Reklama

Reklama

Wszyscy jesteśmy poparzoną skórą. Jak usunąć mobbing z uczelni artystycznych?

„Nie ma jednej recepty na dobre dzieło. Wydaje mi się jednak, że drastyczne akty przemocy są zbyt wysoką ceną za jakikolwiek, nawet najwspanialszy efekt” – mówi Ewa Kaim, rzeczniczka ds. etyki Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie.

Po oświadczeniu wydanym przez Annę Paligę, w internecie pojawiły się dziesiątki wyznań absolwentów i absolwentek wydziałów aktorskich. Artyści piszą o rzucanych przez pedagogów obelgach, poniżających poleceniach, a czasem po prostu o biciu. Dziwi państwa skala i treść tych oświadczeń?

Reklama

Ewa Kaim, rzeczniczka ds. etyki AST w Krakowie: -  "Dziwi" nie jest dobrym określeniem. Fakt, że w pracy pedagogicznej dochodzi do tak drastycznych przekroczeń przyjmujemy z wielką, również osobistą, przykrością. Takie metody są niedopuszczalne. Nasze zadanie, jako prowadzących zajęcia, polega na przeprowadzeniu studenta przez pewien proces. To droga, którą trzeba przebyć w pełnym, obustronnym zaufaniu. Zaufanie zaś, opiera się na dialogu z młodym człowiekiem, wychodzeniu naprzeciw jego indywidualności, dowiadywaniu się czego on oczekuje i czy działania podejmowane na zajęciach są dla niego zrozumiałe. Jeśli np. pedagog na próbach krzyczy, to  powinien wyjaśnić studentowi, czemu ten krzyk ma służyć.

A czemu może służyć?

E.K:  - Na przykład zbudowaniu jakiejś sceny, wywołaniu emocji, przecież aktorstwo to praca na emocjach, nigdy jednak nie powinien być wykorzystywany przeciwko młodemu człowiekowi, jako środek pedagogiczny. Nie ma w nas zgody na przemocowe traktowanie nie tylko studentów, ale kogokolwiek, uczestniczącego w życiu naszej uczelni. Chcemy budować przestrzeń na tyle bezpieczną, by mówienie o granicach i ich przekraczaniu było naturalne. 

"Chcemy budować" brzmi jak przyszłość. A jak wygląda teraźniejszość? Studenci wolą napisać oświadczenie w internecie niż przyjść po pomoc? 

E.K.:  - Proces weryfikacji pracy pedagogów na uczelniach artystycznych trwa od wielu lat. Jednym z narzędzi, służących do zgłaszania nadużyć, są anonimowe ankiety studenckie. To najważniejszy dokument, w oparciu o który władze uczelni podejmują rozmowy wyjaśniające, a w skrajnym wypadku zwalniają danego pracownika. To właśnie za ich pomocą studenci mogą anonimowo napisać nie tylko o ewentualnych przypadkach przemocy, ale również o tym, że np. ranią ich negatywne uwagi, czy sposób komunikacji prowadzących. 

Państwo mówią anonimowe ankiety, a studenci mówią: na zajęciach jest nas kilkoro. Nietrudno dojść, kto co napisał. A jak już się dojdzie - oblać. 

Grzegorz Mielczarek, prodziekan AST w Krakowie: - Ankiety nigdy nie dostają się do rąk pedagoga, którego dotyczą,  prowadzący nie jest więc stanie zweryfikować, kto negatywnie ocenił jego działania. Nieprawdą jest też, że od jednej osoby zależy "być albo nie być" studenta. Każda ocena przegłosowywana jest na radzie pedagogicznej. Ocena jest wynikiem wspólnej rozmowy, w której głos każdego pedagoga jest równie istotny, każdy może wyrazić swoje zdanie, każdy ma prawo veta, ponosimy wspólną odpowiedzialność za każdą z ocen. Wielokrotnie, rok po roku, przypominamy studentom o tym, jak ważnym narzędziem są ankiety, jednak, jak widać, nie dość. Młodzi ludzie wciąż nie zdają sobie sprawy, jaką moc mają przedstawiane przez nich opinie. I to jest nasze najważniejsze zadanie, zbudować w studentach i studentkach to poczucie sprawczości.

Mam pewien dysonans. Oczywiście, ankiety i procedury są ważne. Jednak w ostatnim tygodniu przeczytaliśmy dziesiątki relacji o przemocowych zachowaniach, które nie raz przez wiele lat dotykały kolejne roczniki studentów. Trudno jest mi zrozumieć, jak można było nie dostrzec tego zjawiska, tylko dlatego, że ktoś nie zgłosił go drodze formalnej.

E.K: -  Trudno mi się wypowiadać za inne uczelnie. U nas te straszne praktyki, o których dzisiaj mówi Łódź, zostały wyeliminowane jeszcze za czasów, w których antymobbingowe procedury dopiero się kształtowały. Ich wypracowanie wcale nie było proste, a jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, nie spotykało się z jednoznacznie pozytywną reakcją środowiska. 

Co się nie podobało? 

E.K.: - Słyszeliśmy, że to niemożliwe, że takie rzeczy się nie dzieją, że to jest przesada. Wewnątrz szkoły też nie było łatwo. Usiąść naprzeciwko wybitnego artysty i powiedzieć mu: bardzo mi przykro, ale pan/pani nie nadaje się do pracy ze studentami - to nie jest prosta rozmowa. To były bardzo trudne decyzje a jednak były one podejmowane przez obecne władze uczelni, Rektor Dorotę Segdę i Dziekana Wydziału Aktorskiego, Adama Nawojczyka. To oni przede wszystkim stawali wobec ataków ze strony środowiska artystycznego, bo byli twarzami tych zmian. Wtedy obrywało się od środowiska za wprowadzanie zmian, a  teraz obrywa się za to, że rzekomo pozwalamy na przemoc. Nie, nie pozwalamy. Nie ma naszej zgody na przemoc i będziemy robić wszystko, by tej przemocy przeciwdziałać. Oprócz wspomnianych ankiet, mamy kodeks etyki stworzony w zeszłym roku przez dziekan Wydziału Reżyserii Iwonę Kempę, prodziekan tegoż wydziału Igę Gańczarczyk , pedagogów Wydziału Aktorskiego i przedstawicieli studentów.  Niedawno został powołany zewnętrzny rzecznik do spraw etyki, pani Nina Gabryś, która ma być kimś w rodzaju supervisora spraw, rozgrywających się na uczelni. Budujemy narzędzia,  by walczyć z nieetycznymi zachowaniami pedagogów, musimy tylko o nich wiedzieć, bo nie zgadniemy, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Implementowanie rozwiązań antyprzemocowych to proces.

To ja zapytam o dwa konkretne przypadki, absolwentów krakowskiej AST:  o Dawida Ogrodnika i o Magdalenę Różę Osińską. Obydwoje w swoich internetowych wpisach pisali o przemocy, której doznawali na uczelni ze strony jednego z pedagogów. W ich przypadku antymobbingowe mechanizmy nie zadziałały? 

E.K.:  - Zadziałały. Może nie tak szybko, jak niektórzy by tego oczekiwali, ale zadziałały. Osoba, której dotyczą oświadczenia, a której nazwiska z powodu prawnych ograniczeń nie mogę wymienić, została usunięta z krakowskiej AST. Nie są prawdą krążące w przestrzeni medialnej informacje,  że za naszym wsparciem została przeniesiona do innej uczelni. Władze AST nie mają wpływu na to, w jaki sposób inne placówki rekrutują pracowników.  Uczelnia rozstała się z tą osobą. Została odsunięta od  pracy ze studentami. 

Z czym więc mamy do czynienia? Z problemem dziejącym się tu i teraz, czy z echami patologicznego zjawiska, które zostało wyeliminowane albo właśnie jest usuwane z większości placówek? 

E.K: -  Ja mogę się wypowiadać się tylko za krakowską uczelnię i tutaj rzeczywiście, te przemocowe praktyki, o których wiedzieliśmy, udało się wyeliminować. Robiliśmy i będziemy robić wszystko, by przeciwdziałać przemocy i dyskryminacji. Jeśli zgłaszane są nowe przypadki, tak jak sprawa podniesiona niedawno przez Aleksandra Kurzaka, rozpatrujemy je na bieżąco.

Czytaj dalej na następnej stronie >>>

Nurtuje mnie jeszcze inna kwestia. "Podczas próby uderzył studentkę w twarz tak mocno, że z nosa trysnęła jej krew", "Podczas pracy nad fragmentem wiersza (...) uderzyła mnie z główki",  "Pani od prozy kazała moim trzem zdezorientowanym kolegom z grupy popychać mnie miedzy sobą, jak szmacianą lalkę" - to kilka cytatów z oświadczeń absolwentów i absolwentek różnych uczelni.  Jak to możliwe, że w procesie nauczania kiedykolwiek i gdziekolwiek było miejsce na tego rodzaju sceny?

Tomasz Wysocki, z-ca rzecznika ds. etyki AST w Krakowie: - Chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę, że to wszystko, o czym w tej chwili rozmawiamy, tj. sposób kształcenia, podejście do zawodu, jest naszym wspólnym doświadczeniem. Wszyscy, którzy tu siedzimy, również kończyliśmy szkołę teatralną i również byliśmy w niej bardziej lub mniej przemocowo traktowani. Ja wyszedłem z murów krakowskiej PWST 30 lat temu, a dwa lata temu wróciłem jako pedagog, może właśnie z powodu niezgody na to, by moje negatywne doświadczenia stały się doświadczeniami kolejnych generacji. Teraz więc, razem z innymi idealistami, drapię się po głowie i zastanawiam, jak to miejsce ulepszyć. 

Wie pan już, na czym polega istota problemu?

T.W.: - Na tym, że mamy do czynienia z zawodem artystycznym, w którym wszyscy jesteśmy indywidualnościami, taką poparzoną skórą, z dużą wrażliwością reagującą na świat.  Bardzo często się zdarza, że wybitni artyści kompletnie nie sprawdzają się w roli pedagoga, bo nie potrafią przekazać mistrzostwa, które w sobie noszą. Wartością dodaną spotkania z takim człowiekiem jest to, że przy nim, tak jak przy ognisku, można przez chwilkę się ogrzać. Jednak z ogniska czasem sypią się iskry i parzą twarz. Jedni przejdą nad tym do porządku dziennego, innych takie doświadczenie dotkliwie zaboli. My te bolesne doświadczenia próbujemy eliminować. Naprawiać tę szkołę, żeby nie była taka, jaka bywało za naszych czasów, żeby artyści nie wychodzili z niej poparzeni, tylko rozgrzani.

O twardych narzędziach do naprawiania już powiedzieliśmy. A jakie są te miękkie? 

T.W.: - Chcemy zdawać sobie sprawę z tego, że siadamy naprzeciwko młodych ludzi, z których każdy jest, jak mówił  Witkacy "bytem poszczególnym". Płomień każdego z nich trzeba więc podtrzymywać w inny sposób. Na jednego mocniej zadziałać, a z drugim obchodzić się delikatnie, by jego żar nie zgasł. W tym zawodzie nie ma uniwersalnych recept, ale rzeczą, którą wszyscy powinniśmy w sobie nosić jest empatia. Widzieć w studentach po pierwsze i przede wszystkim ludzi, indywidualistów o nadzwyczajnej wrażliwości a nie wyłącznie adeptów zawodu- ta kolejność jest kluczem. Mam wrażenie że gdzieś po drodze, na długie lata, zagubiła się w wirze procesu nauczania. 

Kiedy pan był studentem rozmawiało się o przemocy na uczelni?

T.W.: - Oczywiście, dzieliliśmy się doświadczeniami, mówiliśmy że trzeba coś z zjawiskiem zrobić. Ba, robiliśmy nawet, tylko że były to działania na miarę aktualnie dostępnych, niewielkich  możliwości. Najzwyczajniej wtedy nie posiadaliśmy narzędzi, którymi studenci dysponują obecnie.

Co to były za możliwości?

E.K.: -  Wiele zależało od pedagoga, na którego trafił student. Mnie uczyli wspaniali artyści i doskonali prowadzący, potrafili przekazać wartości, które noszę do dziś. To oni wpoili mi przekonanie, że teatr jest przede wszystkim pracą zespołu. Wszystkie złe rzeczy, które zdarzały się wówczas na uczelniach i które były dla nas trudnym doświadczeniem, przyjmowaliśmy jako coś, co trzeba przetrwać i próbowaliśmy przetrwać w tym razem, właśnie jako zespół.  W ten sposób traktowaliśmy np. fuksówkę - jako coś, przez co trzeba przejść. Chociaż tutaj muszę zaznaczyć, że mój rok się z tego procederu wyłamał. Razem, solidarnie, mieliśmy odwagę powiedzieć "nie".  

Może należy się tu małe wyjaśnienie: fuksówka to rodzaj otrzęsin, przez który do niedawna przechodzili studenci pierwszego roku. Brzmi sympatycznie, ale praktyka ta czasem przybiera formy, które budzą skojarzenia z wojskową falą. Studenci mówili o wykańczających ćwiczeniach fizycznych, upokarzających strojach, niszczeniu przedmiotów osobistych.  Skąd ten zwyczaj na uczelni?

T.W.: -  Przypuszczam, że zrodził się z chęci uroczystego, pełnego zabawy przyjęcia nowych kolegów do grona studentów. Jednak z biegiem czasu z niewinnej formy wyewoluował w coś,  co było kuriozalną, niemożliwą do zniesienia sytuacją. Dlaczego do tego doszło? Może dlatego, że przestało nam zależeć na wspólnej zabawie, a zaczęło na zaznaczaniu własnego statusu. Takie próby zaś, zawsze skutkują czymś co jest niepotrzebne, głupie, często krzywdzące. Bardzo dobrze, że pani rektor w pewnym momencie zdecydowanie zakończyła tę praktykę, zakazując organizacji fuksówek. 

G.M: -  Powiem więcej.  Fuksówki były nie tylko głupie, ale w czasie ich trwania często następowało przekroczenie, które łamało godność i wrażliwość człowieka. Takie doświadczenie może skutkować blokadą na wiele lat, a artysta zablokowany, stłamszony, pozbawiony marzeń i godności, kim jest? Na krakowską AST przychodzą ludzie pełni energii i wrażliwości. My mamy za zadanie podsycać ten ich potencjał, dbać, żeby ich kręgosłupy były mocne, proste, żeby nikt ich nie łamał,  a oni sami mogli spełniać się na scenie. 

Czytaj dalej na następnej stronie >>>

Student Krakowskiej AST, wówczas PWST, Paweł Tomaszewski kilka lat temu miał spełniać się na scenie w Bydgoszczy. W Teatrze Polskim realizował spektakl dyplomowy. O swoich doświadczeniach pisze tak: "Tam nauczyłem się, że jak nie zedrzesz sobie gardła, to znaczy, że nie dałeś z siebie niczego, tam nauczyłem się, że jak nie masz zdartych kolan, to znaczy, że źle grałeś ofiarę w scenie gwałtu, tam nauczyłem się, że jak nie wylądujesz w szpitalu w wyniku skrajnego przemęczenia, to znaczy, że nie zaangażowałeś się wystarczająco w projekt". 

E.K: -  Nie mamy wglądu w realizowane poza akademią etiudy reżyserskie, filmy, seriale, a jednocześnie nie chcemy zakazywać studentom udziału w zewnętrznych projektach, bo nierzadko mają one istotny wpływ na ich rozwój i karierę. Jednak potworności, które spotkały Pawła podczas pracy nad dyplomem w zewnętrznej instytucji, nigdy nie powinny być miejsca. Jego świadectwo jest wstrząsające a to, że był w tym wszystkim sam wywołuje mój wielki sprzeciw.

 - W związku z tym zastanawiamy się nad tym, co mogłoby pomóc studentom, pracującym na scenach, znajdujących się poza zasięgiem naszych oczu. A na razie, zanim wypracujemy konkretne mechanizmy, mówimy po raz kolejny: sygnalizujcie nam wszelkie nieprawidłowości, a wtedy my będziemy w stanie zareagować. 

"Absolwenci nie wiedzą, jakie są ich prawa jako aktorów, jak można bronić się przed mobbingiem, wykorzystaniem seksualnym na planie, a przemocowe przekraczanie swoich granic psychicznych i fizycznych uważają za niezbywalną część zawodu" - pisze Anna Paliga. Może więc właściwym mechanizmem byłoby wyposażenie studentów w pakiet antymobbingowych kompetencji, tak by łatwiej było im stawiać granice, najpierw w szkole, a później w pracy zawodowej? 

E.K.: -  Przed momentem mówiłam o tym, że w toku studiów wypracowaliśmy sobie różne strategie na przetrwanie. Te metody, przynajmniej w moim przypadku, sprawdzały się też po dyplomie. Jako aktorka bardzo długo uczyłam się mówić "nie", wciąż się uczę, bo nie jest to łatwy proces. Wręcz przeciwnie, w wielu wypadkach stanowi on akt odwagi, czasem przypłacany utratą możliwości dalszej współpracy z innym aktorem, reżyserem, który nie jest w stanie zaakceptować sprzeciwu wobec jego metod artystycznych. Niestety, w naszym przypadku sprzeciw często był obarczony ryzykiem zamknięcia sobie pewnej zawodowej drogi. 

Do wykonywania zawodu potrzebna jest strategia przetrwania - bardzo smutno  to brzmi. 

E.K.: -  Ja mówię o czasach, które  może właśnie mijają. Mam nadzieję, że aktualne przyniosą ze sobą odwagę, by mówić "nie", stawiać granice, walczyć o swoje prawa. Odwaga ta polega równie na tym, by stanąć w czyjejś obronie. Potrzebujemy budować świadomość u studentów, pedagogów i wszystkich osób uczestniczących w pracy naszej uczelni, że jeśli są świadkami opresji i nie udzielają pomocy jej ofierze, to dokładają cegiełkę do niemocy, milczenia, bezradności. Mówimy, że jeśli jakiejś osobie brakuje siły, by stanąć przeciwko reżyserowi, twórcy, pedagogowi, powinniśmy jej pomóc swoim świadectwem. To trudne decyzje i trudne działania, bo wtedy i światek stawia na szali swoje zawodowe możliwości. Są to jednak działania konieczne, jeśli chcemy przerwać niewłaściwe praktyki. Potrzeba rozmowy o mechanizmach przemocy tak aby dojść do źródeł ich powstawania.

Może zamiast obciążać ofiarę ryzykiem zawodowych konsekwencji należałoby rozwiązać problem o krok wcześniej ? Uwrażliwić na problem przyszłych reżyserów, tak by do niewłaściwych praktyk po prostu nie dochodziło?

E.K.: -  Trzeba rozmowy o mechanizmach przemocy tak aby dojść do źródeł jej powstawania. Dziś wszyscy znaleźliśmy się na etapie, na którym powinniśmy przyjrzeć się sobie, dokonać rewizji poczynań i poglądów. Te zmiany następują, ale nierealnym jest, by dokonały się z dnia na dzień.  Jako aktorzy, w wielu przypadkach powielamy schematy przekazane nam w naszym procesie nauczania a zatracamy uważność w kreowaniu indywidualności twórczej studenta. Bezrefleksyjnie też odtwarzamy modele znane nam z pracy z reżyserami w teatrze, a różne są te nasze doświadczenia. Reżyserzy w wielu przypadkach przez dekady byli przyzwyczajeni do  hierarchicznego  traktowania aktora, tego byli uczeni i to przekazywali dalej. Po bardzo opresyjne metody sięgało wielu wybitnych twórców,  a niektórzy aktorzy sobie z tym radzili, inni zaś płacili za takie doświadczenie bardzo wysoką cenę. Tego rodzaju współpraca po prostu ich niszczyła. 

Pokutuje kulturowy mit, że inaczej się nie da. Że bez opresji nie powstanie dobry film, dobry spektakl, dobra kreacja. Nie powstanie? 

E.K.: -  Nie ma jednej recepty na dobre dzieło. Wydaje mi się jednak, że drastyczne akty przemocy są zbyt wysoką ceną za jakikolwiek, nawet najwspanialszy efekt. 

Skoro rozmawiamy o stawianiu granic, przytoczę jeszcze jedną historię.  Kilka tygodni temu studenci Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu oskarżyli reżysera Pawła Passiniego o nadużywanie środka wyrazu jakim jest nagość. Według ich relacji, jedną ze studentek miał on uporczywie nakłaniać do zdjęcia bielizny spod prześwitującej sukienki, drugą, gdy tańczyła nago, nagrywał bez jej wiedzy. Można powiedzieć: ciało to narzędzie pracy, a można powiedzieć: molestowanie. Gdzie leży granica i kto ją wytycza?

T.W.: -  Powiem, jak to wygląda z mojego doświadczenia. Na próbach nadchodzi moment, w którym czujny reżyser poprzez wielotygodniową pracę sprawia, że aktor dostrzega, że nagość jest w immanentny sposób wpisana w wizję. Staje się wtedy bezpieczny w okolicznościach, które zbudował reżyser i sam mówi: nie może być inaczej, ponieważ to właśnie  jest klucz do rozwiązania konkretnej sceny czy wizji całego spektaklu. Jeśli jednak aktor czuje choćby mikro niezgodę na takie działanie, powinien mieć przestrzeń, by otwarcie o tym mówić i zrezygnować.

- W bytomskiej historii nie można było jednak zrezygnować, powiedzieć: ja już dziękuję, do widzenia. Tu nie mieliśmy do czynienia z zawodowymi aktorami, tylko ze studentami, na których ciążył obowiązek realizacji dyplomu. Oni, sprzeciwiając się woli reżysera, stawiali na szali nie tylko pieniądze, czy konkretny artystyczny projekt, ale całą artystyczną edukację. W mojej opinii namawianie studentów do pewnych przekroczeń było właśnie próbą wykorzystania tej sytuacji. To mój największy zarzut do tej sprawy. 

G.M.:  - W tej chwili są na ukończeniu prace nad kodeksem dobrych praktyk przy realizacji dyplomu. To kolejny  zwiastun rozszerzenia parasolu bezpieczeństwa nad studentami, tak by do przemocowych praktyk nie dochodziło nigdy więcej. 

T.W.: -  Zasady teatralnej rzeczywistości wydawały się żelazną normą. Dziś schemat teatralnych relacji trwający od "zawsze" ulega przemianie.  Teatr potrzebuje oczyszczenia i potrzebuje zbudowania nowych zasad swojego funkcjonowania. Ten konieczny proces, bo przecież nic nie wydarzy się z dnia na dzień, który się rozpoczął,  nie był i nie będzie bezbolesny ale budzi moją nadzieję. Trzeba jednak uważać by przy tej okazji nie doznali krzywdy następni, zbyt pochopnie czy niesprawiedliwie ocenieni. Jeśli wspólnie ( studenci i pedagodzy) zgodzimy się na udział w tym procesie, jednocześnie wyciągając właściwe wnioski z często bardzo trudnych indywidualnych doświadczeń, jesteśmy w stanie przeprowadzić się do nowej teatralnej rzeczywistości. Do rzeczywistości wzajemnego szacunku, empatii i akceptacji dla różności, rozumiejącej jednocześnie konieczność wolności w procesie artystycznej wypowiedzi. Głęboko w to wierzę.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje