Reklama

Reklama

Jak w świetnie napisanym dramacie

Kiedy on wybudował dom i posadził drzewo, pojawiła się ona. A wraz z nią miłość na dobre i na złe.

Aktorka i aktor? Dla mnie taki związek ma same plusy. Nie wyobrażam sobie związać się z kimś, kto nie wie, co to znaczy zatracić się w postaci. Fakt, że nie musimy sobie tego wyjaśniać, wiele nam ułatwia. Wszystko odbywa się bez słów, szczególnie przed premierą. Jeśli chodzi o życie zawodowe, z nas dwojga to ja chętniej chodzę na zdjęcia próbne. Wojtek nie ma potrzeby sprawdzania się, bo jest zadowolony z tego, z kim i gdzie pracuje. Zupełnie nie czuje - jak to określić - presji. Nie ma wrażenia, że pewne role go omijają, bardziej skupia się na rodzinie niż na karierze. Moim zdaniem nadal pozostaje aktorem do odkrycia.

Reklama

Jest człowiekiem teatru, niewiele osób wie, że został laureatem znaczących nagród teatralnych, w tym Złotej Maski. Na swój zawód patrzy przez pryzmat relacji prywatnych - lubi pracować z ludźmi, z którymi dobrze się dogaduje, nawet przyjaźni. To dlatego wziął udział w spektaklu "Romeo i Julia" w reż. Agaty Dudy-Gracz (którą zna od dziecka) na Scenie Stu w Krakowie.

Był 2008 rok. Grałam Julię, a on mojego kuzyna Tybalta. Chociaż lubiłam przyglądać się, jak "próbuje", zaimponował mi zdecydowanie jako człowiek, a nie aktor. Ciekawe, że mieliśmy okazję poznać się wcześniej. Okazało się, że ciągle się mijaliśmy. On pochodzi z Katowic, ja mieszkałam w Tychach, on studiował w Krakowie, gdzie ja debiutowałam. A gdy dostałam angaż w Teatrze Narodowym w Warszawie, mieliśmy w tym samym czasie próby do premier swoich spektakli. Kiedyś przekazywałam mu przez wspólnego znajomego bilety na koncert muzyki fado, na który szedł ze swoją żoną.

Nigdy nawet nie rozmawialiśmy dłużej ze sobą. Dzięki Agacie, która zaprosiła nas do jednego spektaklu, pierwszy raz spotkaliśmy się na scenie. Jednak zauroczenie - zupełnie niespodziewane - pojawiło się na jednym ze spotkań prywatnych. Byłam wtedy krótko po rozstaniu z mężem i postanowiłam: żadnych stałych związków! Zawsze się tak mówi, prawda? (śmiech) I nagle, kiedy miałam okazję popatrzeć Wojtkowi dłużej w oczy, poczułam się bezpieczna jak nigdy dotąd. Choć wokół mnie siedziało kilkunastu innych facetów, z którymi rozmawiałam na miliony różnych tematów, tylko przy nim zadziałał ten magnetyzm. Miałam wrażenie, że znam go od zawsze.

Wojtek nie zdobywał mnie, przedstawiając się z jak najlepszej strony. Przeciwnie, to introwertyk. Z zasady mówi niewiele, chociaż wtedy często łamał swoje przyzwyczajenia. Raz, w słoneczny dzień, kiedy jeździliśmy po Krakowie na rowerach, zaproponował, żebyśmy wybrali się do jego domu na wsi, kilkadziesiąt kilometrów za miastem. "Kocham wieś, bardzo chcę tam pojechać!", zawołałam. Myślałam, że to będzie zwykła dacza, ale na miejscu okazało się, że Wojtek wyremontował i przerobił duży, stary budynek. Powiedział, że szukał go prawie rok, objeżdżając okolicę. W środku wszystko wyglądało tak, jak ja sama bym sobie urządziła: kuchnia z wyspą, pod sufitem krokwie i belki, wielkie poddasze...

Pomyślałam, że chcę być z kimś, dla kogo priorytetem jest to, co trwałe. Ten dom ujawnił mi coś, czego Wojtek sam nigdy nie uzewnętrznił. Zrozumiałam, że mam do czynienia z dojrzałym, świadomym człowiekiem. Mieszkamy i pracujemy w Warszawie, ale nasz DOM jest właśnie na wsi. Tam zaszywamy się we trójkę z naszym dwuletnim synem Brunem. Wojtek okazał się wspaniałym i cierpliwym ojcem. Jest ode mnie siedem lat starszy, więc przy nim dojrzewałam szybciej, także do macierzyństwa. Wcześniej nie wyobrażałam sobie siebie w roli matki. Nagle dotarło do mnie, że chcę mieć dziecko właśnie z nim. Oczywiście, staramy się też dbać o dobrą energię w związku (kobieco- męską!), spędzać czas tylko we dwoje, mieć swoją przestrzeń. Czasami dezerterujemy na koncerty: gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, pojechaliśmy do Gdyni na Open'er Festival, a w ósmym poszliśmy posłuchać zespołu 30 Seconds to Mars. Latem czeka nas wypad na Glastonbury Festival w Anglii.

Nasze życie bywa poligonem. Jesteśmy parą, która często miewa konflikty. Ale też stanowimy przykład na to, że... przeciwieństwa się przyciągają. Różnią nas charaktery, temperamenty. Ostatnio nasze sprzeczki są konsekwencją tego, że za dużo pracuję i często mnie nie ma w domu. Faktycznie, w ciągu ostatniego roku wiele się u mnie dzieje. Bywam rozdarta, bo dopiero wtedy, kiedy jestem z rodziną i jednocześnie mogę grać, czuję spełnienie. Na szczęście Wojtek ma tę rzadką cechę, że można na nim polegać w stu procentach. Jest zaprzeczeniem egoisty, a ja bywam skupiona na sobie, stąd też biorą się kłótnie. Do tego szybko wybucham, ale złość zaraz mi przechodzi. Z kolei Wojtek trzyma zadrę w sobie. Nie jestem dla niego łatwą partnerką, bo to dla mnie normalne, że nagle zmieniam plany, działam pod wpływem impulsu.

W jego świecie takie rzeczy się nie zdarzają. Wojtek jest rozsądny i poukładany. Czasami doprowadza mnie tym do szału, ale jednak znacznie częściej mi imponuje. Doceniam, że mam u boku mężczyznę, który panuje nad sytuacją i jest "kierownikiem" rodziny (śmiech). Dzięki inwencji Wojtka prowadzimy kalendarz online, w który wpisujemy, kto, co i kiedy robi. On śledzi nasze zobowiązania na bieżąco, więc możemy odpowiednio wcześniej pomyśleć o wakacjach czy wyjeździe.

Czasami, kiedy się sprzeczamy, pytam go, czy może w takim razie chce zostać moim menedżerem. Tylko się śmieje. Na razie jeszcze nie ma takiej potrzeby, ale ten pomysł wraca do mnie co jakiś czas, bo ufam Wojtkowi bezwzględnie. Wiem, że nie pozwoli nikomu mnie skrzywdzić. Po prostu.

--------------

Kamilla Baar - ma 33 lata, jest absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, od 2005 r. w zespole Teatru Narodowego (gdzie zagrała m.in. w "Fedrze" w reż. Mai Kleczewskiej i "Tangu" w reż. Jerzego Jarockiego). Współpracuje też z innymi scenami. W 2004 r. zadebiutowała na dużym ekranie w komedii sensacyjnej "Vinci" Juliusza Machulskiego. Teraz można ją oglądać w serialu "Na dobre i na złe". W styczniu 2011 . r urodziła syna, jego ojcem jest partner aktorki Wojciech Błach.

Nie przypuszczałem, że to możliwe: niby kogoś znasz, a jednak zupełnie nie bierzesz pod uwagę, że moglibyście być razem. Tak było w naszym przypadku. Poznaliśmy się w Krakowie, w pracy - spędziliśmy ze sobą półtora miesiąca, wiedząc, że każdego dnia będziemy się widzieć. Na szczęście nie musieliśmy umawiać się na randki. Nie jesteśmy parą, która przebrała się w najlepsze ciuchy, umówiła na kawę i opowiadała najfajniejsze rzeczy o sobie.

Byliśmy z Kamillą jedynymi osobami z całej obsady, które nie paliły papierosów! Kiedy wszyscy stali "na dymku" przy automacie do kawy w teatrze Scena Stu, my we dwójkę spotykaliśmy się na schodach. Zaczęliśmy ze sobą dłużej rozmawiać. Jakoś trzeba było spędzać te przerwy...

W przeciwieństwie do Kamilli ja rozstanie z moją żoną miałem przepracowane. Zdążyłem pobyć sam ze sobą. Zrealizowałem po drodze różne cele, jak choćby wyprawa do Chin i Tybetu. Byłem ciekawy, co sprezentuje mi los. I oto pojawiła się Kamilla, która długo bała się myśleć o naszej wspólnej przyszłości. Gdy tylko wyciągała ku mnie rękę, sama się za to karciła. Nie zniechęcałem się, choć każde zdanie zaczynała od trybu warunkowego: "Jeśliby tak było, a tak nie będzie, to może byśmy..." itd.

Początek naszego związku nie należał do łatwych. Blisko rok upłynął nam na takim miotaniu się. Aż nadszedł grudzień. Kamilla dostała ode mnie przed świętami czapkę uszatkę, w której pojechała do rodziny do Tychów. Pamiętam telefon od niej. Powiedziała, że zostawiła tę czapkę w autobusie, a potem jeździła na pętlę i szukała jej, ale bez skutku. Zgubiony prezent potraktowała tak poważnie, że byłem zdumiony. Odłożyłem słuchawkę i w ciągu dwóch dni, co wydawało się niemożliwe, zdobyłem identyczną czapkę - przyjechała z Rosji. Gdy pojawiła się ta druga uszatka, spontanicznie podjęliśmy próbę spędzenia razem Bożego Narodzenia.

Kamilla, o czym wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, obiecała sobie, że nie wejdzie już w żaden związek. Kiedy zaczęliśmy próby do wspólnego spektaklu, postrzegałem ją tylko jako żonę kolegi aktora, z którym pracowałem rok wcześniej w teatrze (wówczas to ja się rozwodziłem). I tyle. Aż raz, w czasie jednego z pierwszych wyjść na piwo po próbie, Kamilla niby przypadkiem wspomniała, że jest w separacji... Po minucie nagle dotarło do mnie: aha, jest wolna! A na drugi dzień obudziłem się i zacząłem inaczej na nią patrzeć. Mówiąc wprost, znalazła się w sferze mojego zainteresowania.

Tamten czas minął nam na kolegowaniu się, ale z delikatną nutą flirtu. Gdy tylko skończyliśmy w Krakowie próby, rozjechaliśmy się w różne strony: ja do Łodzi, Kamilla do Warszawy. I wtedy okazało się, że powstała wielka pustka. Myślałem sobie: "Jakby to fajnie było razem żyć, być...". To właśnie ta tęsknota jest najbliższa definicji naszej miłości.

Dość szybko udało mi się namówić Kamillę, abyśmy dali szansę naszej namiętności i nie planowali narodzin dziecka z ołówkiem w ręku. W ten sposób na świecie pojawił się Bruno. Muszę przyznać, że okres ciąży i kilka miesięcy po porodzie miały zbawienny wpływ na Kamillę. Wyciszyła się, zwolniła, a teraz nadrabia zawodowe zaległości. Trochę się zamieniliśmy rolami. Ostatnio to ja jestem nieco więcej w domu, ale wcześniej, przez wiele lat bardzo dużo pracowałem.

Aby opisać naszą relację, odwołam się do słoweńskiego filozofa Slavoja Žižka, którego uwielbiam. Według niego tolerujemy zwyczaje innych ludzi, ale tylko do pewnego momentu. Kiedy dosięgają naszej traumy lub słabszego punktu, pojawia się nietolerancja (bo nie umiemy zmierzyć się z tym, co wyparliśmy). Ze mnie, jako mężczyzny, wychowanie miało wymazać właśnie cechy babskie, bo chłopcy są silni, twardzi, nie płaczą... Oczywiście to bzdura. Wrażliwość , emocjonalność , subtelność czy bojaźń odnoszą się do każdego człowieka, bez względu na płeć.

Teoretycznie staram się tolerować "inność " Kamilli. Praktycznie nikt nie potrafi mnie tak wyprowadzić z równowagi jak ona. Ale tak na mnie działa "esencja jej kobiecości", czyli inna od męskiej uczuciowość , logika, poczucie czasu i przestrzeni.

I tak się nawzajem wkurzamy tą "płciowością", tą "innością". Za nic nie chciałbym, żebyśmy się z Kamillą do siebie upodobnili, a takie niebezpieczeństwo wzrasta, im dłużej się razem żyje. Pewne różnice zaczynają zanikać, ale nie możemy pozwolić, żeby przestały istnieć.

A co Kamillę wyróżnia spośród innych kobiet? To, że jest inna. No dobrze, żartuję. Teraz serio: niezwykła równowaga serca i rozumu, czyli proporcja ducha czy też duszy i intelektu. Jej niecodzienna dbałość o świadome życie. Dla Kamilli ważne jest to, co i jak mówi, co je, z kim spędza czas... Nie traci go na nudne gadki o niczym. Podoba mi się, że jest kobietą silną i niezależną, a przy tym wrażliwą, subtelną. To cudowna matka i bardzo, bardzo zdolna aktorka. Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że wszystkie te cechy zgromadziły się w niezwykle pociągającym mnie ciele. Jeżeli Žižek ma rację, twierdząc, że "mężczyzna nigdy nie kocha się z rzeczywistą kobietą, lecz zawsze kocha się z fantazją na temat kobiety", to Kamilla jest w 100 procentach ucieleśnieniem moich fantazji!

Ślubu nie wykluczamy, to sprawa otwarta, ale nie bardzo pilna. Mimo wszystko czuję się tradycjonalistą: wybudowałem dom, posadziłem drzewo, urodził się nam syn. Cieszę się, że właśnie w tej kolejności, bo dziś wszystko staje na głowie, czyli najpierw pojawia się dziecko, potem szukamy lokum, a na starość doceniamy ekologię i sadzimy drzewa (śmiech).

Rozmawiała Magdalena Kuszewska

PANI 3/2013

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: Kamilla Baar | Wojciech Błach | małżeństwa | Baar Kamilla

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama