Reklama

Reklama

Umierający Jemen. Głodują miliony dzieci

Na własne oczy widziałem ludzi, którzy z głodu jedli papkę z gotowanych liści niejadalnych krzewów, opowiada Rafał Grzelewski z PAH, który był w ogarniętym wojną i kryzysem humanitarnym Jemenie. W rozmowie ze Styl.pl wyjaśnia, dlaczego liczba głodujących na świecie podwoiła się w błyskawicznym tempie, a miejsc wymagających pomocy humanitarnej przybywa i będzie przybywać.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Rozmawiamy z okazji Światowego Dnia Pomocy Humanitarnej. Dlaczego taki dzień jest potrzebny?

Rafał Grzelewski, PAH: - Jest to okazja, żeby zwrócić uwagę na bardzo niepokojącą sytuację na świecie. Z roku na rok wzrasta liczba osób, które potrzebują pomocy humanitarnej. W tej chwili jest to rekordowe 240 milionów ludzi, a niespełna dwa lata temu było to 170 milionów. Przyczyną są przede wszystkim ekonomiczne skutki pandemii koronawirusa. Globalny kryzys w sposób nieproporcjonalnie mocny uderzył w te kraje, w których ludzie już wcześniej żyli z dnia na dzień, na granicy przeżycia. Teraz często zostali pozbawieni jakiekolwiek pracy, a zwykle była to praca na dniówki, czyli pieniądze dostaje się na koniec dnia pracy. Nikt tam nie ma oszczędności i nie jest w stanie skorzystać z żadnej poduszki finansowej. Do tego dochodzi gwałtowny wzrost cen żywności. Ubożenie następuje w bardzo szybki sposób. Koronawirus jest w wielu krajach nazywany "wirusem głodu", a przez pandemię liczba głodujących na świecie podwoiła się.

Reklama

Dzień Pomocy Humanitarnej jest też okazją, żeby zwrócić uwagę na pracowników - ponad pół miliona ludzi na świecie pracuje etatowo w organizacjach humanitarnych. Na co dzień są może trochę niewidoczni, ale bardzo często z narażeniem życia docierają do potrzebujących, których jest coraz więcej. Natomiast środki na pomoc humanitarną nie zwiększają się.

Dzień został ustanowiony w rocznicę zamachu na siedzibę ONZ w Bagdadzie. Skala ryzyka i wyzwań, z jakimi mierzą się pracownicy humanitarni jest często pomijana. Kim są pracownicy humanitarni i z czym mierzą się na co dzień?

- Pomoc humanitarna w ostatnich dekadach bardzo się sprofesjonalizowała. Przede wszystkim potrzebni są fachowcy, specjaliści po studiach kierunkowych: koordynatorzy projektów, logistycy, inżynierowie, lekarze, lekarki. U nas w PAH-u nie ma wolontariuszy. To mit, że większość organizacji pomocowych opiera swoją pracę na wolontariuszach. Organizacje, które pracują w bardzo trudnych rejonach, tam, gdzie trwają konflikty zbrojne, nie wysyłają osób nieprzygotowanych w teren. Jest to niebezpieczne dla takiej osoby, ale mogłoby też storpedować działania pomocowe, gdyby taka osoba np. została ranna, porwana, gdyby sparaliżował ją strach w sytuacji, do której nie została przygotowana.

Wyjazd na misję PAH jest poprzedzony bardzo długimi przygotowaniami i szeregiem szkoleń szykujących do działań w warunkach niebezpiecznych, pozwalających sobie radzić, gdyby doszło do zagrożenia. Ta praca wymaga dużo więcej poświeceń niż inne tradycyjne zawody. Wielomiesięczne misje zagraniczne często wiążą się z przebywaniem w większej izolacji. Czasami ze względów bezpieczeństwa nie ma możliwości swobodnego przemieszczania się, albo są one mocno ograniczone. W zależności od miejsca, niekiedy mieszka się spartańskich warunkach, w uciążliwym, tropikalnym klimacie, z utrudnionym dostępem do Internetu, czyli de facto do kontaktu z najbliższymi. Wyjeżdżając na misje, trzeba się liczyć z tym, że to będzie ogromna zmiana trybu życia, wymagająca wiele poświęceń.

Nasi pracownicy, którzy wyjeżdżają na misje, to są przede wszystkim ludzie, którzy mają dużą otwartość na inne kultury i wysoki stopień empatii, ale też bardzo dużą wytrzymałość na stres, bo warunki pracy bywają bardzo frustrujące. Na misjach napotyka się mnóstwo przeciwności, np. woda odcina dostęp do potrzebujących, samochód może utknąć w błocie i nie dojechać. Zdarzają się choroby, czasami konflikt zbrojny wstrzymuje działanie prądu. Czasami nie ma prądu, nie ma klimatyzacji, jest bardzo gorąco. Z tym też trzeba się liczyć i na to też trzeba mieć wytrzymałość.

Na pewno nie potrzebujemy bohaterów. Potrzebujemy specjalistów. Mylne jest wyobrażenie, że wystarczy mieć dobre serce i chcieć coś dobrego zrobić w świecie. To niestety za mało, żeby pomoc była efektywna.

Bardzo często mówi się pomaganiu, jako o zajęciu przynoszącym satysfakcję, ale jeśli spojrzeć na warunki, to wyobrażam sobie, że może to wiązać się też z traumą, z dużym obciążeniem psychicznym, jakie ponosi człowiek obcujący z ogromnym cierpieniem.

- Nasza pomoc najczęściej nie ma charakteru stricte ratunkowego, która ma miejsce tuż po wielkich kataklizmach, czyli w sytuacjach, gdzie są najdrastyczniejsze sceny. Najczęściej pracujemy w obozach dla uchodźców, tam, gdzie trzeba zapewnić dostęp do wody, do sanitariatów, do toalet, albo w sytuacjach, gdzie ludzie stracili dobytek w wyniku suszy czy powodzi. Tak więc najczęściej mamy kontakt z ludźmi, którzy stracili wszystko i zostali wygnani do obozu dla uchodźców. Stracili dom, bezpieczeństwo, często członków rodziny.

To, co może być obciążające dla pracowników i z czym muszą się zmierzyć, to kontakt z osobami, które są w bardzo głębokim stresie. Chcę tu podkreślić, że zdecydowana większość pracowników PAH, to są obywatele krajów objętych kryzysem, albo państw ościennych. To jest z naszej strony bardzo świadoma i przemyślana decyzja. To są osoby, które najlepiej znają teren, lokalne uwarunkowania i ludzi. I dużo lepiej w takich sytuacjach są w stanie pomagać tym osobom, które znalazły się w obliczu nieszczęścia niż ktoś, kto przybył do kraju niedawno. To właśnie na pracownikach lokalnych polegamy na każdej naszej misji.

W tej chwili PAH pomaga między innymi w Jemenie. W przypadku tego kraju mówi się o największej katastrofie humanitarnej od czasów II Wojny Światowej. Jak wygląda tam sytuacja?

- To największy kryzys humanitarny na świecie. Blisko 21 milionów mieszkańców z 30-sto milionowej populacji wymaga pomocy humanitarnej. Z tego połowa to dzieci. Byłem w Jemenie 2 lata temu i przekonałem się, jaka jest skala kryzysu. Największy problem w tej chwili to głód. Na własne oczy widziałem ludzi, którzy z głodu i niedożywienia jedli papkę z gotowanych liści krzewów, które są niejadalne, ale były przygotowywane tylko po to, żeby oszukać żołądek. Rozmawiałem z matkami niedożywionych dzieci, które dawały im wodę po gotowanym ryżu, która wedle ich przekonania miała imitować mleko. Taka woda oczywiście nie ma żadnej wartości odżywczej, to nawet nie jest "mleko" ryżowe. Był to akt rozpaczy, bo te matki same były niedożywione i straciły pokarm.

Jemen przeżywa kryzys humanitarny właściwie na każdym poziomie: głód, niedożywienie, brak wody, edukacji, leków, a połowa ośrodków ochrony zdrowia nie pracuje, bo została zniszczona w wyniku działań wojennych. PAH działa tam od dwóch lat. Teraz skupiamy się na wspieraniu ochrony zdrowia. Pracujemy w siedmiu klinikach na południu Jemenu, razem z Caritas Polska. Wspieramy działanie tych ośrodków, dostarczając leki i sprzęt medyczny, zapewniając wodę i opłacając pracę lekarzy. Chorzy ludzie, którzy są pozbawieni opieki zdrowotnej, popadają często później w niedożywienie, bo nie są w stanie sami zdobyć jedzenia przez to, że są osłabieni. To błędne koło.

Dodatkowo panoszą się epidemie.

- Tak. Cholera, malaria i koronawirus to są trzy plagi, które bardzo mocno wpływają na sytuację humanitarną w Jemenie. Jemen niestety dostał bardzo małą pulę szczepionek na koronawirusa. Zostało przywiezionych ponad 300 000 dawek na 30 mln mieszkańców. To bardzo niewiele. W przypadku Jemenu, tak jak w przypadku innych krajów globalnego Południa, bardzo uwidacznia się egoizm bogatszych krajów, które w dużej mierze zarezerwowały szczepionki dla siebie. 75% dawek szczepionki zostało podanych w zaledwie 10, najbogatszych krajach.

Nie będziemy bezpieczni, jeżeli wszyscy nie będą bezpieczni. Zapominanie o krajach globalnego Południa jest bardzo krótkowzroczne.

Czy w Jemenie w ogóle istniałaby możliwość wyszczepienia populacji, biorąc pod uwagę skalę destrukcji w kraju?

- Tak. Jest to możliwe zarówno logistycznie, jak i pod względem liczby działających ośrodków zdrowia. Oczywiście nie wszędzie i nie do każdego ta pomoc mogłaby dotrzeć. Rejony położone bezpośrednio na linii frontu są praktycznie wyłączone z jakichkolwiek działań, czy możliwości wsparcia cywilnego. Tam też mieszkają ludzie, którzy znaleźli się w swoistej w pułapce. Natomiast nawet przy połowie działających ośrodków zdrowia, można by wyszczepić znaczną część populacji. To się nie dzieje, ponieważ brakuje dawek.

Jakie są warunki do prowadzenia akcji humanitarnych? Tam cały czas trwa konflikt. Obie strony są dosyć nieprzewidywalne w sposobie prowadzenia walk i nie oszczędzają ludności cywilnej.

- Warto zrobić rozróżnienie między akcjami humanitarnymi, które polegają na bezpośrednim wsparciu w sytuacji nagłej i ostrej, np. poprzez wsparcie żywnościowe za pomocą paczek, a pomocą humanitarną, która ma charakter długotrwały i systematyczny. Takie działania prowadzimy przy naszych projektach w Jemenie. Na przykład kliniki, które obecnie wspieramy, są na południu kraju. Tam nie przebiega linia frontu i nasze działania nie są zagrożone. Jedyne, co utrudnia pracę to niestabilność i nieprzewidywalność sytuacji w kraju. Nie wiadomo, czy dana droga będzie tego dnia przejezdna, czy nie powstanie tam posterunek wojskowy, który nie będzie przepuszczał. Jednak nie stajemy przed tymi problemami każdego dnia. Wsparcie, które polega na dofinansowaniu, opłaceniu pracy lekarzy, zakupie sprzętu, transportach leków, nie wymaga codziennej naszej obecności, ale mieszkańcy codziennie z opieki medycznej korzystają. Gdyby nie to, nie mieliby szansy na pomoc lekarza.

A jak leki są dostarczane do Jemenu?

- Transporty są wykonywane lokalnie. Leki kupujemy w Jemenie, w miejscach, gdzie były dostępne. Bywa, że tam, gdzie trwa konflikt zbrojny czy kryzys humanitarny, jest potrzebny sprzęt i towary, ale ze względu na wielkie rozregulowanie kraju spowodowane wojną, ich ceny gwałtownie rosną i ludzi nie stać na ich zakup albo dotarcie do nich. Natomiast zakup tych preparatów na miejscu i tak jest tańszy i bardziej efektywny niż organizowanie mostów powietrznych czy "konwojów", których organizacja jest bardzo droga. Taka jest nasza polityka - jeśli można coś kupić na miejscu lub opłacić czyjąś pracę na miejscu, to właśnie to robimy. To również jest forma wsparcia dla danego kraju.

Czyli bazujecie na pracownikach z Jemenu?

- Tak. Z Polski są tam pojedyncze osoby.

W tej chwili opiekujecie się siedmioma ośrodkami zdrowia. Czy PAH podejmuje jeszcze jakieś działania w Jemenie?

- To w tej chwili nasze główne zadania. W zeszłym roku skończyliśmy duży projekt, polegający na wymianie całej infrastruktury kanalizacyjnej w jednej z dzielnic Adenu, także ze wsparciem polskiego MSZ.

W czasie wojny przybyło tam bardzo wiele osób, które uciekały przed konfliktem zbrojnym i system kanalizacji w mieszkaniach nie wytrzymywał. Ścieki wylewały się na ulicę. Była to bardzo niebezpieczna sytuacja, bo teren był skażony, a ludzie przez to chorowali.

Odwiedziłem dwa lata temu tę dzielnicę. To wyglądało, jakby miasto zostało zalane przez szambo. Sprawa była bardzo pilna i ze wsparciem polskiego MSZ wymieniliśmy tam rury kanalizacyjne. Był to jeden z największych takich projektów infrastrukturalnych w mieście. Dzięki temu da się tam normalnie żyć. Doprowadziliśmy także wodę i zbudowaliśmy toalety w dużej szkole na prowincji, która była zupełnie pozbawiona sanitariatów. Dzieci przez to chorowały, a uczennice opuszczały lekcje. Teraz jest dużo lepiej, wzrosła też frekwencja.

Jakie są wasze potrzeby, jeżeli chodzi o pomoc w Jemenie. Jak nasi czytelnicy mogą się przyłączyć do tych akcji?

- Jeżeli chodzi o Jemen, ale też inne kraje, to są to przede wszystkim potrzeby finansowe. Im więcej mamy pieniędzy, tym do większej liczby osób jesteśmy w stanie dotrzeć z pomocą, rozszerzyć nasze programy, czy myśleć o kolejnych projektach. Nie ma potrzeby wysyłania żadnej pomocy rzeczowej. Jesteśmy w stanie wszystko, zarówno w przypadku Jemenu, jak i innych krajów, w których pracujemy, kupić na miejscu. Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć nasze działania - a PAH od 28 lat działa tylko i wyłącznie dzięki pomocy Polaków - to jedyne, co można zrobić skutecznego i sensownego, to wesprzeć nas darowizną poprzez stronę internetową. Albo jednorazowo, albo comiesięcznie w ramach klubu PAH SOS. Dzięki temu mamy środki żeby pomagać ludziom na miejscu i zapewnić im lepsze życie.

W jaki sposób kontrolujecie, czy środki na miejscu są wydawane prawidłowo?

- Każdy projekt ma swojego koordynatora, którego obowiązkiem jest czuwanie nad prawidłowością wydawanych środków. Na zakup materiałów i środków organizowane są przetargi. Jeśli korzystamy z funduszy dużych donatorów takich, jak polski MSZ czy Unia Europejska, to z każdej wydanej złotówki trzeba się dokładnie rozliczyć i złożyć raport, a najczęściej kilka. Mamy też wewnętrzne i zewnętrzne audyty oraz kontrole. A na co dzień, może nie w formie bardzo sformalizowanej, w naszych mediach społecznościowych pokazujemy, co dzięki wsparciu darczyńców udało nam się na miejscu zdziałać. Pracujemy daleko od Polski, dlatego tak ważne jest, żeby ludzie wiedzieli i widzieli, na co są wydawane ich pieniądze i jak to realnie zmienia sytuację ludzi w potrzebie.

Wspomniał pan, że nakłady na pomoc humanitarną nie zwiększają się, natomiast liczba potrzebujących lawinowo rośnie. Czy według pana taki trend będzie się utrzymywał?

 - Niestety tak. Jedno z największych wyzwań, przed którymi stoją organizacje humanitarne, to zmiany klimatu. W krajach najbiedniejszych globalne ocieplenie przejawia się przede wszystkim  w bardzo częstych ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Tam, gdzie pracuje PAH, to głównie susze i powodzie. Czasami na zmianę, na tym samym terenie. Oznacza to, że np. w Somalii, ludzie nie są w stanie spokojnie obsiać pól i poczekać, aż wzrosną plony, bo albo rośliny giną z braku wody, albo są zalewane i ta woda potem stoi na polach wiele miesięcy. Zjawisk ekstremalnych, które obserwujemy w krajach globalnego Południa, jest coraz więcej. Zresztą jest to też coś, z czym my, jako Europejczycy też zaczynamy się oswajać. Spójrzmy chociażby na wielkie powodzie, które miały miejsce niedawno w Niemczech i Belgii, czy na potężne pożary czy fale upałów. Jednak w krajach globalnego Południa trudno powiedzieć, że to są anomalie, lecz codzienność setek milionów ludzi. Obok wojny, zmiany klimatyczne to jeden z najbardziej destabilizujących czynników spychających ludzi w skrajną biedę.

Wesprzyj działania PAH:

-Wpłać przez stronę PAH lub  przelewem  na konto nr: 02 2490 0005 0000 4600 8316 8772 z dopiskiem "Pomagam z PAH"

Czytaj również:

Dramatyczna sytuacja w Somalii. Tam katastrofa klimatyczna już się zaczęła

Irackie matki mają jedno marzenie

 



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje