sprawdzałem w lustrze. Kiedyś przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby ostrzyc tak kogoś innego. Ta koncepcja drzemała mi w podświadomości, a przy tworzeniu projektu "Hipersprawni i kaleka moda", pokazu na 4 x 20 urodziny Krystyny Mazurówny, pomyślałem, że dobrze będzie zrobić to na scenie. To kolejny element mojej układanki. Opowieści o tym, jacy jesteśmy wyjątkowi, jakie mamy hipersprawności.

Reklama

- Celowo poprosiłem profesjonalnych tancerzy i aktorów o zaprezentowanie kalectwa jako odwrotności sprawności, jaką posiadają osoby z orzeczeniami o niepełnosprawności, które znalazły się na wybiegu. A tak naprawdę najbliższą memu sercu grupą modeli na pokazie były tak zwane zwykłe osoby. Bo one dla mnie zwykłe nie były - to moi klienci, znajomi, współpracownicy. Różni ludzie, o których wiedziałem, że wystąpienie będzie dla nich wyzwaniem, przełamaniem ograniczeń. Jak ktoś miał obiekcje na temat swojej figury, zaprojektowałem stylizację obnażającą ten kompleks. Jeśli ktoś miał problem z mobilnością, nieśmiałością - użyłem tej sfery w choreografii, by dać możliwość zmierzenia się z nią. Oczywiście cały czas ich wspierałem. Nie chodzi o to, by kogoś rzucić na głęboką wodę i patrzeć jak tonie - mam metodę, która jest moją formą praktycznego służenia i wspierania.

Ja z kolei odebrałam strzyżenie na ślepo, jako pokazanie światu: "Patrzcie, jestem lepszym fryzjerem od fryzjerów pełnosprawnych!".

- Nie potrzebuję do tego zawiązywać oczu. (śmiech) 

- Trochę żartuję, ale cały ten dzień naprawdę pięknie się układał. Nie było moją intencją udowodnienie, że ktoś jest lepszy. 

Założeniem pokazu miało być wrażenie, że każdy mógłby być na wybiegu. I w sumie, pod koniec, to się wydarzyło. Sporo ludzi do nas dołączyło, łącznie z jubilatką, co traktuję jako wielki komplement i uznanie. Trzeba pamiętać, że Krystyna Mazurówna jest nie tylko szaloną celebrytką, ale jest postacią historyczną, która jako pierwsza wprowadziła elementy tańca nowoczesnego do baletu klasycznego. Swoim doświadczeniem sięga współpracy z Gretą Garbo, znała Marlenę Dietrich.

Skąd wzięła się w twoim projekcie?

- 14 lat temu zobaczyłem ją na moim pokazie mody. Uhonorowała laureatkę konkursu dla młodych projektantów swoją prywatną nagrodą. W uroczy sposób wręczyła jej zaproszenie na kolację ze sobą. I jak już wszyscy się wyśmiali, po przecinku dodała: "...w Moulin Rouge w Paryżu, z tygodniowym pobytem, z kieszonkowym, z warsztatami w znanym domu mody". To, że ktoś jest dobrym, szlachetnym człowiekiem to jedno, ale że jeszcze umie ubrać słowa w tak piękną formę, to rzecz niezwykła. I jeszcze była tym kolorowym ptakiem, jak zawsze wyglądała zjawiskowo.

- Lata później, kiedy już działałem zawodowo, bardzo chciałem nawiązać z nią współpracę, ale wszyscy, którzy ją znali uważali, że to będzie trudne. Pewnego dnia, podczas treningu na siłowni, pomyślałem, że do niej napiszę. W przerwie między jedną serią ćwiczeń a drugą, wszedłem na Facebooka, napisałem wiadomość - zupełnie szczerze i otwarcie, że jestem zachwycony jej pracą twórczą, że marzy mi się współpraca i będę zaszczycony, jeśli zechce odpisać. 30 sekund później dostałem odpowiedź, że jest zainteresowana i prosi o więcej informacji.

Pokaz mody "Hipersprawni i kaleka moda" przypominał happening, w którym uczestniczyli też przypadkowi widzowie.

- Nie chciałem separować wybiegu. Zależało mi, żeby przechodnie zmierzali tam, gdzie idą, żeby jeździły rowery, żeby ktoś mógł wstać i przejść się, jeśli będzie miał ochotę. Chciałem zrobić odwrotność klasycznego pokazu mody. Pokaz mody jest na podwyższeniu, oddzielony od widowni, to pierwsza bariera. Drugą jest uroda i wiek modelek. Najczęściej są to nastolatki, które prezentują zamkniętą postawę - mają skulone ramiona, podkulone biodra, smutne, czy wręcz wrogie miny. Stylizacje często ubrzydzające lub odbierające zdrowe wrażenie skórze i włosom. Takie są trendy. Nie mam potrzeby lansowania takiego wizerunku człowieka. Chcę reprezentować niszę, ludzi, z którymi czuję więź, bo sam do różnych nisz przynależę.

- Będąc fryzjerem i szyjąc ubrania na miarę mam kontakt z klientami z najróżniejszych środowisk, dzięki czemu mogę śmiało stwierdzić, że wszyscy jesteśmy specjalnej troski. Wszyscy potrzebujemy specjalnego traktowania, bo nawet, jeżeli ktoś nie ma orzeczenia o stopniu niepełnosprawności, można u niego znaleźć zespół cech, które go ograniczają. To może być nieśmiałość, depresja, lęki, nieprzepracowane traumy z dzieciństwa, czy inne bolesne doświadczenia. One nas okaleczają i czynią bardziej niepełnosprawnymi, niż te osoby, które zaprezentowały się na wybiegu.

- Danka bez nogi biegnie, a Angelika sama swobodnie porusza się na wózku, ona zresztą jest himalaistką, zdobywa szczyty. Był z nami Piotr, który cztery lata temu stracił rękę broniąc koleżanki. Nie załamał się, a wręcz przeciwnie. Założył protezę, która jest dekoracyjna, wpadł na pomysł projektowania kurtek, które nie będą zasłaniały niepełnosprawności - jeden ich rękaw jest specjalnie krótszy.

Trudno sobie wyobrazić, co musiał przeżyć młody mężczyzna, którego świat tak diametralnie się zmienił.

- Widzę różnicę pomiędzy posiadaniem niepełnosprawności wrodzonej, a nabyciem jej w wypadku. A jeszcze w przypadku napaści jest to dodatkowa trauma. Niejednokrotnie słyszę słowa uznania, że uprawiam fryzjerstwo, które kojarzy się ze sprawnymi dłońmi. A przecież mam jedną normalnie wykształconą dłoń, nie posiadam tylko pięciu kompletnych palców u drugiej dłoni. Nie mam poczucia braku, nawet niepełnosprawności. To nie jest dla mnie obciążenie, to normalne, bo tak miałem zawsze. Strata jest większym wyzwaniem. Piotr zamienił ją w atut, który idealnie pasował do koncepcji mojego pokazu.

Mam wrażenie, że kiedy ktoś zaczyna o tobie opowiadać, nie powie: "Jest mistrz fryzjerski, niesamowity, z brzydkiego kaczątka zrobi łabędzia", tylko zacznie od tego, że nie masz dłoni.

- Życie mi pokazuje coś innego. Mam już 15 lat stażu, więc jest inaczej, niż kiedy miałem 20 lat i byłem początkującym fryzjerem, strzygącym studentów na korytarzu krakowskiego akademika nożyczkami do kurczaka. To była ciekawostka: "Jest taki koleś bez ręki, zobacz, za dychę cię obetnie na klatce schodowej i będzie dobrze".

- Zdarza się, że stali klienci opowiadają mi, że dostali opieprz od znajomych, za to, że nie zostali przez nich uprzedzeni o tym fakcie. A nie są uprzedzani, bo to jest tak niezauważalne i normalne, że ktoś, kto ze mną częściej obcuje, po prostu o tym zapomina. Miałem też kilka sytuacji, że ktoś w trakcie czwartego lub piątego strzyżenia krzyknął: "Matko! Ty nie masz ręki!" Odpowiadam wtedy: "Tak, podobnie jak poprzednim razem i trzy strzyżenia temu". Kiedyś myślałem, że to taka kurtuazja z ich strony, żebym nie czuł się taki niepełnosprawny, że to sprawi mi przyjemność, że niby tego nie widać. Ale widzę, że te reakcje ludzi są prawdziwe - naprawdę tego nie zauważają.

Kiedy zdecydowałeś, że będziesz mistrzem fryzjerskim i projektantem mody?

- Urodziłem się z ukształtowaną wrażliwością, z dużymi potrzebami estetycznymi. Moja rodzina była opakowana w cały arsenał stereotypów, których trzeba się trzymać, ja z kolei zawsze działałem na przekór. W dzieciństwie ważne dla mnie było by móc, na przykład, mieć określoną fryzurę, albo być ubranym tak jak chcę. W moim domu to było niedopuszczalne i nieakceptowalne. Na szczęście gdy teraz pojawiają się u mnie moje rówieśniczki z dzieciakami, widzę, że idą zmiany w dobrą stronę. Szanowanie człowieka ma miejsce zupełnie niezależnie od wieku.

Zawsze interesowało cię i projektowanie, i fryzjerstwo? Czy coś wygrywało w tym duecie?

- Nie projektowanie kontra fryzjerstwo, tylko człowiek na zewnątrz kontra człowiek w środku. Miałem dylemat czy pójdę w modę, czy w psychologię. Skoro nie mam dłoni to fryzjerem nie warto być, no bo jak to tak - fryzjer bez ręki? Utwierdził mnie w tym przekonaniu epizod w sekretariacie szkoły Marii Dziewulskiej w Warszawie. Pani nie przyjęła mi papierów, bo jej zdaniem makijażysta i charakteryzator filmowy musi mieć rękę. Nie mogłem nawet przedyskutować tego z kadrą nauczycielską, bo pani sekretarce nie mieściła się w głowie taka sytuacja. A ja byłem tylko chłopcem z Ostrowca, więc skoro sekretarce nie mieści się w głowie, to nie śmiem pytać wyżej.

- Kiedy odbiłem się od pierwszych drzwi, do tych drugich - fryzjerstwa - nawet nie zapukałem. Strzygłem już, miałem masę klientek i zarówno im, jak i mnie nie przyszło do głowy, że mogę mieć taki zawód. Podczas strzyżenia ludzie pytali mnie czym będę się zajmował przyszłości - i nikomu nie przyszło to do głowy, że tym, co właśnie robię.

- Rozwijając swoje inne zainteresowanie, jakim jest psychopedagogika, studiowałem resocjalizację na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Pewnego dnia, kiedy wracałem z wykładów, zaczepiła mnie pod Rotundą w Warszawie pani z propozycją sesji zdjęciowej. Skorzystałem, chociaż oczywiście nie obyło się bez dyskusji: "Jak to ja bez ręki mam być modelem?". Odpowiedziała, że ona kończyła szkołę, a nie ja i wie co robi, skoro mnie zaprasza.

Co było dalej?

- Podczas drugiej czy trzeciej sesji dowiedziałem się, że jest w Krakowie Szkoła Projektowania Ubioru. Stwierdziłem, że spróbuję tam złożyć papiery. Byłem już chłopcem z Warszawy, a nie z Ostrowca, więc wiedziałem, że pani sekretarce nie pokażę ręki. Po prostu: lewą dłonią położę świadectwo maturalne i zaproponuję, że zostanę projektantem. Byłem bardziej cwany, tymczasem pani sekretarka powiedziała, że mam zostać modelem w ich agencji. W ten sam dzień przyszedłem na pierwsze lekcje chodzenia. Okazało się, że nie muszę chodzić na te lekcje, a po dwóch czy trzech zleceniach mogłem je prowadzić. Robiłem kursy nauki chodzenia dla modelek, makijaże, fryzury, stylizacje, scenografie, charakteryzację. Miałem też epizod w szkole makijażu, do której nie zostałem przyjęty. Pracowałem przy "Katyniu" Andrzeja Wajdy i kilku serialach, nie mając żadnego dyplomu.

- Nie ma to większego znaczenia, czy przykleję rzęsę, przyszyję pasek do spodni, obetnę włos, czy pomaluję paznokieć. To jest zewnętrzna strona człowieka i w nią poszedłem, bo tak mnie życie pokierowało. Pewnie z taką samą pasją oddawałbym się resocjalizacji czy pracy w jakimś ośrodku, gdybym nie został projektantem czy fryzjerem.

Zdarzyło ci się, że ktoś powiedział: "Byłem w podobnej sytuacji, ale dzięki tobie jestem tu gdzie jestem, pomogłeś mi".

- Na początku mojej drogi zawodowej, kiedy media zaczęły interesować się jednorękim fryzjerem, buntowałem się, bo kilkukrotnie zostałem oszukany. Zapraszano mnie do magazynów śniadaniowych i innych programów telewizyjnych, jako zdolnego człowieka, którego trzeba pokazać, ale prezentowano niepełnosprawnego, który sobie poradził. Mówię, że zostałem oszukany, bo gdybym wiedział od początku, jak zostanę przedstawiony, mógłbym albo się na to zgodzić, albo nie. Z buntu wyleczyły mnie maile od kobiet, które niedawno urodziły syna czy córkę i ich przypadek jest podobny do mojego. Dzięki mnie zmieniły sposób postrzegania swojego dzieciaka. - Niepełnosprawność nie może być stygmatem, nie stanowi o człowieku. Dlatego tak bardzo uważam, żeby nie padło stwierdzenie "osoba niepełnosprawna". Nie ma takiego człowieka na Ziemi, którego każda komórka w ciele byłaby niepełnosprawna. Ludzie po prostu mają pewne niepełnosprawności, a innych nie mają. Być może dzięki kilku takim śmiałkom jak ja, Piotr nie załamał się kiedy stracił rękę, nie potrzebował po 15 latach wychodzić z cienia, tylko od razu otworzył firmę i świetnie prosperuje handlując protezami fashion.

Podpisałeś Listę Mocy, 100 najbardziej wpływowych Polaków z niepełnosprawnością. Umieszczenie na takiej liście jest dobre czy złe?

- Mam kuzyna z porażeniem mózgowym, na wózku inwalidzkim, zresztą Grzesiu był na moim pokazie, przyjechał z rodzinnego Ostrowca. Jako dziecko byłem święcie przekonany, że na te wszystkie kolonie z osobami z niepełnosprawnością jeździłem po znajomości, bo ciocia była w zarządzie lokalnego oddziału Stowarzyszenia na Rzecz Dzieci z Niepełnosprawnością. W życiu bym nie pomyślał o sobie, jako o kimś, kto ją ma. Jestem absolutnie sprawnym człowiekiem, który tylko nie ma dłoni. Zawsze tak było. Co więcej, jeżdżąc na te wyjazdy miałem poczucie, że muszę otwierać drzwi czy przekładać wózki. Starałem się być wolontariuszem, bo nie jestem pełnoprawnym niepełnosprawnym. (śmiech)

Chociaż jesteś.

- Jestem i o tym należy mówić głośno. Apeluję, żebyśmy zaczęli inspirować się krajami zachodnimi, gdzie osoby z niepełnosprawnością mają bardzo duże wsparcie. To jest chore, żebym musiał prosić o pomoc prywatnych przedsiębiorców nie związanych z zupełnie z branżą, jak np. Rafał Sonik i organizować zrzutki na portalach, zamiast sięgnąć do budżetu, który jest do tego stworzony. Moja bratowa ma od pięciu lat chorobę podobną do stwardnienia rozsianego. Nim została zdiagnozowana w Irlandii, gdzie mieszka i żyje, już miała zapewniony cały socjal. Nie wypuścili jej ze szpitala, dopóki nie mieli pewności, że może jechać do domu, który jest przystosowany dla osób na wózku. Mój brat, silny, rosły mężczyzna, deklarował opiece społecznej, że wnoszenie jej na piętro to dla niego żaden problem. Usłyszał: "Jeżeli pan ma być opiekunem, musicie mieć parterowy dom, żeby pan nie obciążał swojego kręgosłupa, bo my nie potrzebujemy kolejnej osoby z niepełnosprawnością". W ciągu 2 - 3 lat moja bratowa w Irlandii dostała 40 razy więcej wsparcia materialnego, niż mój kuzyn, który od urodzenia mieszka w Polsce i ma porażenie mózgowe.

- Nie mogę korzystać z instytucjonalnego wsparcia, bo słyszę na przykład, że teraz projekty są kierowane tylko do kobiet, albo ktoś już wykorzystał limit. To niesprawiedliwe, podobnie jak to, że nie mogę korzystać z koperty dla osób z niepełnosprawnością, bo mam zbyt zdrowe nogi. Ale ja na nogach nie dźwigam materiałów potrzebnych mi do pracy, tylko w rękach, które mają ograniczenia. Przez to, że wyglądam na sprawnego i dobrze sobie radzę, pomaga mi się mniej. Każdy fryzjer pracujący dobrze i intensywnie, jak ja, część pieniędzy ze swojego wynagrodzenia może trwonić na co chce, a ja wydaję je na rehabilitację. Treningi, masaże, rehabilitacje kosztują mnie około 2 tys. złotych miesięcznie. Mógłbym za te pieniądze podróżować, przejadać je, wyrzucać przez okno, robić z nimi cokolwiek innego. Tymczasem wydaję je na efekt, dzięki któremu zadajesz mi pytanie, czy można mnie wpisać na Listę Mocy i traktować jako osobę z niepełnosprawnością.

Masz ten komfort, że wybierasz sobie klientów?

- Czeszę absolutnie każdą grupę społeczną. Przez mój fotel przewijają się artyści, biznesmeni, politycy, ale również osoby z najniższego szczebla, bo raz na dwa miesiące organizuję metamorfozy dla osób dotkniętych kryzysem bezdomności. To są tacy sami ludzie jak my. Powiem więcej: to są ci sami ludzie, bo znam historię osób, które z najwyższych szczebli spadły do tych najniższych. Nie dzielę ludzi na tych z jednej, czy z innej grupy społecznej, takiej czy innej płci, czy orientacji seksualnej.

- Po to miałem zawiązane oczy, by pokazać sprawność, a nie lepszość. Nie ma lepszy, gorszy - są tylko równi. Tacy sami, choć inni.    


Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Karcz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje